środa, 9 października 2013

Jaki ojciec, taki syn

W którymś momencie Jezus tłumaczył Żydom, dlaczego postępuje tak, jak postępuje:
Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego (Jan 5,19 BT). Brzmi to tak sobie. Inne tłumaczenia: Syn nie może nic czynić sam od siebie, tylko to, co widzi, że czyni Ojciec (BGU), nie może Syn sam od siebie nic czynić, tylko to, co widzi, że Ojciec czyni (BW). Gdyby ten fragment nieco sparafrazować i zlikwidować wielkie litery, brzmiałoby to mniej więcej tak: syn nie może zrobić nic sam z siebie, ale robi tylko co, co widzi, że jego ojciec też robi.

Brzmi znajomo? Kiedy przeczytałem ten fragment przed chwilą, zobaczyłem zupełnie inny obraz. Najlepiej będzie, jeśli go teraz po prostu pokażę:








Jaki ojciec, taki syn. Jezus, będąc synem, robił tylko to, na czym "wychował się" u swojego ojca. Wszystko, co robił, było tym, co robił jego ojciec. Z jednej strony więc pokazywał swojego ojca od znanej mu najlepiej strony, a z drugiej oznaczałoby to, że Bóg, ojciec Jezusa, wcześniej - w czasach starotestamentowych - też tak postępował. I to może być ciekawy wątek, do którego pewnie jeszcze sięgnę.




wtorek, 8 października 2013

Nowa Ziemia, cz. 7, Błogosławieństwa i przekleństwa

Jeśli więc pilnie będziesz słuchał głosu Boga swego, Jahwe, wiernie wypełniając wszystkie Jego polecenia, które ja ci dziś daję, wywyższy cię twój Bóg, Jahwe, ponad wszystkie narody ziemi (Powt. 28,1 BT)

A jeśli wczytać się w dalszy tekst, to jest prawdziwe czary-mary.

Spłyną na ciebie i spoczną wszystkie te błogosławieństwa, jeśli będziesz słuchał głosu Boga swego (...) Błogosławiony będzie owoc twego łona, plon twej roli, przychówek twych zwierząt, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego. (...) Bóg sprawi, że twoi wrogowie, którzy powstaną przeciw tobie, zostaną pobici przez ciebie. (...) Bóg rozkaże, by z tobą było błogosławieństwo w spichrzach, we wszystkim, do czego rękę wyciągniesz. On będzie ci błogosławił w kraju, który ci daje Bóg twój, Jahwe. (...) jeśli będziesz zachowywał polecenia Boga swego, i chodził Jego drogami. (...) Napełni cię Bóg w obfitości dobrami z owocu twego łona, przychówkiem twego bydła, plonami pola (...) Bóg otworzy dla ciebie bogate swoje skarby nieba, dając w swoim czasie deszcz, który spadnie na twoją ziemię i błogosławiąc każdej pracy twoich rąk. (Powt. 28,2-12 BT).

Jawne przekupstwo. "Słuchaj moich przykazań, a zobaczysz czary-mary w swoim życiu...". Ale ja się na to nabrałem. Ale - od razu wyjaśniam - nie chodzi o to, że to nie działa. Działa. Nie zawsze tak, jakbyśmy sobie to wyobrażali, ale działa.

Chodzi o coś innego. Łatwo stracić właściwą motywację. Tak stało się ze mną. Początkowo byłem z Bogiem dla samego bycia z Nim. Bo tak było napisane, bo odpowiadał mi taki model życia, spokój sumienia. Bo zafascynowała mnie cała ta historia, odkrywanie nowego. Jak to się stało, że w tym wszystkim tak mało myślałem o tym, że wszystko to, co mnie fascynowało, powinno prowadzić do samej góry? Nawet nie tylko do samej relacji z Bogiem, ale do Życia z Nim? Tego wiecznego Życia? Jakoś nigdy nie pałałem zbytnią chęcią do tej idei.

Za to błogosławieństwa - o tak, to działało! Nie stałem się jakimś super-bogaczem, ale też - mimo różnych przeciwności - nie klepałem jakiejś nastraszniejszej biedy. Zawsze przydarzało się coś, co mi pomagało. Problem pojawił się, gdy z jakiegoś powodu przestało to działać. Odbyło się to na zasadzie: nie przynosi profitów - zmieniam działalność na coś innego, co przyniesie profity. Postawiłem pracę na pierwszym miejscu, Bóg został odstawiony na margines.

A tymczasem jest w Biblii historia Hioba, któremu też wszystko, co miał, zostało zabrane. Mimo to - nie zmienił działalności. Nadal stawiał Boga na pierwszym miejscu. Pamiętał o tym, co było najważniejsze.

Temat błogosławieństw w jakiś sposób jest trochę jak mój konik. Chyba właśnie z tego powodu, co sam przeżyłem. A ponieważ temat ten pojawia się w Biblii wiele razy, toteż wiele razy będę pewnie do tego tematu jeszcze wracał.

Dalej w tym rozdziale jest napisane: Nie zbaczaj od słów, które ja ci dzisiaj obwieszczam, ani na prawo, ani na lewo, po to, by iść za bogami obcymi i służyć im. Jeśli nie usłuchasz głosu Boga swego, Jahwe, i nie wykonasz pilnie wszystkich poleceń i praw, które ja dzisiaj tobie daję, spadną na ciebie wszystkie te przekleństwa i dotkną cię (Powt. 28,14-15 BT) i wymienionych masa przekleństw. W sensie: nie znanych, polskich słów, uważanych za przekleństwa, lecz życzeń złego. Choroby, nieszczęścia etc.

Ktoś mógłby - przeczytawszy to - sporo się zbulwersować. Jak to, to jeśli żyję zgodnie z dekalogiem, Bóg obiecuje błogosławieństwa, a jeśli nie (czyli celowo przekracza się któreś przykazanie), Bóg "karze" np. chorobą? Myślę, że nie do końca to tak jest. Pominąwszy faktyczne ingerencje Boga, który może coś zrobić, żeby kogoś czegoś nauczyć, to wiele z tych przekleństw to są oczywiste konsekwencje złych poczynań. Np.: do przechowywania zboża muszą być określone warunki. Suche silosy, ochrona przed szczurami etc. Ale jeśli ktoś nie będzie chciał przestrzegać przykazań i "sobie weźmie" część materiałów budowlanych przeznaczonych na silosy - zboże już nie będzie miało takiej odporności na zawilgocenie. I wtedy zbutwieje. Kara Boska czy naturalna konsekwencja?

Inny przykład: Bóg kładzie duży nacisk na higienę osobistą i ogólną, "środowiskową". W czasach starożytnych, jeszcze na pustyni, nakazał Izraelitom, że załatwiać się wychodzili daleko po za obóz, z łopatką i zakopywali po sobie, co zostawili. Niby oczywiste - każde zwierzę tak robi. Ale dalej - Bóg określał, że w określonych warunkach człowiek jest "nieczysty". Musi wtedy wrócić do obozu, umyć się, poczekać do wieczora i znowu będzie czysty. Czy jakoś tak, mniejsza o konkrety. W każdym razie to mycie się pojawiało się w tych nakazach często. W czasach Jezusa było to znane jako rytualne obmywanie, rytuał oczyszczenia. Ale wg mnie miało to też praktyczny sens - dzisiaj wiadomo jaki. Człowiek myjąc się - zmywa bakterie, zarazki. Jeśli by się więc taki Izraelita nie umył, nie postąpił zgodnie ze wskazówkami zapisanymi przez Mojżesza, to istniałoby duże prawdopodobieństwo, że złapie jakieś zatrucie pokarmowe, grzyba lub cokolwiek innego. Kara Boska czy konsekwencja?

Reasumując - bardzo, bardzo ogólnie - przestrzeganie przykazań Boga to jak postępowanie wg instrukcji, przepisu. Owszem, można wbić jajka na patelnię razem ze skorupkami, a skorupki wyciągać później, zupełnie inaczej, niż w przepisie na jajecznicę. Ale czy to ma sens? Można nie myć talerzy po obiedzie. Można jeździć lewą stroną ulicy (prawą stroną w Anglii). Można nie przestrzegać żadnych przepisów. Ale czy to czemuś pomoże? Przepisy są ustalone po to, by było lepiej, by unormować pewne zjawiska. Nie inaczej jest z przepisami na życie nadanymi przez Boga. Masz żonę? Nie skacz w bok. Wam obojgu będzie żyło się lepiej. Dziewczyna ma męża? Lepiej, żebyście się nie spotkali. A po co się wzajemnie unikać? Nie lepiej trzymać się przepisów nadanych przez Boga, żeby żyło się wzajemnie lepiej? Żeby nie trzeba było się unikać, uciekać przed sąsiadem goniącym z siekierą za przesuniętą ścianę etc.?

Podobnie ma się sprawa z pierwszymi czterema przykazaniami, które dotyczą relacji człowiek-Bóg. Można nie postawić Boga na pierwszym miejscu, a za priorytet przyjąć coś innego. Można kupić sobie obraz jakiegoś Świętego i modlić się do niego. Można wiele rzeczy - ale jaki w tym sens? Czy postawienie za priorytet kariery w pracy nie zepchnie Boga na margines za bardzo? Przez pierwszych parę lat - może nie. Potem - coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu wartości moralne stracą swój faktyczny fundament i człowiek pozwoli sobie na więcej w relacjach międzyludzkich. I być może trzeba będzie się z kimś unikać. A czy modlitwa do jakiegokolwiek Świętego jest prawdziwą relacją człowiek-Bóg? To tak, jakby z żoną rozmawiać tylko przez skype. A nawet nie - nie wchodząc teraz w szczegóły. Jakby rozmawiać z żoną przez jej zdjęcie. Można? Można! Czy żona się z tego ucieszy?...

[dalej]
inny post o podobnej tematyce: [BŁOGOSŁAWIEŃSTWA I PRZEKLEŃSTWA]
[do początku]



Nowa Ziemia, cz. 6, Interpretacja przykazań

Wpisuję w wyszukiwarkę słowo "przykazanie". Skoro przestrzeganie przykazań dla Boga jest jak przynoszenie kwiatów dla dziewczyny, trzeba się w to wczytać.

Zacznę może od tego fragmentu: Będziesz słuchał głosu Boga swego, Jahwe, i wypełniał Jego polecenia i prawa, które ja ci dzisiaj daję (Powt. 27,10 BT). Wcześniej mowa była o wszelkich możliwych nakazach, przykazaniach, przykazach - jak zwał tak zwał - jakie Mojżesz nadał Izraelitom. Bezpośrednim lub pośrednim sensem wszystkich z nich było to, że Bóg powiedział, że to i to jest złe i tego trzeba się trzymać.

Bez bulwersacji. W instrukcji obsługi samochodu też jest napisane, że niewymienianie oleju w silniku jest złe i trzeba w to wierzyć. Jeśli ktoś nie wierzy - po 30 tys. km zacznie dolewać coraz większe ilości oleju, aż dojdzie do 2 litrów na 100 km. Po 50 tys. będzie wymieniał silnik. A Biblia jest niczym innym, jak instrukcją obsługi człowieka napisaną przez jego konstruktora.

Przeklęty mąż, który zrobi podobiznę rzeźbioną lub laną, obrzydliwość dla Pana, dzieło rąk rzemieślnika, i ustawi go w ukryciu (Powt. 27,15 BW). Wygląda to jak rozwinięcie przykazania z dekalogu: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył (Wyj. 20,4-5 BT).

I tak dalej jest parę rozwinięć innych przykazań:
Przeklęty, kto złorzeczy ojcu i matce.
Przeklęty, kto przesuwa granicę [posiadłości] swego bliźniego.
Przeklęty, kto sprawia, że niewidomy błądzi na drodze.
Przeklęty, kto nie trzyma się nakazów tego Prawa i nie wypełnia ich.

(Powt. 27,16-26, różne przekłady).

Jednym słowem - jeśli ktoś nie wie, co dokładnie oznacza dane przykazanie, jak je zinterpretować, to może nie z łatwością, ale powinien znaleźć jego rozwinięcie w Biblii. Tym bardziej, że - o ile pamiętam - takie rozwinięcia/interpretacje pojawiają się częściej niż ten jeden raz, na który natknąłem się teraz.

Trzeba też oczywiście wziąć pod uwagę okoliczności. To, co mam na myśli, pokażę na przykładzie: jest napisane, żeby nie przesuwać granicy posiadłości swojego bliźniego. Można to przypiąć m.in. do przykazania "nie kradnij". Gdzie jest granica kradzieży? Jak to wytłumaczyć ludowi na wpół koczowniczemu, który ostatnich kilkadziesiąt lat przeżył na pustyni, a który dopiero co dostał w posiadanie ziemię, podzielił między siebie działki? Ano tak właśnie: nie przesuwaj granicy działki. Jeśli ktoś bardzo chciałby się trzymać dokładnie tego, co jest napisane, i tylko tego, co jest napisane, to miałby lekki problem. Bo o ile na wsi to przykazanie ma sens bytu, to w mieście... Można w bloku przesunąć ścianę tak, żeby zabrać sąsiadowi kawałek jego pokoju, może nawet razem z TV? Jeśli ktoś się uprze to i można, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, by wykazać rozsądek. Niektóre zjawiska (przesuwanie granicy działki) może być opisane dosłownie, inne zjawiska - czy to dobre, czy to złe - musimy sobie ustalić sami, racjonalnie. Po to Bóg dał nam mózg, żeby go rozsądnie używać. I wiedzieć, czy jest to kradzież, czy nie. A potem wybrać - wezmę sobie i będę miał, bo i tak nikt nie widzi ani nikt się nie zorientuje - to jak przynieść dziewczynie sztuczne kwiaty. Z daleka się nie zorientuje.

A Bóg mówi: Kto mnie miłuje, będzie przestrzegał mojej nauki (Jan 14,23 BP)

[dalej]
[do początku]



To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 5.1.

Rozdział 5, cz. 1

Po tym zdarzeniu nadeszło jedno z żydowskich świąt, a Jezus udał się do Jerozolimy. Przy Bramie Owczej w Jerozolimie leży sadzawka (stawek, zapora), która po hebrajsku nazywa się Betezda i była otoczona przez pięć łukowatych krużganków. Leżało tam wielu ludzi, którzy byli chorzy, ślepi, sparaliżowani lub kalecy (inwalidzi). Czekali oni, aż woda w sadzawce się poruszy.  Zdarzało się, że anioł Pana od czasu do czasu schodził w dół ku tej sadzawce i poruszał wtedy wodę. Pierwszy, który wszedł do wody zaraz po jej poruszeniu, stawał się zdrowy, niezależnie od choroby, która go dręczyła.

Był tam też pewien mężczyzna, który był chory od 38 lat. Jezus widział, że on tam leży i rozpoznał, że był chory od długiego czasu. Powiedział do niego:
- Chcesz być zdrowy?
- Panie - odpowiedział ten mężczyzna - nie ma nikogo, kto by mnie zniósł do sadzawki, gdy woda się porusza. A kiedy ja sam próbuję, ktoś inny mnie wyprzedza i wchodzi do wody przede mną.
- Wstań, weź swój materac i idź!
Momentalnie człowiek ten stał się zdrowy, wziął swój materac i poszedł.

Tego dnia jednak był sabat i Żydzi powiedzieli do wyleczonego:
- Jest sabat, nie wolno ci nosić tego materaca.
- Tak, ale ten, co mnie wyleczył, powiedział, żebym je wziął i chodził.
- A kim on jest?
Ale wyleczony mężczyzna nie wiedział, kim on był, bo Jezus się oddalił się od tłumu, który tam był.

Później znalazł Jezus tego człowieka na placu świątyni i powiedział do niego:
- Teraz jesteś zdrowy. Nie grzesz więcej, żeby nic gorszego ci się już nie przytrafiło.
Mężczyzna wtedy poszedł i powiedział tamtym Żydom, że ten, który go wyleczył, to był Jezus.

na podstawie: Jan 5,1-15

[dalej]
[do początku]





poniedziałek, 7 października 2013

WIEK ZIEMI, cz. 12, Super-kontynent PANGEA

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 12

Czy wiedzieliście, że Ziemia to jeden wielki magnes? Magnesy stopniowo tracą na sile. Magnetyzm Ziemi osłabł o 6% w porównaniu z porównaniu z wynikami sprzed 150 lat*. Magnes staje się słabszy. To znaczy, że wcześniej był mocniejszy. To znaczy, że Ziemia nie może być starsza, niż 25 tys. lat, ponieważ ciepło tak silnego pola magnetycznego, jakie musiało by być miliardy lat temu (licząc proporcjonalny spadek o ten sam stopień, co w ciągu ostatnich 150 lat), zniszczyłoby życie na ziemi.

Oznacza to również, że datowanie radiowęglowe jest bezużyteczne. Podam przykład: wiek dowolnej części nogi mamuta, datowanej węglem na 15 tys. lat, podczas gdy skóra - na 21 tys.** Być może miał bardzo powolne narodziny?... Jedna część mamuta miała 29 tys. lat, a inna - 44 tys. lat.*** Ta metoda jest do niczego! (więcej o tym później)

Podręczniki jednak będą twierdzić: Tak! Pole magnetyczne słabnie, ponieważ cyklicznie zmienia biegunowość. To stek bzdur! Pole magnetyczne Ziemi nie zmienia biegunowości. Są tylko obszary o słabszym lub silniejszym natężeniu pola, zwłaszcza u podłoża oceanów. Zmiana biegunowości pola magnetycznego wiąże się z teorią super-kontynentu - Pangei. Mówi ona, że miliony lat temu wszystkie kontynenty były połączone.

Naprawdę?

Ta teoria nie mówi tylko, ze Afrykę trzeba by pomniejszyć o prawie 40%, żeby pasowała, i że pominięto cały Meksyk w Ameryce Środkowej****.


Pominięto nawet to, co wiedzą przedszkolaki: że pod wodami oceanów znajduje się muł. Ludzie pytają:
- Hovind, czy nie sądzisz, że kontynenty były kiedyś połączone?
- O czym ty mówisz? Przecież cały czas są!

Przecież pod wodami oceanu nie ma pustki! To tylko niżej położony ląd, zalany wodą. To wszystko! Kontynenty CAŁY CZAS SĄ POŁĄCZONE.

Nie ma wątpliwości, że kontynenty trochę się ruszają. Teoria hydroplatform może nam wszystko wyjaśnić. 

* - Astronomy and the Bible, Donald DeYoung, s. 18.
** - Natures Deep Freeze, Natural History, Harold E. Anthony, wrzesień 1949, s. 300. Zob. też w: In the beginning, Walt Brown, s. 124.
*** - Quaternary Stratigraphic Nomenclature in Unglaciated Central Alaska, Geological Survey Professional Paper 862, US Gov. printing office, 1975, s. 30.
**** - Sprawdziłem, czy te kraje wymienione na obrazku nie mogły powstać później, np. na bazie lawy wulkanicznej. Faktycznie, kraje te leżą na terenach w większości aktywnych sejsmicznie, więc ktoś mógłby wysunąć ten fakt jako kontraargument. Do czasu, aż ten ktoś nie przeczyta kolejnych paru zdań...

01.35.41-01.38.02

[dalej]
[do początku]



Nowa Ziemia, cz. 5, Przepowiednia Izajasza

Spróbuję wczytać się we fragment, o którym zawsze słyszałem, że opowiada o nowej ziemi.

Oto Ja stworzę nowe niebo i nową ziemię i nie będzie się wspominało rzeczy dawnych, i nie przyjdą one na myśl nikomu (Iz. 65,17 BW). - Nikt nie będzie pamiętał dawnego życia? Nikomu nie przyjdzie do głowy, jak to było tutaj, na ziemi? Czyli tak, jakby tam, u góry, zaczynać wszystko od początku. Znowu. Być może dlatego więc większość tych wierzących, których znam, co kilka lat musi zaczynać wszystko od nowa. Ale jaki sens ma to twierdzenie?...

A raczej będą się radować i weselić po wszystkie czasy z tego, co Ja stworzę, bo oto Ja stworzę z Jeruzalemu wesele, a z jego ludu radość! (w. 18) - Cieszyć się - byłoby to miłe. Choć w zasadzie cieszyć można się i tutaj, z tego, co się ma. Jest trochę tych powodów do radości. Choć są i przerywniki...

Będę się cieszył z Jeruzalem i radował z ludu mojego. Nie będzie już w nim słychać płaczu ani głosu lamentu (w. 19 BP). - Ktoś będzie się z nas cieszył! Tzn. że będzie się cieszył za każdym razem na nasz widok, na dźwięk naszego głosu w telefonie, na każdy wspólny wypad nad wodę. Za każdym razem!

Nie będzie już tam niemowlęcia, [które by żyło tylko] dni kilka, ani też starca, który by nie osiągnął pełni swych dni; bo najmłodszy umrze jako stuletni, a kto stu lat nie osiągnie - będzie uchodził za dotkniętego przekleństwem (w. 20). - Z jednej strony fajne jest to, że będzie jakby zdrowiej. Niemowlę nie umrze jako niemowlę, żyć będzie można długo. Ale tu pojawia się pewien zgrzyt, którego nie rozumiem: z jednej strony ma to być życie wieczne, a z drugiej - zapowiadana jest śmierć w wieku 100 lat? Z jednej strony gdzieś jest napisane, że grzechu już tam nie będzie, a z drugiej - że będą ludzie, którzy będą uważani za dotknięci przekleństwem? Czyżby ten fragment Izajasza, podawany często za wzór tego, co będzie u góry, niezupełnie był o tej samej nowej ziemi, o której ja myślę? A może mowa o Japonii, gdzie odsetek ludzi dożywających setki jest bardzo duży?

Nie będą budować tak, aby ktoś inny mieszkał, nie będą sadzić tak, aby ktoś inny korzystał z plonów, lecz jaki jest wiek drzewa, taki będzie wiek mojego ludu, i co zapracowały ich ręce, to będą spożywać moi wybrani (w. 22 BW). - Długowieczni, bez złodziejstwa. Żadnych instytucji kradnących pracującym obywatelom mnóstwo zapracowanych pieniędzy, by stawiać sobie nowe, szklane biurowce. Brzmi kojąco.

Nie będą się na próżno trudzić i nie będą rodzić dzieci przeznaczonych na wczesną śmierć, gdyż są pokoleniem błogosławionych przez Pana, a ich latorośle pozostaną z nimi (w. 23). - Nasza praca będzie miała sens! W końcu!

I będzie tak, iż zanim zawołają, Ja im odpowiem; oni jeszcze mówić będą, a Ja już wysłucham (w. 24 BT). - To też jest miłe. Choć nie wiadomo, czego miałoby dotyczyć to wołanie. Chorób ma przecież rzekomo nie być, praca ma przynosić owoce. Chyba że samo dziękowanie Bogu za to wszystko.

Wilk z jagnięciem będą się paść razem, a lew jak bydło będzie jadł sieczkę, wąż zaś będzie się żywił prochem. Nie będą źle postępować ani zgubnie działać na całej świętej górze - mówi Pan (w. 25 BW). - Czyli żadnych pasożytów. Żadnego życia kosztem innych.

Niby więc ten fragment zaczyna się od słów: "Oto ja stworzę nowe niebo i nową ziemię...", ale faktycznie nie wiadomo, o co tu chodzi. Jaka mowa o śmierci? O jakie przekleństwo chodzi?

Nadal nic nie wiem. Coś tu było nie na temat. Albo ja jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem.

[dalej]
[do początku]



niedziela, 6 października 2013

Uwierzyć dwa razy

A był w Kafarnaum pewien dworzanin królewski, którego syn chorował. Ten, usłyszawszy, że Jezus przyszedł z Judei do Galilei, udał się do niego i prosił go, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, gdyż był umierający. I powiedział do niego Jezus: Jeśli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie. Dworzanin królewski powiedział do niego: Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko. Jezus mu powiedział: Idź, twój syn żyje. I uwierzył ten człowiek słowu, które powiedział mu Jezus, i poszedł. A gdy już szedł, jego słudzy wyszli mu naprzeciw i oznajmili: Twoje dziecko żyje. Wtedy zapytał ich o godzinę, w której poczuło się lepiej. I odpowiedzieli mu: Wczoraj o godzinie siódmej opuściła go gorączka. Wówczas ojciec poznał, że to była ta godzina, w której Jezus powiedział do niego: Twój syn żyje. I uwierzył on sam i cały jego dom.
Jan 4,46-53 BGU

Zawsze zastanawiałem się, dlaczego ten dworzanin uwierzył dwa razy. Pierwszy raz zaraz po rozmowie z Jezusem, a drugi raz, gdy przyszedł do domu. Przestał wierzyć po drodze, czy jak?

Wikipedia* utożsamia tego dworzanina z setnikiem z Ew. Mat. 8,5-13 i Łuk. 7,1-10. Czy to faktycznie chodziło o tę samą osobę - jest Kafarnaum, jest syn (lub podwładny w wersji z Łuk.), jest osobiste przyjście do Jezusa (lub przysłanie przyjaciół w wersji z Łuk.), jest ustąpienie choroby dokładnie o tej samej godzinie, o której miała miejsce rozmowa. Fakt, jest duża rozbieżność między byciem dworzaninem królewskim z chorym synem a dowódcą wojskowym z chorym podwładnym. Choć z drugiej strony, mógł być jednym i drugim. Mógł być dworzaninem u wnuka Heroda Wielkiego, króla Heroda Agrypy I, pod którego jurysdykcją było Kafarnaum. Mógł być na tyle bogaty, by posiadać służbę, a nawet zbudować miejscowej ludności (czyli Żydom) synagogę (zob. Łuk. 7,5), a jednocześnie służyć jako dowódca w rzymskim wojsku.

Jak z kolei wytłumaczyć różnicę między sługą setnika (Mat., Łuk.) a synem dworzanina (Jan)? Łukasz pisze, że ten sługa był "bardzo ceniony (Łuk. 7,2). Mógł być syn również żołnierzem. Łukasz w 7,7 podaje, że był to chłopiec (gr. pais). Takie samo słowo zostało również użyte przez Mateusza, gdy napisał po grecku proroctwo Izajasza: Żeby się wypełniło, co zostało powiedziane przez proroka Izajasza, który powiedział: Oto mój sługa, którego wybrałem, mój umiłowany, w którym moja dusza ma upodobanie. Złożę na nim mojego Ducha, a on ogłosi sąd narodom. Nie będzie się spierał ani krzyczał i nikt nie usłyszy na ulicach jego głosu. Trzciny nadłamanej nie dołamie, a knota tlącego się nie zagasi, dopóki nie doprowadzi sądu do zwycięstwa. A w jego imieniu narody będą pokładać nadzieję (Mat. 12,18-21). W podkreślonym miejscu w greckim tekście użyte jest słowo "pais". Czyli owszem, może i sługa, ale ten najbardziej umiłowany, jak syn przez ojca.

Nawiasem - szukając informacji natknąłem się na pewien artykuł na pewnym portalu, którego nazwy tu nie zareklamuję, a ten akapit piszę tylko dla tych, którzy w przyszłości może natkną się na ten blog - i będą sami wiedzieć, o co chodzi. W historii setnika/dworzanina i jego sługi/syna autor owego artykułu doszukał się tam czegoś, czego nie ma. Dlaczego tak twierdzę? Otóż właśnie z powodu, który podałem jeden akapit wyżej. Ponieważ "paisem" został nazwany Jezus - na którego wskazywało proroctwo Izajasza - nie ukrywa się w tej historii nic więcej niż to, co zostało tam faktycznie napisane. A owa "niegodność" setnika, stawiana jako kolejny dowód na teorię z tamtego portalu, również mija się z celem - można czuć się niegodnym bliskości Boga z rozmaitych powodów. Np. takiego, że dobrze się wiedziało, że Jezus głosił wówczas swoje nauki przede wszystkim dla Żydów, a on Żydem nie był. W 90% uważam więc teorię tam podaną za nieprawdziwą. Pozostałe 10% dowodzi jedynie tego, że Jezus nie potępiał takich ludzi - podobnie jak nie potępił kobiety z Jan 8,7-11. Nie przeczy to jednak ogólnemu stanowisku stanowiska Biblii na temat tego zjawiska.

Wracając do tematu - tamte dwa fragmenty nie wprowadzają raczej niczego nowego w temat, który mnie interesuje. Może poza tym, że setnik (żołnierz rzymski, dowódca oddziału) powiedział do Jezusa: Panie, nie jestem godny, abyś wszedł pod mój dach, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo i ja jestem człowiekiem podległym władzy i mam pod sobą żołnierzy. Mówię jednemu: Idź, a idzie; a drugiemu: Chodź tu, a przychodzi; a memu słudze: Zrób to, a robi. (Mat. 8,8-9 BGU). Jezus wówczas się zdziwił, że ktoś może wierzyć, że Jego słowo ma aż taką moc. tym bardziej spoza Izraela. Musiał ów żołnierz wierzyć, że Jezus ma taką moc nad chorobą, że wystarczy tylko, żeby rozkazał jej, jak dowódca żołnierzowi, a choroba się wyniesie.

To by więc mogło tłumaczyć owo "podwójne uwierzenie". Najwidoczniej pierwszy raz uwierzył - lub już wierzył, jeśli podeprzeć się historiami z pozostałych dwóch sprawozdawców - że na słowo Jezusa choroba mogła ustąpić. Jak żołnierz wychodzący z szeregu na rozkaz dowódcy. Zwłaszcza w armii rzymskiej, znanej z żelaznej dyscypliny. A drugi raz uwierzył po powrocie, gdy przekonał się, że choroba ustąpiła dokładnie w czasie rozmowy. Tyle że o ile pierwszy raz wierzył w moc słów Jezusa, o tyle drugi raz, zobaczywszy to na własne oczy, musiał uwierzyć w coś więcej - dokładnie w to, o co Jezusowi chodziło. W Państwo Boga, o którym Jezus opowiadał, które było celem jego wędrówek, uzdrowień etc.

Ale, szczerze powiedziawszy, czuję jeszcze pewien niedosyt informacji. Być może powrócę do tego tematu.

* - http://pl.wikipedia.org/wiki/Cuda_Jezusa



To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 4.3.

Rozdział 4, cz. 3

Kiedy te dwa dni minęły, poszedł Jezus stamtąd dalej, do Galilei. Sam oświadczył wcześniej, że prorok nie jest doceniany w swoim własnym domu. Gdy przyszedł do Galilei, lud tam mieszkający przyjął go, bo widział, czego dokonał w Jerozolimie podczas świąt, ponieważ oni też byli w Jerozolimie w tym czasie.

Przybył więc Jezus do Kany w Galilei, tam, gdzie przemienił wodę w wino. W Kafarnaum natomiast mieszkał pewien królewski urzędnik, którego syn był chory. Kiedy usłyszał, że Jezus wrócił z Judei do Galilei, poszedł do niego i poprosił, żeby przyszedł i wyleczył mu syna, bo był bliski śmierci. Jezus powiedział do niego:
- Póki nie widzicie znaków, to nie wierzycie.
- Przyjdź, Panie, zanim mój chłopiec umrze!
- Idź do domu, twój syn żyje.
Mężczyzna uwierzył w słowo Jezusa i odszedł. Gdy był jeszcze w drodze do domu, spotkali go jego służący i powiedzieli, że chłopiec żyje. Zapytał, kiedy mu się polepszyło. Odpowiedzieli:
- Wczoraj, koło godziny siódmej (ok. 13 naszego czasu - dop. wł.) zniknęła gorączka.
Ojciec zrozumiał, że zdarzyło się to akurat w tym czasie, gdy Jezus powiedział "Twój syn żyje". I zarówno on, jak i cały jego dom, uwierzyli.

To był drugi znak/cud Jezusa, odkąd przybył z Judei do Galilei.

na podstawie: Jan 4,43-54

[dalej]
[do początku]


czwartek, 3 października 2013

Nowa Ziemia, cz. 4, Jak miłować nieprzyjaciół?

Ciąg dalszy z ostatnich rozmyślań.

To, czego nauczał Jezus, nie jest właściwie niczym nowym. Ta nauka, na którą się powoływał, o czym rozmyślałem ostatnim razem, jest właściwie tym, co reprezentuje sobą Bóg: A nauka, którą słyszeliście, nie jest moja, ale Ojca, który Mnie posłał. (Jan 14,24 BP). Nie jest to więc tak, że Jezus sam z siebie coś wymyślił. On tylko "przekładał" na nowy język, nowe rozumienie świata to, co zostało napisane do tej pory. To, co było już niezrozumiałe z tekstu Starego Testamentu.

Teraz coś o tym "miłowaniu" ludzi, których łatwo można by nazwać "nieprzyjaciółmi": Jeśli ktoś mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi swego brata, jest kłamcą. Kto bowiem nie miłuje swego brata, którego widzi, jak może miłować Boga, którego nie widzi? A takie przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też swego brata. (1 Jan 4,20-21 BGU). Ja to widzę tak, jak to napisałem ostatnio: człowiek a to, co robi, to jakby dwie różne rzeczy. Człowieka trzeba "miłować" - daję w cudzysłowie, bo właściwie w języku polskim brak odpowiedniego słowa na to. "Miłować" - mowa tu o tym legendarnym greckim "agape". Z tego, co widzę w przekładzie interlinearnym*, miłować można Boga. Można też przyjaciela. Nie jest to "miłowanie" jak kobiety z mężczyzną, nie jest to też "miłowaniem" stosunek rodzica do swoich dzieci. Miłowanie jest przyjacielskie.

Czyli? Można się nie widzieć 10 lat, ale w stosownej chwili rzuca się wszystko i idzie się wspierać. Można się pożreć ze sobą wieczór wcześniej, ale dzień później idzie się razem na kubełek kurczaka. Jeden wjechał samochodem w głębokie błoto przez głupotę - drugi zdejmuje buty i idzie w to błoto pchać samochód. I wraca do samochodu pięknie ubłocony. Wiele jest objawów przyjaźni, każdy zna swoje. Do postępowania wobec "nieprzyjaciół" w ten właśnie sposób namawia nas Jezus. I Bóg.

Wiem, że to ciężko. Ja to właśnie staram się robić w ten sposób, że oddzielam człowieka od tego, co robi. Człowiek to człowiek - każdy ma żebra, każdy oddycha, każdy ma w piersiach mięsień, który jest swoistym perpetuum mobile, a pod żebrami kolejne takie perpetuum mobile. Oba poruszają się same, bez spoczynku, bez przerwy. Każda przerwa w działaniu oznaczałaby koniec życia. Odkąd zacząłem się tym interesować głębiej, zawsze byłem w podziwie nad tymi dwoma samonapędzalnymi maszynami. Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że coś takiego mogłoby wykształcić się samo, na drodze ewolucji. Bo serce i płuca albo są, albo ich nie ma. Jakikolwiek byłby stan pośredni i nie działałby lub działałby tylko w połowie - nie byłby w stanie podtrzymać życia. Widać to w szpitalach. A bez życia nie byłoby szansy na dalszą zmianę, na dalszą ewolucję - bo jednak trzeba dożyć konkretnego wieku, żeby móc przekazać "pozytywne geny" - jak to nazywa teoria ewolucji - swojemu potomstwu. A wszelkie odmiany serc i płuc znane z innych zwierząt są tylko odmianami tego, co sami mamy w piersiach, w żadnym wypadku stanami pośrednimi. Wszystkie działają tak samo.

Natomiast to, co człowiek robi, jest sumą jego doświadczeń życiowych, przeżyć, środowiska, które miało wpływ na jego wychowanie, tego, co do tej pory poznał i wielu innych czynników. I decyzji. A decyzje podejmuje na podstawie tych samych czynników. Gdyby dać takiemu człowiekowi dogodne warunki do wychowywania się, inne przeżycia, inne środowisko - nikt nie wie, jakie podjąłby decyzje.

Tak więc wszystko w nim może się jeszcze zmienić. Tak przynajmniej wygląda to teoretycznie. W praktyce spotkałem niewiele takich przypadków - zazwyczaj mało kto chce zacząć postępować "wbrew sobie", wbrew tej sumie swoich doświadczeń, tego, co się nauczył do tej pory w kontaktach z ludźmi etc., żeby wszystko zmienić na takie, jak racjonalnie wygląda to lepsze, ale się tego nie zna. Tak, taki człowiek musi uwierzyć, że takie lepsze istnieje i warto wszystko, co zna, zmienić na lepsze, którego nie zna, wierząc tylko jakiemuś zapewnieniu, że takie lepsze istnieje... I tak, opisuję tu też i swoje odczucia.

* - http://biblia.oblubienica.eu/wystepowanie/word/id/%CE%B1%CE%B3%CE%B1%CF%80%CF%89

[dalej]
[do początku]



środa, 2 października 2013

Nowa Ziemia, cz. 3, "Kto mnie miłuje..."

A Jezus mu odpowiedział: Jeśli kto Mnie miłuje, będzie przestrzegał mojej nauki.
(Jan 14,23 BP)

Czas sprostować swoje mniemanie o tym, że wystarczy pokochać Boga, żeby przykazania przestrzegały się "same". To było tak, jak w małżeństwie - kochasz tę dziewczynę, więc lubisz sprawiać jej przyjemność. Dla ciebie kwiaty to zielsko, dla niej - coś, co ona lubi, coś ważnego. Nie wytłumaczę tego dokładniej, bo nie jestem dziewczyną ;)

Z tym że już na etapie poznawania tej dziewczyny starasz się ją poznać. Najpierw poznajesz ją trochę, zaciekawia cię ona, po czym chcesz wiedzieć o niej więcej i więcej... I potem dowiadujesz się, że np. lubi pingwiny. Więc wyszukujesz jej maskotki-pingwinki. Bo wiesz, że ona to lubi.

Jeśli więc poznajesz Boga - niby przypadkiem, niby przy okazji - potem okazuje się, że chcesz poznać Go bardziej. I dowiadujesz się, że np. lubi być najważniejszy (jak ta dziewczyna...) - stąd przykazanie o tym, że nikt nie będzie miał innych bożków ważniejszych od Niego. Dziewczyna też tego nie lubi. W podbramkowej sytuacji musisz wybierać - mecz z kumplami, czy wieczór z dziewczyną w rocznicę czegoś tam. A później, gdy już razem tworzycie rodzinę - tym bardziej: mecz z kumplami czy pojeżdżenie na rowerku z córką? Wybór jest oczywisty... Tak samo oczywisty staje się - lub też powinien się stać - w związku z Bogiem.

Ale nie tylko o przykazania chodzi. Tych dziesięć przykazań składa się z czterech zasad dotyczących relacji z Bogiem i sześciu dotyczących relacji z innymi ludźmi. By żyło się lepiej. Tak na serio, a nie jak w spocie reklamowym. Jezus "spłaszczył" te przykazania do dwóch - pierwsze cztery zawarł w "miłuj Boga swojego", a pozostałe sześć w "miłuj bliźniego swego".

Ale to nie są wszystkie Jego nauki. To wszystko, czego nauczał, o czym można przeczytać w ewangeliach, np. o tym, że pomoc innym jest ważniejsza od tego, co się "ma" (młodzieniec, który odszedł, bo przestrzegał przykazań, ale był bogaty i nie chciał tego tracić); żeby dopatrywać się w "nieprzyjaciołach" takich samych ludzi, jak my, tylko skrzywionych przez różne niekorzystne naleciałości ("miłujcie nieprzyjaciół waszych" - inaczej tego nie umiem wytłumaczyć); że "cudzołożenie" czyli jakby to wytłumaczyć na dzisiejszy język - grzebanie w cudzym łóżku - to nie tylko "skok w bok", ale też każda sytuacja, gdy się patrzy na "czyjąś" dziewczynę łakomym okiem; żeby nie dać pozwolić swojemu gniewowi urosnąć do nie wiadomo jakich rozmiarów ("gniewajcie się, lecz nie grzeszcie" i "niechaj słońce nie zachodzi nad gniewem waszym"). I wiele innych.

Wychodzi więc na to, że to wszystko powyższe nie przychodzi samo z siebie, tylko w wyniku kontaktu z Bogiem, ale trzeba też nad tym osobiście popracować.

Takie dzisiaj miałem myśli, tak na bieżąco.

[dalej]
[do początku]