niedziela, 17 listopada 2013

WIEK ZIEMI, cz. 25, Najstarsze kalendarze świata

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 25

Najstarszy język świata szacuje się na 6 tys. lat lub mniej. To świetnie potwierdza autentyczność Biblii.

Chiński kalendarz wskazuje teraz, że mamy rok 4700 z hakiem. Mogli zacząć liczyć z Noem - może początek kalendarza ma miejsce od narodzin Noego, lub opadnięcia wód?

Kalendarz hebrajski mówi, że jest rok 5763 [w momencie nagrywania wykładów - dop. wł.]. Pytanie więc, dlaczego nie ma wiarygodnych świadków historycznych sprzed 6 tys. lat i dawniejszego okresu? Na pewno nie ufałbym kalendarzowi egipskiemu, bo wiele rzeczy rozciągali sobie w czasie...

02.02.49-02.03.40

[dalej]
[do początku]


środa, 13 listopada 2013

Całkowity przewrót myślowy

Co za dyskusje... (dot. Jan. 8,31 i dalej)

Jezus do ludzi: macie szansę być moimi uczniami (mówił to ten, który robił te wszystkie znaki/cuda).
Ludzie: ale my jesteśmy uczniami tylko Abrahama.
Jezus: poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi.
Ludzie: ale my wcale nie jesteśmy zniewoleni.

Co za zonk. Jezus o jednym, tłum o czymś innym. Niby rozmowa toczyła się w tych samych słowach, ale obie strony miały zupełnie co innego na myśli. Jezus mówił o Państwie Boga, a tłum czekał na Oswobodziciela, który uwolni ich naród spod okupacji rzymskiej. Pismo mówiło o Mesjaszu, który uwolni ludzkość od konsekwencji wyboru pierwszego człowieka, a tłum czekał na Mesjasza, który miał ich uwolnić od Rzymian i stworzyć potęgę izraelską. Co za ciąg nieporozumień... Tamci ludzie wpadli w taki tok kolein myślowych, że naprawdę ciężko było Jezusowi ich stamtąd wyszarpnąć.

Ale czasem tak bywa - niby można rozmawiać na ten sam temat, ale ktoś tak mocno siedzi w swoim wyobrażeniu, że ciężko mu się otworzyć na możliwość, że temat jego wyobrażenia może wyglądać zupełnie inaczej. Trochę koloryzując - jakiś namiętny fan lub nawet gracz w piłkę nożną może tak głęboko myśleć przez pryzmat piłki do kopania, że może całkowicie nie rozumieć przyjemności jazdy na rowerze. Jak to, przecież jadąc na rowerze trudno jest kopać piłkę, co w tym przyjemnego...

A to, co Jezus mówił, robiło totalny przewrót nie tylko w głowach jemu współczesnych. Czytając to wszystko dzisiaj, również można absolutnie nie zrozumieć esencji Jego nauk/wykładów. Jak u mnie - interesuję się tą tematyką od kilkunastu lat (fakt, że z kilkuletnią z przerwą), ale dopiero teraz odkrywam, co tu jest najważniejsze...


WIEK ZIEMI, cz. 24, Erozje kontynentów

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 24

Przy teraźniejszym tempie erozji kontynenty za 14 mln lat stałyby się płaskie. Mamy osuwiska, przemieszczenia podłoża, wyniszczanie masy, łuszczenie się skał, lawiny...

Można więc wysnuć wniosek, że jeśli kiedyś tempo erozji było mniej więcej takie samo, jak dzisiaj, to albo góry były X razy wyższe - gdzie każdy X to dodanie np. do Mount Everestu kolejnych ponad 8 km wysokości co 14 mln lat. Czyli przykładowo 5 miliardów lat temu Mount Everest byłby 357 razy wyższy (licząc od poziomu morza), czyli miałby... 3 tys. km! Do księżyca jeszce daleko, ale taka atmosfera kończy się powyżej 2 tys. km, a ostatnie cząstki powietrza są najwyżej na 500 km wysokości. Tak, wiem, to jest totalnie hipotetyczne gdybanie, nawet nieco absurdalne, ale to przynajmniej uzmysławia, co by było gdyby... część dzisiejszych teorii naukowych była prawdą!

... albo świat musi mieć zdecydowanie mniej, niż te miliardy lat. Za tym przemawiają fakty o innych zjawiskach erozyjnych, ja przykładowo te o delcie rzeki Missisipi (ciekawe, czy znalazłbym coś podobnego o naszym polskim Helu...), zasoleniu oceanów czy o powiększaniu się Sahary. 

Możecie polecieć na zachód [w domyśle - na zachód od Florydy] i popatrzeć przez okno. Na całej tej planecie widać potężne ślady erozji, zwłaszcza w obszarach, gdzie rzadko pada. Wielki Kanion musiał być uformowany w przeciągu kilku godzin. Rzeka Kolorado tego nie zrobiła. Więcej o tym przedstawię w cyklu "Kłamstwa w podręcznikach".

W południowym Iraku istnieją ogromne pofałdowania, każde z nich o szerokości nawet do 1,5 km. Wg mnie są to dowody na potężne ilości rwącej wody. Globalny potop jest najlepszym wytłumaczeniem na Góry Zagros w Iraku.

02.01.22-02.02.48

[dalej]
[do początku]


Psalm 16, Zabezpieczona przyszłość


Strzeż mnie, o Boże, bo w tobie szukam schronienia!
Rzekłem do Pana: Tyś Panem moim,
nie ma dla mnie dobra poza tobą.
Marni są ci, którzy trzymają się "świętości" na ziemi;
tych "wielkich" nie chcę nawet znać.
Ci, którzy idą za obcymi [bogami],
pomnażają swoje boleści,
nawet nie wypowiem wargami ich imienia.
Pan jest działem moim i kielichem moim,
to właśnie Ty mój los zabezpieczasz.
Sznury miernicze przydzieliły mi żyzne łany,
i bardzo mi jest miłe to moje dziedzictwo.
Błogosławię Jahwe, który dał mi rozsądek,
sumienie moje napomina mnie nawet nocą.
Stawiam sobie zawsze Jahwe przed swymi oczami
- nic mnie nie zachwieje, bo On jest po mojej prawicy.
Dlatego weseli się serce moje i raduje się dusza moja,
nawet ciało moje spoczywać będzie bezpiecznie,
bo nie zostawisz duszy mojej w grobie.
Ty mi wskazujesz drogę życia:
pełnię radości przy Tobie,
wieczyste rozkosze po Twojej praw
icy.
 

Psalm 16, miks tłumaczeń: BT, BP, BW, BG, norweska 2011

Okazuje się, że z Psalmów można całkiem dużo się dowiedzieć.

Zazwyczaj są to pieśni pisane przez Dawida. Króla Dawida. Tego Dawida, który walczył z Goliatem. Taki mały spryciarz.

Kim był Bóg dla Dawida - widać tutaj właśnie. Był Tym, który zabezpieczył jego przyszłość; Tym, który już do tej pory (do pory pisania tej pieśni) dał mu jakieś żyzne ziemie; Tym, który dał mu rozsądek, wskazuje drogę.

Jak Bóg może wskazać drogę w życiu? Może być tak, że podpowie, jakiego dokonać wyboru. Zdarza się. Jak? Sceptykowi tego nie można wytłumaczyć. Odpowiednie przekonanie gdzieś w środku, "zbiegi okoliczności", odpowiedni czas etc.

Może być też tak, że człowiek może się w tym zagubić - wówczas jedyną drogą, jaką Bóg na 100% pokazał, wspólną dla wszystkich, jest "pełnia radości przy Nim, wieczyste rozkosze po Jego prawicy". Czyli - Państwo Boga.

[inne Psalmy] 


wtorek, 12 listopada 2013

WIEK ZIEMI, cz. 23, Stalaktyty

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 23

Ilu z was było w jaskiniach, gdzie przewodnicy ostrzegali, by nie dotykać skorup skalnych, ponieważ mają miliony lat? We wszystkich jaskiniach stosuje się tę samą gadkę, prawda? W Carlsbadzie rzekomo mają twór budujący się dzięki drobnym kroplom wody od 250 mln lat! Mówią, że trzeba jednego tysiąca lat na utworzenie stalaktytu o długości 25,5 cm. Nie chce mi się w to wierzyć.

Oto 125-centymetrowy stalaktyt* rosnący pod pomnikiem Lincolna (poniżej po lewej), wybudowanym w 1922 roku. A oto nietoperz pokryty wapieniem (poniżej pośrodku) - nawet nie zdążył zgnić! I został zachowany przez stalaktyty. A tutaj mamy pięciocentymetrowe stalaktyty wystające z budy chłodniczej w Pensacoli na Florydzie (poniżej po prawej).


Oto budynek w stanie Indiana (poniżej, po lewej), użytkowany tylko przez 40 lat. Przez ten czas piwnica dosłownie zarosła tworami osadowymi.

Ten obrazek (poniżej, pośrodku) przedstawia wnętrze zamkniętej na 55 lat jaskini w kopalni w Australii. Teraz jest pełna stalagmitów**, stalaktytów, skał wstęgowych i kolumn. Tamtych dwoje ludzi, widocznych na zdjęciu, wyznacza skalę.

Tutaj (poniżej, po prawej) mamy 33-centymetrowy stalaktyt wystający z rury. Budynek wybudowano 7 lat przed wykonaniem zdjęcia.


Przy Uniwersytecie Teksańskim w Austim wybudowano parking samochodowy. Musiano podstawić miski pod wycieki, ponieważ ludziom wyrastały stalagmity w samochodach (poniżej, po lewej).

100 lat temu człowiek z Wyoming podczas gorącej wiosny postawił sobie rurę w ogrodzie. Woda wypływała z rury i ociekała po ściance. Nazwano to "fontanną". Wszyscy byli pełni podziwu. Spływająca woda odparowywała, zostawiając po sobie osady mineralne. Ile osób widziało już taki sam osad w swojej umywalce? (Na środkowym zdjęciu poniżej - osad minerałów w zwykłej umywalce). Ten człowiek umarł i zostawił swoją pseudo-fontannę w swoim ogrodzie. Oto ona, 100 lat później (poniżej, po prawej).


Trzeba by sporo płynu, by to wyczyścić...

Proszę więc, niech nikt mi nie mówi, że potrzeba milionów lat na utworzenie czegoś takiego (poniżej, po lewej), bo wcale tak nie jest. Albo ktoś próbuje wprowadzić zamieszanie, albo zwyczajnie kłamie.

Inny człowiek zrobił później to samo u siebie (poniżej, po prawej). Nie jest to tak duże, ale wciąż wprawia w osłupienie.



01.58.37-02.01.21

* - Gwoli przypomnienia - stalaktyt to narośl, zwis ze stropu, powstający z osadzających się na końcu zwisu minerałów z kapiącej cieczy. Coś jak sopel.
** - Stalagmit - to samo, co stalaktyt, tylko że rośnie nie jako zwis ze stropu, ale jako "nakap" na podłożu. Taki sopel do góry nogami.


[dalej]
[do początku]


Nowa Ziemia, cz.16, Co takiego jest na Nowej Ziemi?

Wtedy uczniowie podeszli i zapytali go: Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach? A on odpowiedział im: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, ale im nie jest dane. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, bo patrzą, a nie widzą, i słuchają, a nie słyszą ani nie rozumieją. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło widzieć to, co wy widzicie, ale nie zobaczyli, i słyszeć to, co wy słyszycie, ale nie usłyszeli.
Mat. 13,10-11.13.17 BGU, BT

Zastanawiam się, co też takiego widzieli uczniowie, czego nie widzieli inni ludzie, że Jezus mówił o nich, że są szczęściarzami, że widzą. Widzieli cuda/znaki, ale to widzieli też inni ludzie. Słuchali Jezusa, ale inni też go słuchali. Albo tylko słyszeli. Wizji żadnych szczególnych nie mieli, w których mieliby zobaczyć Państwo Boga. Żadnych szczególnych wskazówek też od Jezusa nie dostali, bo w zasadzie wszystko Jezus mówił publicznie - to, co słyszeli uczniowie, mógł usłyszeć każdy. A części rzeczy uczniowie i tak nie rozumieli - jak to uczniowie - i musieli się dopytywać.

Jedyna rzecz, która wyróżniała uczniów od reszty tłumu, była taka, że uczniowie wierzyli. Wierzyli w Jezusa jako Syna Boga. I nie chcieli iść nigdzie indziej, jak tylko za Jezusem.

Fakt, wszyscy widzieli znaki/cuda, z tym że uczniów zaprowadziło to właśnie do wniosku, że Jezus jest Synem Boga, a ludzi... No cóż. A ludzie chodzili za Jezusem, bo dał im chleb, bo dał im zdrowie. Zdarzały się momenty, gdy wśród nich trafiały się perełki, które też stwierdzały, że "czy Mesjasz, gdy przyjdzie, uczyni więcej znaków/cudów?" Lub które wprost mówiły, że wierzą. Ale zdarzało się też, że odchodzili z niczym - jak ten bogaty młodzieniaszek.

Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego... A wielu innych patrzy, ale nie widzi. Zdarzyło się to kiedyś komuś? Mi tak -  ktoś pokazał mi zdjęcie trzech osób, które znałem w przeszłości.
- Co widzisz?
- Trzy dziewczyny - znam je.
- I?
- I nic więcej.
Dopiero po kolejnych sekundach uświadomiłem sobie, że jedna z nich trzyma niemowlę w ramionach. Patrzyłem, ale nie widziałem.

Na co więc patrzyli uczniowie, że Jezus powiedział im, że patrzą i widzą, i że dano im poznać tajemnice Państwa Boga? Co oni poznawali przez większość czasu?

Samego Jezusa...

Jest to więc możliwe, że całą odpowiedzią na pytanie, co właściwie będzie na Nowej Ziemi, żeby chcieć tam iść - jest sam Jezus?

[dalej]
[do początku]


niedziela, 10 listopada 2013

Rodzina Boga - totalna "burza mózgu"

Cały czas Jezus na tym placu świątynnym powtarzał, że robi tylko to, co Ojciec zrobiłby, że zna ich wszystkie osądy i mógłby wiele o nich powiedzieć, ale nie robi tego, bo robi tylko co, co ma do zrobienia - wg intencji Ojca. I tak dalej - wszystko wg Ew. Jana, rozdziały 7 i 8.

W pierwszym momencie zakrawa to trochę na rozdwojenie jaźni. Tak jakby przemawiał człowiek i ktoś, kto ma wgląd w serca ludzi - jednocześnie. "Znam wasze osądy i wiele mógłbym o nich powiedzieć" - taką wiedzę ma tylko Bóg. "Ale nie mówię, bo..." - tu mówi jak człowiek, który stara się trzymać pewnych zasad i nie robić tego, co uważa za niesłuszne.

Do tego powtarzał, że "Wtedy zrozumiecie, że Ja Jestem". "Ja Jestem" to imię Boga. Hebrajski zapis "JHWH", czy też używane powszechnie "Jahwe" (a nawet "świadkowe" "Jehowa" - skądkolwiek oni wytrzasnęli tę wymowę), znaczy właśnie "ja jestem". Co właściwie znaczy to imię? Czy to, że to "ja jestem ja" - dla podkreślenia własnej osobowości, czy może ma to podkreślać, że "jestem" - czyli "egzystuję, istnieję"? Niektóre polskie tłumaczenia używają określenia "jestem, który jestem" - nie rozumiem tego całkowicie. Brzmi jak hasło Michała Wiśniewskiego: "jestem, jaki jestem" - i w domyśle: "i nikt tego nie zmieni". Pominąwszy fakt, że to bzdura, to takie określenie nie pasuje mi do Boga. Bóg nie potrzebuje niczyjej akceptacji - On nie musiałby wymyślać takich nastolatkowych haseł. Jest bytem absolutnym, niezależnym od nikogo.

No właśnie - ON JEST.

I tu nieśmiało kiełkuje mi pewna myśl. Czyżby więc - skoro Jezus tak ciągle podkreślał, że robi tylko to, co "odgórne", skoro nazywa siebie "Ja Jestem", może to stało się tak, że to sam Bóg przyszedł na ziemię? Ten, KTÓRY JEST? A że nie było jak inaczej wytłumaczyć ograniczonym, trójwymiarowym ludzkim umysłom inaczej, to nazwał to swoje ziemskie wcielenie Synem Boga i Synem Człowieka jednocześnie?

Jest to dosyć śmiała myśl i się pod nią nie podpisuję. Ta "burza mózgu". Jednego mózgu. Aczkolwiek już wcześniej Bóg schodził na ziemię - chodził po ziemi w czasach raju; schodził na ziemię, by rozmawiać z Mojżeszem; rozmawiał też osobiście z Abrahamem. Z tym że w tych ostatnich dwóch przypadkach istniał jako zjawisko - wg ludzkiego umysłu - ponadnormalne. Jako wieczny płomień na krzewie, albo po prostu jako anioł (jako trzej aniołowie - w przypadku rozmowy z Abrahamem!). A tutaj przyszedł normalnie, jako człowiek. Normalnie się urodził, normalnie dorastał, normalnie, jako mężczyzna, patrzył na inne kobiety, normalnie pracował jako cieśla, normalnie borykał się z ludzkimi słabościami - cudzymi na pewno, ale swoimi pewnie też.

Z drugiej strony jednak jest zapisanych wiele zdarzeń, które sugerują, że to nie był sam Ojciec, osobiście, lecz faktycznie inna osoba. Choćby to westchnienie na krzyżu: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?". Przecież nie wzdychałby sam do siebie, że sam siebie opuścił... Podczas jego chrztu odezwał się też głos z nieba - "Ten jest mój syn umiłowany". Miałby on zrobić sam sobie taką sztuczkę? Nazwać samego siebie swoim synem? Trochę niedorzeczne.

No i to, co mówił o tych świadkach - że to, co miałoby świadczyć o Nim jako o Synu Boga, to nie tylko to, co sam o sobie mówił, ale też to, co Bóg robił przez Niego - wszystkie te cuda/znaki. Że to opiera się nie tylko na nim samym, ale raczej tak, jakby się opierało na zeznaniach dwóch świadków. Nie jednego. Jego i jego Ojca.

Czyli raczej nie owo lekkie rozdwojenie jaźni, ale rozdwojenie woli. Coś typu: ja sam to bym wam nagadał, bo wiem o was wszystko, i mam pewne zdanie o tym, co robicie, w jaki sposób osądzacie, ale nie nagadam wam, bo robię tylko to, co jest wolą Ojca. Pełne podporządkowanie się Bogu. Ojcu. A używanie imienia "Ja Jestem", to raczej jak używanie nazwiska - jedno wspólne nazwisko dla całej rodziny.

A rozdwojenie woli jest powszechne i w nas samych. Paweł gdzieś tam pisał, że czasem "robi nie to, co chce". Nam też nie zawsze udaje się zrobić to, co właściwie chcemy. Tzn. - my chcemy, ale gdy nasze ciało dochodzi do głosu - czy to przez lenistwo, czy przez egoizm - finalnie robimy coś innego. W zasadzie jest tak, że myślimy i chcemy dobrze, ale przez te wewnętrzne rozterki robimy gorzej. I jakby właśnie nad tym Jezus panował. "Mógłbym wiele o was powiedzieć, ale nie powiem".

"Burza mózgu" poszła dalej. Przyjmuję więc teraz fakt, że Jezus był Synem Boga i mówił oraz robił wszystko zawsze wg wskazań swojego Ojca. Wg zasady "jaki ojciec, taki syn". Czy to możliwe, żeby Bóg miał dziecko? Normalnie, jak człowiek? Można sobie to wyobrazić?

Gdy tak nad tym myślę, to tak. W końcu na początku Biblii jest napisane, że Bóg stworzył człowieka na SWOJE podobieństwo. A nawet na ICH podobieństwo (Rodz. 1,26). Czyli stworzył człowieka razem z całymi "przyległościami", podobnego do Siebie. Jakby do całej rodziny - Ojca i Syna. Dał człowiekowi możliwość posiadania dzieci. Nie tylko człowiekowi zresztą - całe istnienie świata zwierząt opiera się na tej możliwości. Skąd taki pomysł mógł mu się wziąć przy stwarzaniu świata, jak nie stąd, że sam ma rodzinę? Bóg jest ojcem w tej rodzinie. I ma syna. Syna, który urodził się na ziemi jako Jezus.

Czy Jezus istniał wcześniej, jeszcze jako nie-człowiek, ale jako istota takiego samego wymiaru, co Bóg? Niektórzy ludzie mówią, że tak. Ale w to zgłębię się innym razem.

A co w takim razie z trzecią częścią rodziny? Co z żoną mężczyzny, co z matką? Skoro człowiek został stworzony jako podobieństwo Boga, całej Bożej rodziny, i został stworzony jako Adam i Ewa, to czy istnieje jakaś Boska "Ewa"? Matka Jezusa? Nie Maria. Maria - w moim odbiorze - zaistniała tylko jako surogatka Syna Boga tutaj, na ziemi. Mam raczej na myśli taką matkę tam, u góry, istniejącą w takim samym wymiarze, co pozostała część rodziny Boga. A Maria ani nie została do nieba wzięta, ani jej rola jako Tej Matki nie została przez Jezusa w żaden sposób podkreślona. Była zwykłym człowiekiem.

Ewa została uformowana z żebra Adama. Gdyby wziąć i to jako podobieństwo do istnienia Rodziny Boga, to tak, jakby Żona Boga stanowiła integralną część z samym Bogiem. Jakby jej pochodzenie "fizycznie" było od samego Boga. Jakby stanowiła część "wydzieloną" z Boga, jak żebro z Adama.

Duch Święty? Pominąwszy płeć - bo wg Biblii tam, w tamtym wymiarze, który Biblia nazywa Niebem - nie ma podziału na płcie - czyżby to był Duch Święty? Czyli jakby "Duszka", "Pani Duchowa" - wg ludzkiego rozumienia. Duch istniał od samego początku: "Duch Boży unosił się nad wodami" podczas pierwszego dnia stwarzania świata. Działanie Ducha Boga wiele razy wymienione jest w Starym Testamencie - i najczęściej motywowało to do konkretnego działania albo sprawiało, że ludzie popadali "w zachwycenie". Cokolwiek to miałoby oznaczać.

Później, gdy Jezus był na ziemi, mówił wiele razy o Duchu Pocieszycielu, który miał przyjść po nim. To Duch sprawiał, że ludzie otwierali się na Boga. Tylko przez Ducha, lub dzięki Duchowi, ludzie mogli poznawać Boga (1 Kor. 2,10-11 BT: Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego. Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży).

Idąc dalej wg tej analogii: kto nie zna męża lepiej, niż własna żona? Kto nie potrafi piękniej opowiadać o swoim mężu, jak jego żona? Kto nie potrafi pocieszać lepiej, jak kobieta w rodzinie? Kto nie potrafi lepiej wspierać rodziny w działaniu, jak żona i matka? Czyli - kto nie opowie, nie da poznać Ojca lepiej, niż sam Duch? To wg Biblii prawda. Kto nie pocieszy lepiej, niż sam Duch? - To wg Biblii też prawda (Duch-Pocieszyciel i Duch, który wprawiał starotestamentowe persony w "stan zachwycenia"). Kto nie wesprze w działaniu lepiej, niż sam Duch? Wg Biblii - w zasadzie to Duch motywuje wszystko do działania. To Duch daje różne specjalne umiejętności (tzw. dary Ducha Świętego).

Może więc taka rodzina jest dokładnym modelem rodziny Boga. Stworzona na Jego/Ich podobieństwo.

Dodawszy więc też lekko na marginesie - owo "dostojeństwo" człowieka, o którym wspomniałem kilka postów wcześniej (Psalm 8 - Czymże jest człowiek...), wynika też z tego, że człowiek - lub też cała jego rodzina - jest odbiciem Boga - lub też całej Jego rodziny. Sam Bóg był wzorcem przy powstawaniu człowieka. Człowieka i jego rodziny. Co innego mogłoby dodać istnieniu człowieka, czy też człowieka i jego rodziny, więcej splendoru?

Uff, no to popłynąłem dzisiaj w tej "burzy mózgu"...




Opowieść Janka, cz. 8.2.

I znowu przemawiał Jezus do ludu i mówił:
- Jestem Światłem Świata. Ten, co podąża za mną, nie będzie wędrował w ciemności, ale będzie miał Światło Życia.
Faryzeusze odezwali się do niego:
- Zaświadczasz sam o sobie, twoje zaświadczenia się nie liczą.
- Nawet jeśli tylko sam o sobie zaświadczam - odpowiedział Jezus - to moje zaświadczenia się liczą, bo wiem, skąd pochodzę i wiem, dokąd zmierzam. Ale wy nie wiecie, skąd i dokąd idę. Wy osądzacie tak, jak osądzają ludzie, ale ja nie osądzam nikogo. A jeśli już, to mój osąd się liczy, bo nie jestem sam, ale jestem ja i ze mną Ojciec, który mnie posłał. A w waszym własnym prawie jest napisane, że zaświadczenie od dwóch osób już się liczy. A więc: ja zaświadczam sam o sobie, a mój Ojciec zaświadcza również o mnie.
- A gdzież jest twój ojciec?
- Nie znacie ani mnie, ani mojego Ojca. Gdybyście znali mnie, poznalibyście też mojego Ojca.

Tego wszystkiego Jezus nauczał przy skarbcu świątynnym. Ale znów nikt go nie złapał, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.

I znowu przemawiał Jezus do nich:
- Odchodzę, a wy będziecie mnie szukać, ale poumieracie w waszych grzechach. Tam, gdzie idę, wy nie możecie przyjść.
Odpowiedzieli Żydzi:
- Chyba się nie targnie na własne życie, skoro tak mówi?
- Wy jesteście stąd, z dołu, a ja jestem z góry. Wy przynależycie do tego świata, ja nie. Powiedziałem, że poumieracie w waszych grzechach, bo jeśli nie uwierzycie, że Ja Jestem, tak właśnie się stanie.
- Kim jesteś??
- Przecież mówię wam o tym od samego początku. Miałbym wiele do powiedzenia o was i wiele do potępienia. Ale ten, który mnie wysłał, jest prawdziwy, a ja tego słucham i powtarzam to do tego świata.

Nikt nie zrozumiał, że mówił o swoim własnym Ojcu. Wtedy Jezus mówił do nich dalej:
- Kiedy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy zrozumiecie, że to Ja Jestem, i że nie robię nic sam z siebie, ale mówię wszystko to, czego nauczył mnie Ojciec. I ten, który mnie tutaj przysłał, jest ze mną. On nie zrzekł się mnie, nie zostawił samego, bo to, co ja robię, jest zawsze według jego dobrej woli.

A kiedy to wszystko powiedział, wielu w Niego uwierzyło.

na podstawie: Jan 8,16-30

[dalej]
[do początku]


Woda, którą może mieć każdy

Kolejna ciekawostka to to, co Jezus powiedział o tej "żywej wodzie", cokolwiek to miałoby być (szczegół do późniejszego ogarnięcia). Nie dosyć, że wiele razy powtarzał, że to On jest Tą Wodą, ale wyraził się też, że kto przyjdzie do Niego i Tę Wodę będzie pił, to z niego samego będzie ona również wypływać (zob. Jan 7,38).

Gdy zgłębię temat tej wody, będę dywagował dalej, co to może oznaczać.


piątek, 8 listopada 2013

WIEK ZIEMI, cz. 22, Zasolenie oceanów

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 22

Czy wiecie, że 50% deszczówki wpada do oceanów wprowadzając ze sobą sole mineralne? W wyniku tego oceany są coraz bardziej zasalane. Stan zasolenia wody wynosi dziś 3,6%*. Taki proces jest możliwy do uzyskania w kilka tysięcy lat. Teraz moje pytanie: skoro oceany istnieją od milionów lat, to dlaczego nie są tak słone, jak np. Morze Martwe? Dlaczego mamy tylko 3,6% zasolenia?

Pewien ateista, z którym debatowałem, zapytał mnie:
- Jeśli wierzy pan w globalny potop, to powie mi pan, w jaki sposób słodkowodne ryby przeżyły potop?
- Zakłada pan - odpowiedziałem - że wody potopu były słone?
- Przecież woda w oceanach jest słona!

Tak, dzisiaj woda w oceanach jest słona. Ale podejrzewam, że w czasie potopu woda była słodka. Musiała być mocno pomieszana, ale uważam, że głównie była to woda słodka. Myślę, że oceany były zasalane stopniowo i zwierzęta, które dziś w niej żyją, po prostu stopniowo przystosowywały się do coraz bardziej słonej wody. Nawet obecnie mamy krokodyle słodkowodne i morskie. Prawdopodobnie miały jednego przodka - KROKODYLA.

Wtedy ten ateista na to:
- No widzi pan, mamy tu przykład ewolucji!
- Wcale nie. Przejście z krokodyla słodkowodnego do słonowodnego to niewielka zmiana wobec tego, co serwuje mit o ewolucji**. Przecież pan wierzy, że krokodyle powstały ze skały! A to już jest bardzo duża różnica.

01.57.04-01.58.36

* - Te wszystkie dane można samodzielnie przeczytać na Wikipedii (http://pl.wikipedia.org/wiki/Zasolenie). Na dobrą sprawę można więc też samodzielnie to wydedukować.
** - Wg wcześniejszych informacji podawanych przez Hovinda, jest to prosty przykład na mikroewolucję (http://zajawki-biblijne.blogspot.no/2013/08/kent-hovind-wiek-ziemi-cz-2-sowo_4.html).


[dalej]
[do początku]