Wyszedł znowu Jezus wzdłuż morza. Mnóstwo ludzi przychodziło do Niego, a On im wykładał. A kiedy poszedł dalej, zobaczył Leviego, syna Alfeusza, siedzącego w budce celnika. I powiedział do niego:
- Chodź ze mną!
A ten podniósł się i poszedł.
Później był Jezus jako gość w jego domu, a wielu innych celników i grzeszników siedziało przy stole z Jezusem i uczniami, bo było ich więcej, co za nim podążyli.
A kiedy ci uczeni w Piśmie, co byli między faryzeuszami, zobaczyli, że Jezus jadł razem z grzesznikami i celnikami, powiedzieli do jego uczniów:
- Dlaczego je on razem z celnikami i grzesznikami?
A Jezus to usłyszał i odpowiedział im:
- To nie zdrowi potrzebują lekarza, ale chorzy. Ja nie przyszedłem po to, by zwoływać sprawiedliwych [sprawiedliwych przed Bogiem, wierzących - dop. wł.], ale grzeszników.
na podstawie: Mar. 2,13...17
[dalej]
[do początku]
piątek, 30 maja 2014
czwartek, 29 maja 2014
Abraham-chrześcijanin
Czyż praojciec nasz Abraham nie dzięki uczynkom został usprawiedliwiony, złożywszy syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym? Widzisz więc, że wiara współdziałała z jego uczynkami i dzięki uczynkom stała się doskonałą. Tak wypełniło się Pismo, które mówi: "Uwierzył Abraham Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość", i nazwany został przyjacielem Boga.
Jak. 2,21-23 BP
Abraham złożył ofiarę i zostało mu to zaliczone jako "sprawiedliwość", objaw wiary? O co chodzi??
Jak. 2,21-23 BP
Abraham złożył ofiarę i zostało mu to zaliczone jako "sprawiedliwość", objaw wiary? O co chodzi??
Po tych wypadkach stało się, że Bóg doświadczył Abrahama, mówiąc do niego: "Abrahamie", a on rzekł "Oto jestem". Więc powiedział: "Weź twego syna, twojego jedynaka, którego miłujesz - Izaaka, idź do ziemi Moria oraz na jednej z gór, którą ci wskażę, złóż go tam jako całopalenie". Więc Abraham wstał rano, osiodłał swojego osła, zabrał ze sobą dwoje sług i swojego syna Izaaka, narąbał drzewa do całopalenia, podniósł się oraz poszedł na miejsce, o którym powiedział mu Bóg. Trzeciego dnia Abraham podniósł swoje oczy oraz ujrzał z daleka to miejsce.
Rodz. 22,1-4 NBG
Rodz. 22,1-4 NBG
W czasach, gdy możliwe było jest mniej lub bardziej osobiste rozmawianie z Bogiem, gdy nie było tych wszystkich rzeczy, które non-stop dekoncentrują człowieka, Abraham usłyszał od Boga, że ma iść gdzieś-tam i ofiarować swojego syna. Syna wymarzonego. Ba! Obiecanego przez samego Boga przecież! Syna długo oczekiwanego (Abram i Sara mieli po sto lat, gdy się Izaak urodził, i było to ich pierwsze dziecko). Oczko w głowie. "Pierworodnego", najstarszego syna, który miałby odziedziczyć po ojcu wszystko. Własne dziecko. Ukochane. Najdroższe. Które wyrosło na ich ramionach, gaworzyło, potem wiele razy biegało i wiele razy przychodziło z płaczem i bólem kolana. Wiele razy chuchane, rozpieszczane.
I tego właśnie syna, własnego syna, miał Abram ofiarować na ołtarzu. Jak zwierzę. Na ofierze całopalnej - co oznaczało, że ofiara musiała zostać spalona całkowicie, tak, że nic nie można było z niej wziąć i wykorzystać ponownie.
Czy możliwe jest wyobrazić sobie ból ojca? Rozdarcie między miłością do syna, a miłością i posłuszeństwem wobec Boga, Największego Ojca? Być może niekończący się potok pytań: "Ale dlaczego???" Albo: "Czy ja na pewno dobrze usłyszałem?..." Lub być może po prostu, jak Hiob, krótkie: "Bóg dał, Bóg zabiera. Cieszyłem się z dobrego, które Bóg mi dał, dlaczego miałbym nie cieszyć się z pozornie wyglądające na złe, które również Bóg daje?" i "Skoro tak, to zacznę iść, a potem - zobaczymy, co się stanie".
Trzy dni szedł Abraham, zanim doszedł do góry Moria, gdzie miał złożyć ofiarę z syna. Trzy dni niósł Abraham swój ból z powodu świadomości już prawie pogrzebania ukochanego syna, syna obiecanego przez samego Boga. Trzy dni rozdarcia.
Trzy dni był też Jezus w swoim grobie. Trzy dni trwała jego rozłąka z Ojcem. Trzy dni Ojciec spoglądał na Ziemię, kiedyż to wreszcie nastąpi ten moment, i kiedyż to ten pogrzebany Syn znowu wróci do żywych. Trzy dni tęsknoty.
Tak nawiasem - starożytni tak właśnie liczyli czas. Dla nich to były trzy dni - piątek (dzień pochowania) + sobota + niedziela (dzień zmartwychwstania). Dla nas, współczesnych, były to półtorej doby. Ale właśnie z powodu ichniego sposobu liczenia czasu wszędzie mowa o okresie trzech dni.
Zatem Abraham powiedział do swoich sług: "Wy tu zostańcie przy ośle, a ja i chłopiec pójdziemy do tego miejsca, pokłonimy się oraz do was wrócimy". Abraham wziął także drzewo na całopalenie i włożył je na swojego syna Izaaka. Wziął też w swoją rękę ogień, nóż i obaj poszli razem. Zaś Izaak powiedział do swojego ojca, Abrahama: "Mój ojcze..." Więc odrzekł: "Oto jestem, mój synu". Powiedział także: "Oto ogień i drzewo, a gdzie jagnię na całopalenie?" A Abraham powiedział: "Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, mój synu". I obaj szli razem. Potem przybyli do miejsca, o którym mówił mu Bóg; a Abraham zbudował tam ofiarnicę, ułożył drzewo, związał swojego syna Izaaka oraz położył go na ofiarnicę, ponad drzewem. Abraham wyciągnął także swoją rękę oraz wziął nóż, by zarżnąć swojego syna.
Rodz. 22,5-10 NBG
Rodz. 22,5-10 NBG
A potem dotarli na miejsce, pod górę. Potem jeszcze mozolna wspinaczka na jej szczyt. Przykładowo 400 metrów góry to może być nawet kilka godzin wspinaczki, zależy, jaka góra. Z ciężarem, jaki niósł na sercu Abraham, z synem, którego być może miał widzieć przed sobą ostatni raz w życiu, i z tym całym drewnem przeznaczonym na ołtarzowe ognisko - to były chyba najcięższe godziny jego życia.
Czy miał jakiś płomień nadziei, że stanie się coś oczekiwanego?
A potem, już na szczycie, zbudował ołtarz - minęły kolejne ciężkie godziny - związał swojego syna i położył go na nim.
Jakby nie patrzeć - Bóg też, przez to, że w ogóle stworzył człowieka, zbudował ołtarz dla swojego własnego syna. Nie tak to miało być - człowiek miał sobie żyć, Bóg miał go w ogrodzie odwiedzać, miało być "bajkowo". Ale przestało.
Więc dlaczego Jezus niemal od początku historii Ziemi jakby "przeznaczony" był do tego, by umrzeć za ludzi? Nie można było tego uniknąć? To grubszy temat.
Tak czy siak - była to też swoista próba dla Abrahama. Czy ukochany syn, wyczekiwany przez 100 lat życia, nie stanie się dla Abrahama dobrem wartościowszym, niż bycie z Bogiem? Czy Abraham będzie w stanie poświęcić swoje najbardziej upragnione "dobro" dla zachowania dobrych stosunków z Bogiem?
Nie, Izaak nie stał się bardziej wartościowy niż Bóg. Rodzinę ma się tylko tutaj, przez kilkadziesiąt lat. Z Bogiem - cała wieczność. Bez Boga nie ma ani wieczności Tam, ani rodziny tutaj.
Co stało się dalej - wiadomo:
Ale anioł Wiekuistego zawołał z Nieba i powiedział: "Abrahamie, Abrahamie!" A on rzekł: "Oto jestem". Więc powiedział: "Nie wyciągaj twojej ręki na chłopca oraz nic mu nie rób; gdyż teraz wiem, że jesteś bogobojnym i z Mojego powodu nie oszczędzałeś twego syna, twojego jedynaka". Zaś Abraham podniósł swoje oczy i spojrzał; a oto jakiś baran, co był w gęstwinie, uwiązł swoimi rogami. Więc Abraham poszedł, wziął barana oraz złożył go na całopalenie, zamiast swojego syna.
Rodz. 22,11-13 NBG
Rodz. 22,11-13 NBG
Sic! Bóg przyprowadził Abrahamowi kogoś innego, kto miałby umrzeć za człowieka! Baranka! W czasach, gdy nie było jeszcze proroctw Izajasza, gdy nie było jeszcze Psalmów Dawida, gdy nieznane było składanie ofiar w świątyni, bo takiej świątyni jeszcze nie było, chociaż znane już było składanie ofiar, więc pewnie i ich sens był znany również - to właśnie ta owca/baran stały się symbolem Jezusa. Barankiem przyprowadzonym przez Boga, który miał umrzeć za człowieka. Jak przypomnienie tego celu składania tych ofiar. Jak podpis obrazka w komiksie, żeby oglądający nie miał wątpliwości, co widzi.
Czy nie mógł Abraham wtedy całkowicie odpuścić składania ofiary? Skoro Izaak nie musiał już umierać, to może wystarczyło tylko wypuścić barana z tej uwięzi, w którą się zaplątał? Nie wiem. Może taki zwyczaj był wówczas, że skoro już ołtarz jest postawiony, to musi być wykorzystany. Też mamy dzisiaj różne dziwne, niekoniecznie sensowne zwyczaje. A Bóg je szanuje. I uszanował wtedy.
Stąd Abraham stał się "sprawiedliwy" - czyli wierzący w Boga i Bogu - bo uwierzył Mu, zaufał, mimo że to, co usłyszał, było totalnie absurdalne. A Bóg z tej okazji pokazał swoje przesłanie. Baranek za człowieka. Jezus - Baranek Boży - za człowieka.
Stąd Abraham był bardziej chrześcijaninem, niż by się mogło początkowo wydawać.
poniedziałek, 26 maja 2014
KŁAMLIWE FAKTY, 8., Trylobit
Kent Hovind
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 8
"Zarzut błędnego koła w rozumowaniu w stratografii można potraktować na kilka sposobów. Można go ignorować. Nie jest to prawdziwe zmartwienie ludzi"*. Innymi słowy - nie twoja sprawa, jak my to robimy.
"Można temu zaprzeczyć, przywołując prawo ewolucji, albo przyznać, że to powszechna praktyka. Lub unikać odpowiedzi"*.
Fakt jest jednak taki, że wszystko to opiera się na rozumowaniu błędnego koła. Mówię teraz do ewolucjonistów: wasza kolumna geologiczna zawiera wapień w różnych warstwach.
Jeśli dam wam kawałek kamienia i spytam, ile on ma lat, to skąd będziecie wiedzieć, czy to wapień z jury i ma 100 mln lat, czy może z kambru i ma 600 mln lat? I jedno i drugie to wapień. Jak poznać, ile liczy sobie lat? Ale oni odpowiadają: "O, to proste - po skamieniałościach przewodnich!"
Ten podręcznik (zob. pierwsze zdjęcie w tym artykule) pokazuje dzieciom trylobita i mówi: "Trylobit to dobra skamieniałość przewodnia. Jeśli znajdziesz trylobita w warstwie skał, to wiedz, że prawdopodobnie warstwa skał była uformowana 500-600 mln lat temu".
Nie sądzę. Ktoś znalazł odcisk ludzkiego buta ze śladem rozdeptanego trylobita. Tak, człowiek postawił swoją stopę, odzianą w but i zdeptał trylobita. 500 mln lat temu!...
Jak to możliwe? Czy to sprawka kosmitów? Ktoś inny stwierdził, że może był to jakiś duży trylobit w kształcie buta, który upadł na mniejszego? Istnieją co prawda duże trylobity (poniżej, po prawej), ale nie mają kształtu buta.
List ap. Piotra mówi o tym jasno: Szydercy świadomie pozostają w niewiedzy.
Trylobit miał najbardziej skomplikowaną gałkę oczną. Czy to ma być jedna z pierwszych istot, jakie ewoluowały z wybuchu? Uważam, że trylobity nie żyły miliony lat temu; ba, możliwe, że jakieś jeszcze żyją. Na pewno niektóre równonogi są do nich bardzo podobne, poza faktem, że mają jedną muszlę, zamiast trzech jej części. Inaczej mógłby być jego potomkiem lub mutantem, co - tak nawiasem - jest STRATĄ informacji, nie zyskiem.
30.05-32.35
* - J.E. O'Rourke, Pragmatism versus Materialism in Stratigraphy, [w:] American Journal of Science, vol. 276, styczeń 1976, s. 54.
[dalej]
[do początku]
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 8"Zarzut błędnego koła w rozumowaniu w stratografii można potraktować na kilka sposobów. Można go ignorować. Nie jest to prawdziwe zmartwienie ludzi"*. Innymi słowy - nie twoja sprawa, jak my to robimy.
"Można temu zaprzeczyć, przywołując prawo ewolucji, albo przyznać, że to powszechna praktyka. Lub unikać odpowiedzi"*.
Fakt jest jednak taki, że wszystko to opiera się na rozumowaniu błędnego koła. Mówię teraz do ewolucjonistów: wasza kolumna geologiczna zawiera wapień w różnych warstwach.
Jeśli dam wam kawałek kamienia i spytam, ile on ma lat, to skąd będziecie wiedzieć, czy to wapień z jury i ma 100 mln lat, czy może z kambru i ma 600 mln lat? I jedno i drugie to wapień. Jak poznać, ile liczy sobie lat? Ale oni odpowiadają: "O, to proste - po skamieniałościach przewodnich!"
Ten podręcznik (zob. pierwsze zdjęcie w tym artykule) pokazuje dzieciom trylobita i mówi: "Trylobit to dobra skamieniałość przewodnia. Jeśli znajdziesz trylobita w warstwie skał, to wiedz, że prawdopodobnie warstwa skał była uformowana 500-600 mln lat temu".
Nie sądzę. Ktoś znalazł odcisk ludzkiego buta ze śladem rozdeptanego trylobita. Tak, człowiek postawił swoją stopę, odzianą w but i zdeptał trylobita. 500 mln lat temu!...
Jak to możliwe? Czy to sprawka kosmitów? Ktoś inny stwierdził, że może był to jakiś duży trylobit w kształcie buta, który upadł na mniejszego? Istnieją co prawda duże trylobity (poniżej, po prawej), ale nie mają kształtu buta.
List ap. Piotra mówi o tym jasno: Szydercy świadomie pozostają w niewiedzy.
Trylobit miał najbardziej skomplikowaną gałkę oczną. Czy to ma być jedna z pierwszych istot, jakie ewoluowały z wybuchu? Uważam, że trylobity nie żyły miliony lat temu; ba, możliwe, że jakieś jeszcze żyją. Na pewno niektóre równonogi są do nich bardzo podobne, poza faktem, że mają jedną muszlę, zamiast trzech jej części. Inaczej mógłby być jego potomkiem lub mutantem, co - tak nawiasem - jest STRATĄ informacji, nie zyskiem.
30.05-32.35
* - J.E. O'Rourke, Pragmatism versus Materialism in Stratigraphy, [w:] American Journal of Science, vol. 276, styczeń 1976, s. 54.
[dalej]
[do początku]
Jaka jest tajemnica sukcesu Jezusa?
Jaka jest tajemnica sukcesu Jezusa? Zastanawiam się nad tym czasem. Teraz, w styku z różnymi kulturami - azjatycką i arabską, zastanawiam się, na ile jaskrawo sposób postępowania Jezusa odcinał się od ówczesnych standardów.
Nie wiem, może to nie jest jakąś regułą, ale w styku z ludźmi z kultur azjatyckich (zwłaszcza tajlandzkich) widzę, że idea wzajemnego pomagania sobie we wszelkich, rozmaitych drobiazgach, jest tam raczej obca. Raczej popularna (i szanowana!) jest postawa parcia do przodu za wszelką cenę. Ludzie z krajów arabskich, a ściślej mówiąc - muzułmańskich, już bardziej sobie pomagają. Sobie. Ewentualnie wybranym osobom.
Jak to wyglądało za czasów Jezusa? Jakby nie patrzeć - Izrael to też teren Bliskiego Wschodu, dzisiaj na wskroś muzułmański, za wyjątkiem samego Izraela właśnie. Kultura arabska. Czy to, że pomagał komu się dało i jak się dało - było wówczas mentalnym szokiem?
Zastanawia mnie ta kwestia, ponieważ widzę, że ciągłe wspomaganie w drobiazgach ludzi z Azji, a ostatnio zwłaszcza z Tajlandii - szacunku mi nie przysparza, a wręcz powoduje skrajne zdumienie.
Czy więc postępowanie Jezusa również powodowało skrajne zdumienie? Czy to właśnie była tajemnica Jego sukcesu - że ludzie wierzyli w to, co mówił, dzięki temu, że im pomagał? Albo po prostu widzieli kogoś, kto robi dużo rzeczy dla nich i węszyli okazję do wykorzystania?
Na razie pytanie to pozostaje bez odpowiedzi.
[Tajemnica sukcesu Jezusa - artykuł napisany pół roku później]
Nie wiem, może to nie jest jakąś regułą, ale w styku z ludźmi z kultur azjatyckich (zwłaszcza tajlandzkich) widzę, że idea wzajemnego pomagania sobie we wszelkich, rozmaitych drobiazgach, jest tam raczej obca. Raczej popularna (i szanowana!) jest postawa parcia do przodu za wszelką cenę. Ludzie z krajów arabskich, a ściślej mówiąc - muzułmańskich, już bardziej sobie pomagają. Sobie. Ewentualnie wybranym osobom.
Jak to wyglądało za czasów Jezusa? Jakby nie patrzeć - Izrael to też teren Bliskiego Wschodu, dzisiaj na wskroś muzułmański, za wyjątkiem samego Izraela właśnie. Kultura arabska. Czy to, że pomagał komu się dało i jak się dało - było wówczas mentalnym szokiem?
Zastanawia mnie ta kwestia, ponieważ widzę, że ciągłe wspomaganie w drobiazgach ludzi z Azji, a ostatnio zwłaszcza z Tajlandii - szacunku mi nie przysparza, a wręcz powoduje skrajne zdumienie.
Czy więc postępowanie Jezusa również powodowało skrajne zdumienie? Czy to właśnie była tajemnica Jego sukcesu - że ludzie wierzyli w to, co mówił, dzięki temu, że im pomagał? Albo po prostu widzieli kogoś, kto robi dużo rzeczy dla nich i węszyli okazję do wykorzystania?
Na razie pytanie to pozostaje bez odpowiedzi.
[Tajemnica sukcesu Jezusa - artykuł napisany pół roku później]
niedziela, 25 maja 2014
Nakarmionych pięć tysięcy
[ciąg dalszy z "Nakarmienie pięciu tysięcy"]
Najedli się. Oszaleli. Chcieli obwołać Jezusa królem, aż musiał uciekać, żeby uniknąć jakichś rozruchów. Ale mimo tego, mimo czasu oczekiwania - gdyż akurat przeszła noc - kolejnego dnia ludzie nadal szukali Jezusa. Przypłynęli łodziami tam, gdzie najłatwiej można było go znaleźć - do Kafarnaum. Tłumnie.
Aż w końcu On im powiedział: Szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście Znaki, ale dlatego, że najedliście się do syta. I gdy mówił o tym dalej, to wielu się zbulwersowało. Zdaje się, że prawdę powiedział wtedy głębszą, niżby to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać - ludzie szukali go, bo ziścił im się sen, że - jak za starych dni, gdy ich przodkowie jedli mannę na pustyni, która sama im z nieba spadała - tak i teraz spotkali kogoś, kto sam daje im chleba znikąd, a oni mogą się najeść do syta.
Ale Jezus wyjaśnił im sprawę krótko - tak, przyszedłem wam dać chleba do syta. Dokładnie. Ale nie takiego, jakiego wy oczekujecie. To JA jestem waszym chlebem, abyście posilając się MNĄ - mogli ŻYĆ WIECZNIE. Takiego chleba przyszedłem wam dać - pokarmu, który ma utrzymać was przy Tamtym Życiu.
Najedli się. Oszaleli. Chcieli obwołać Jezusa królem, aż musiał uciekać, żeby uniknąć jakichś rozruchów. Ale mimo tego, mimo czasu oczekiwania - gdyż akurat przeszła noc - kolejnego dnia ludzie nadal szukali Jezusa. Przypłynęli łodziami tam, gdzie najłatwiej można było go znaleźć - do Kafarnaum. Tłumnie.
Aż w końcu On im powiedział: Szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście Znaki, ale dlatego, że najedliście się do syta. I gdy mówił o tym dalej, to wielu się zbulwersowało. Zdaje się, że prawdę powiedział wtedy głębszą, niżby to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać - ludzie szukali go, bo ziścił im się sen, że - jak za starych dni, gdy ich przodkowie jedli mannę na pustyni, która sama im z nieba spadała - tak i teraz spotkali kogoś, kto sam daje im chleba znikąd, a oni mogą się najeść do syta.
Ale Jezus wyjaśnił im sprawę krótko - tak, przyszedłem wam dać chleba do syta. Dokładnie. Ale nie takiego, jakiego wy oczekujecie. To JA jestem waszym chlebem, abyście posilając się MNĄ - mogli ŻYĆ WIECZNIE. Takiego chleba przyszedłem wam dać - pokarmu, który ma utrzymać was przy Tamtym Życiu.
sobota, 24 maja 2014
Nakarmienie pięciu tysięcy
Kiedy Jezus zobaczył, że wielki tłum idzie do Niego, mówi do Filipa:
- Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?
A mówił to, wystawiając Filipa na próbę, sam bowiem wiedział, co ma uczynić. Odpowiedział Mu Filip:
- Nie starczy chleba za dwieście denarów, aby każdy dostał choć trochę!
Mówi Mu jeden z uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra:
- Jest tutaj chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby. Lecz co to jest na tylu?
Jan 6,5-9 BP
Na pewno wśród tych pięciu tysięcy osób było wielu ludzi, którzy mieli ze sobą jakieś chleby, podpłomyki, cokolwiek takiego. Jakąś rybę, kawałek sera czy coś. Ale do historii przeszedł Andrzej, brat Szymona i chłopiec, mający tych kilka sztuk żywności. Andrzej - bo w przeciwieństwie do Filipa, który siedząc, skwitował sytuację "za 200 denarów nic nie zrobimy", tylko poszedł i poszukał czegoś, co w jakikolwiek sposób mogłoby uratować sytuację; i ów chłopiec, bo postanowił - czy też: zgodził się - oddać wszystko co miał, żeby inni mogli jeść.
To był gest, obok którego Jezus nie mógł przejść obojętnie. To był gest, który stawiał człowieka bliżej Królestwa Boga, o którym Jezus głosił, niż cokolwiek innego mogłoby to zrobić.
Tak więc obok innych wniosków, innych nauk płynących z tej sytuacji, jest też ten wniosek związany z Andrzejem i tym chłopcem: przynieś, podziel się tym, co masz, mimo że wydaje się to być zaledwie kroplą w morzu potrzeb. A co się z tym dalej stanie - nie martw się o to, to już nie do ciebie należy.
[ciąg dalszy refleksji: "Nakarmionych pięć tysięcy"]
- Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?
A mówił to, wystawiając Filipa na próbę, sam bowiem wiedział, co ma uczynić. Odpowiedział Mu Filip:
- Nie starczy chleba za dwieście denarów, aby każdy dostał choć trochę!
Mówi Mu jeden z uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra:
- Jest tutaj chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby. Lecz co to jest na tylu?
Jan 6,5-9 BP
Na pewno wśród tych pięciu tysięcy osób było wielu ludzi, którzy mieli ze sobą jakieś chleby, podpłomyki, cokolwiek takiego. Jakąś rybę, kawałek sera czy coś. Ale do historii przeszedł Andrzej, brat Szymona i chłopiec, mający tych kilka sztuk żywności. Andrzej - bo w przeciwieństwie do Filipa, który siedząc, skwitował sytuację "za 200 denarów nic nie zrobimy", tylko poszedł i poszukał czegoś, co w jakikolwiek sposób mogłoby uratować sytuację; i ów chłopiec, bo postanowił - czy też: zgodził się - oddać wszystko co miał, żeby inni mogli jeść.
To był gest, obok którego Jezus nie mógł przejść obojętnie. To był gest, który stawiał człowieka bliżej Królestwa Boga, o którym Jezus głosił, niż cokolwiek innego mogłoby to zrobić.
Tak więc obok innych wniosków, innych nauk płynących z tej sytuacji, jest też ten wniosek związany z Andrzejem i tym chłopcem: przynieś, podziel się tym, co masz, mimo że wydaje się to być zaledwie kroplą w morzu potrzeb. A co się z tym dalej stanie - nie martw się o to, to już nie do ciebie należy.
[ciąg dalszy refleksji: "Nakarmionych pięć tysięcy"]
piątek, 23 maja 2014
List Jakuba 2.2. - Wiara i czyny
Cóż to pomoże, bracia, jeśli ktoś powie, że ma wiarę, a nie ma czynów? Czy może go wiara zbawić? Przykładowo: jeśli któryś z braci lub sióstr nie ma ubrania i brakuje mu powszedniego jedzenia, a jeden z was mówi do nich: "Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i zjedzcie do syta" - co to pomoże, jeśli nie dacie im tego, co ciało potrzebuje? Tak samo jest z wiarą - sama w sobie, bez czynów, jest martwa.
Może ktoś chciałby powiedzieć: "Ty masz wiarę, ja mam czyny". Pokaż mi twoją wiarę bez czynów, a potem z czynów pokażę ci moją wiarę. Wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze robisz. Demony też w to wierzą. I drżą! Ty bezmyślny człowieku, czy ty nie chcesz zdać sobie sprawy, że wiara bez czynów nikomu nie przynosi pożytku? Czy to nie z powodu czynów nasz ojciec, Abraham, został uznany jako sprawiedliwy, kiedy ofiarował na ołtarzu swojego syna, Izaaka? Tak możesz zobaczyć, że wiara współdziałała z jego czynami, a przez nie wiara została dopełniona. Stąd zostało też wypełnione Słowo: "Abraham wierzył Bogu i dlatego zaliczył go Bóg w szeregi sprawiedliwych i został nazwany "przyjacielem Boga". Bo widzicie, człowiek zostaje usprawiedliwiony po czynach, nie wyłącznie po wierze. Czy nie było też właśnie tak z Rahab, która była prostytutką? Jej sprawiedliwość została uznana na podstawie jej czynów, ponieważ przyjęła tamtych wywiadowców, a potem puściła ich inną drogą. Bo jak ciało jest martwe bez ducha, tak wiara jest martwa bez czynów.
na podstawie Jak. 2,14...26
[dalej - JĘZYK JEST JAK OGIEŃ]
[do początku]
Może ktoś chciałby powiedzieć: "Ty masz wiarę, ja mam czyny". Pokaż mi twoją wiarę bez czynów, a potem z czynów pokażę ci moją wiarę. Wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze robisz. Demony też w to wierzą. I drżą! Ty bezmyślny człowieku, czy ty nie chcesz zdać sobie sprawy, że wiara bez czynów nikomu nie przynosi pożytku? Czy to nie z powodu czynów nasz ojciec, Abraham, został uznany jako sprawiedliwy, kiedy ofiarował na ołtarzu swojego syna, Izaaka? Tak możesz zobaczyć, że wiara współdziałała z jego czynami, a przez nie wiara została dopełniona. Stąd zostało też wypełnione Słowo: "Abraham wierzył Bogu i dlatego zaliczył go Bóg w szeregi sprawiedliwych i został nazwany "przyjacielem Boga". Bo widzicie, człowiek zostaje usprawiedliwiony po czynach, nie wyłącznie po wierze. Czy nie było też właśnie tak z Rahab, która była prostytutką? Jej sprawiedliwość została uznana na podstawie jej czynów, ponieważ przyjęła tamtych wywiadowców, a potem puściła ich inną drogą. Bo jak ciało jest martwe bez ducha, tak wiara jest martwa bez czynów.
na podstawie Jak. 2,14...26
[dalej - JĘZYK JEST JAK OGIEŃ]
[do początku]
poniedziałek, 19 maja 2014
Determinacja
Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk.
Mar. 2,4 BT
Ci, co zerwali ten dach, mieli w sobie tyle determinacji...
Jak wielu ludzi było tam wokół. Tłum. Tłum tak gęsty, że nie można było przejść. Wszyscy chcieli widzieć Tego, który uzdrawia, wygania demony, wybacza grzechy (sic! nie w świątyni! ale on sam!). Sensacja stulecia w wiosce - kto by nie chciał popatrzeć.
Ta ciekawość była tak wielka, że nikt nie zauważył chorego na łożu. A może ktoś zauważył, ale reszta tłumu się nie rozstąpiła? A może takich chorych było przyniesionych więcej, w nadziei na "cud", więc nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi?
Ale ta szczególna czwórka tak mocno wierzyła... To nawet nie sam chory wierzył! Ale ta czwórka, być może jego najbliższych przyjaciół. Może nawet nie byli jego przyjaciółmi, ale byli nimi dla siebie, a on był przypadkowym chorym, któremu postanowili pomóc. Albo jakimś sąsiadem. Albo nawet oni sami nie byli przyjaciółmi, ale przypadkowo zebranymi kumplami, z których jeden miał taką potężną determinację...
Tak czy siak - można mieć determinację, by dotrzeć do Jezusa. W oczekiwaniu na cud. Można też mieć determinację, by dotrzeć do Niego dla kogoś. W oczekiwaniu na cud.
Czy można oczekiwać cudu? Można. Jeśli dzięki temu cud stanie się "znakiem", dzięki któremu ktoś inny uwierzy w Boga - można. Ale osobiście staram się pamiętać, że to nie zobaczenie takiego cudu tutaj jest najważniejsze, nie wyzdrowienie tutaj, na dole. Ale by dotrzeć Tam, do Góry. A tam ponoć żadnych chorób ma już nie być.
Mar. 2,4 BT
Ci, co zerwali ten dach, mieli w sobie tyle determinacji...
Jak wielu ludzi było tam wokół. Tłum. Tłum tak gęsty, że nie można było przejść. Wszyscy chcieli widzieć Tego, który uzdrawia, wygania demony, wybacza grzechy (sic! nie w świątyni! ale on sam!). Sensacja stulecia w wiosce - kto by nie chciał popatrzeć.
Ta ciekawość była tak wielka, że nikt nie zauważył chorego na łożu. A może ktoś zauważył, ale reszta tłumu się nie rozstąpiła? A może takich chorych było przyniesionych więcej, w nadziei na "cud", więc nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi?
Ale ta szczególna czwórka tak mocno wierzyła... To nawet nie sam chory wierzył! Ale ta czwórka, być może jego najbliższych przyjaciół. Może nawet nie byli jego przyjaciółmi, ale byli nimi dla siebie, a on był przypadkowym chorym, któremu postanowili pomóc. Albo jakimś sąsiadem. Albo nawet oni sami nie byli przyjaciółmi, ale przypadkowo zebranymi kumplami, z których jeden miał taką potężną determinację...
Tak czy siak - można mieć determinację, by dotrzeć do Jezusa. W oczekiwaniu na cud. Można też mieć determinację, by dotrzeć do Niego dla kogoś. W oczekiwaniu na cud.
Czy można oczekiwać cudu? Można. Jeśli dzięki temu cud stanie się "znakiem", dzięki któremu ktoś inny uwierzy w Boga - można. Ale osobiście staram się pamiętać, że to nie zobaczenie takiego cudu tutaj jest najważniejsze, nie wyzdrowienie tutaj, na dole. Ale by dotrzeć Tam, do Góry. A tam ponoć żadnych chorób ma już nie być.
Dobra Nowina Marka, cz. 2.1.
Kilka dni później przyszedł Jezus ponownie do Kafarnaum i stało się powszechnie wiadome, że jest w domu. Zebrało się więc tak wielu, że zabrakło miejsca, nie było przejścia przed drzwiami. Podczas gdy On wygłaszał Słowo do nich, przyszło czterech mężczyzn, niosących sparaliżowanego. Z powodu tego ścisku nie mogli jednak dostać się prosto do Niego, dlatego nad miejscem, w którym się On znajdował, zerwali dach, przygotowali otwór i opuścili łoże, na którym leżał ten sparaliżowany. A kiedy Jezus zobaczył ich wiarę [i determinację? - dop. wł.], powiedział do tego sparaliżowanego:
- Synu, twoje grzechy są ci wybaczone.
A było tam też kilkoro uczonych w Piśmie i zastanawiali się między sobą:
- Jak to on tam może tak mówić? Przecież on z Boga drwi! Któż inny może odpuszczać grzechy, jeśli nie Bóg?
Od razu wiedział Jezus w swoim duchu, że oni tak o nim się wyrażali, i powiedział do nich:
- Dlaczego przychodzicie z takimi myślami w waszych sercach? Co jest lżej powiedzieć sparaliżowanemu: "Twoje grzechy są wybaczone" czy "Teraz wstań, weź swoje łoże i idź"? Ale żebyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma moc wybaczać grzechy na ziemi... - i przeszedł Jezus do tego sparaliżowanego - Mówię ci: wstań, weź swoje łoże i idź do domu!
A człowiek ten podniósł się, wziął zaraz swoje posłanie i wyszedł na ich oczach, a ci, którzy zostali na zewnątrz, nie mogli wyjść ze zdziwienia. Chwalili Boga i mówili:
- Czegoś takiego to my jeszcze nigdy nie widzieliśmy!
na podstawie: Mar. 2,1...12
[dalej]
[do początku]
- Synu, twoje grzechy są ci wybaczone.
A było tam też kilkoro uczonych w Piśmie i zastanawiali się między sobą:
- Jak to on tam może tak mówić? Przecież on z Boga drwi! Któż inny może odpuszczać grzechy, jeśli nie Bóg?
Od razu wiedział Jezus w swoim duchu, że oni tak o nim się wyrażali, i powiedział do nich:
- Dlaczego przychodzicie z takimi myślami w waszych sercach? Co jest lżej powiedzieć sparaliżowanemu: "Twoje grzechy są wybaczone" czy "Teraz wstań, weź swoje łoże i idź"? Ale żebyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma moc wybaczać grzechy na ziemi... - i przeszedł Jezus do tego sparaliżowanego - Mówię ci: wstań, weź swoje łoże i idź do domu!
A człowiek ten podniósł się, wziął zaraz swoje posłanie i wyszedł na ich oczach, a ci, którzy zostali na zewnątrz, nie mogli wyjść ze zdziwienia. Chwalili Boga i mówili:
- Czegoś takiego to my jeszcze nigdy nie widzieliśmy!
na podstawie: Mar. 2,1...12
[dalej]
[do początku]
Subskrybuj:
Posty (Atom)









