niedziela, 31 maja 2015

Czyny wysłanników, 8.1.

W tym dniu/czasie rozpoczęły się też prześladowania zboru w Jerozolimie i wszyscy, poza apostołami, rozproszyli się wokół, po okolicach Judei i Samarii. Kilku pobożnych z wielkim żalem pochowało Szczepana. A Szaweł przeprowadzał ciężkie najazdy na zbór - wpadał do domów i wyprowadzał na zewnątrz zarówno mężczyzn jak i kobiety, i wrzucał ich do więzienia.

Ci, którzy byli rozproszeni po okolicach, krążyli wokół i głosili Słowo. Filip poszedł do głównego miasta w Samarii i tam głosił Jezusa. I wszyscy słuchali go uważnie i widzieli znaki, które czynił, bo wielu miało nieczyste duchy, które Filip wyrzucał, i które wylatywały z tych ludzi z głośnym krzykiem, i wielu sparaliżowanych i kulawych było uzdrawianych, a w mieście panowała duża radość.

Mieszkał w tym mieście pewien człowiek, imieniem Szymon. Zajmował się magią, a lud był nim oczarowany. Uważał się za kogoś wielkiego. Każdy się z nim liczył, zarówno mali jak i wielcy, i mówili, że ten jest wielką siłą Boga. A liczyli się z nim, ponieważ dawno temu zadziwił ich swoim kunsztem magii. Ale potem uwierzyli Filipowi, który głosił ewangelię o Królestwie Boga i Jezusie Chrystusie, i dawali się ochrzcić, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Nawet Szymon przyszedł, uwierzył i został ochrzczony, i pozostał przy Filipie, i podziwiał znaki/cuda i potężne, cudowne dzieła, jakie widział.

Tymczasem apostołowie w Jerozolimie usłyszeli, że Samaria przyjęła Słowo Boga, i wysłali tam Piotra i Jana. Ci przyszli, i modlili się za nich, żeby otrzymali Ducha Świętego, bo Duch jeszcze nie przyszedł na nikogo z nich, byli tylko ochrzczeni w imieniu Pana Jezusa. Teraz położyli na nich swoje ręce, i otrzymywali Ducha Świętego.

A wtedy Szymon zobaczył, że Duch był dawany przez położenie rąk apostołów, więc zaoferował im pieniądze i powiedział:
- Dajcie mi również taką moc, żebym - na kogokolwiek położyłbym ręce, on dostałby również Ducha Świętego!
Ale Piotr mu odpowiedział:
- Twoje pieniądze musiałyby pójść w piach razem z tobą, ty, który wierzysz, że możesz kupić dar Boga za pieniądze! Nie będziesz miał w tym żadnego udziału, nawet cząstkowego, bo twoje serce nie jest szczere wobec Boga. Odwróć się od tego złego i proś Pana, żeby przebaczył ci to, co umyśliłeś sobie w swoim sercu, bo widzę, że jesteś pełen żółci goryczy i wciąż przywiązany do bezprawia.
- Módlcie się wy za mnie do Pana - odpowiedział Szymon - żebym nie został dotknięty przez to, co powiedzieliście.

A po tym, jak poświadczyli i opowiedzieli o słowach Pana, powędrowali z powrotem do Jerozolimy, a po drodze głosili jeszcze ewangelię w wielu wioskach Samarii.

na podstawie: Dz. Ap. 8,1...25







sobota, 30 maja 2015

Historia Hioba, 5. - Trochę zrozumienia

O gdyby można zważyć moją zgryzotę i razem z nią położyć na szali moje cierpienie, byłyby one cięższe od piasku morskiego. Oto dlaczego plącze się moja mowa. (...) Ileż mam jeszcze siły, aby wytrwać, i jakiż kres mnie czeka, jeśli to przeżyję? Czy siła moja jest z kamienia albo ciało moje ze spiżu? Strapionemu należy się życzliwość od przyjaciela, choćby nawet odstępował od bojaźni przed Wszechmocnym.
Job 6,2-3.12-13.14 BP/BW/NBG

Hiob miał dosyć. Jego psychika nie była jak kamień, użalał się. I miał do tego prawo. I sam zresztą o tym wiedział. Wręcz nawet wygarnął tym swoim kumplom, ze człowiek w chwili zrozpaczenia ma przecież prawo trochę wyrzucić z siebie, ponarzekać, poużalać się. A obowiązkiem przyjaciela jest wysłuchać, być razem z nim, współczuć. Bez żadnych umoralnień. Nie chciał przecież, by w tej wyjątkowej sytuacji zrzucili się na niego, żeby miał gdzie mieszkać czy co zjeść. I nie chciał, żeby wstawili się za nim gdzieś tam u kogoś. Nie. Oni nie musieli robić nic, nie musieli wykazywać najmniejszej aktywności, nie musieli przedsięwziąć najmniejszego wysiłku, by w czymkolwiek mu pomagać. Hiob chciał tylko wyrzucić z siebie trochę żalu. I chciał spotkać nieco zrozumienia w tej sytuacji.

Czasami człowiek nie potrzebuje żadnej innej pomocy, jak tylko zrozumienia. Że ktoś rozumie jego sytuację. Ten człowiek sam wie, co robi źle, i sam wie, co może zrobić lepiej. Ale potężnym wsparciem dla psychiki tego człowieka i motorem do dalszych działań jest to, że ktoś go rozumie. Nawet nie musi popierać w tej kwestii. Wystarczy, że tylko zrozumie sytuację, bodźce, które nim kierowały, i nie powie: "o jakim to ty jesteś złym człowiekiem". Po prostu przyjmie to z milczeniem. Milczenie nie w każdej sytuacji oznacza aprobatę. W tej sytuacji jakiekolwiek gadanie po prostu nie ma sensu - logicznie rzecz biorąc wszystko wiadomo. Chodzi tylko o to, że człowiek to nie tylko chodząca logika. To także duch, dusza, która też potrzebuje wsparcia. Tutaj wsparciem byłoby zrozumienie.

Tak też postępował Jezus: Gdzież są ci, co cię potępiali? ... Tak więc i ja cię nie potępiam. Po prostu idź i więcej tego nie rób.

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





czwartek, 28 maja 2015

Prawo do popełnienia błędu

A Jezus mu [Piotrowi] mówi: Zaprawdę, powiadam ci: dzisiaj, tej nocy, zanim kogut zapieje dwa razy, ty trzykroć się Mnie zaprzesz. On zaś tym bardziej zapewniał: Chociaż miałbym umrzeć razem z Tobą, nie zaprę się Ciebie. I wszyscy [pozostali] mówili to samo. 
Mar. 14,30-31 BP

Na temat trzykrotnego wyparcia się Piotra napisano wiele artykułów i kazań. Ale co z pozostałymi uczniami? Okazuje się tutaj, że Piotr wcale nie odstawał od reszty - wszyscy tam wtedy powtarzali, że się nie wyprą, nie wyrzekną, i wszyscy zrobili to samo - w decydującym momencie przy Jezusie nie było nikogo.

Dlaczego więc akurat z Piotra zrobiono jakiś szczególny przypadek? Być może dlatego, że Piotr najgorliwiej zapewniał, że tego nie zrobi. I być może dlatego, że Piotr chciał być najbliżej Jezusa, a w decydującym momencie... coś poszło nie tak. I być może dlatego, że o ile pozostali prawdopodobnie szybko o tym zapomnieli, albo szybko się z tym uporali, to o tyle Piotr nie mógł się z tego powodu podnieść. Tak bardzo się tym przejął. Tak bardzo wziął do siebie to, że obiecał coś osobie, którą kochał, i zawiódł. I potem - nie wiem, czy tylko z nim Jezus rozmawiał na ten temat, powierzając mu "pasienie owieczek" - MIMO WSZYSTKO - może z pozostałymi rozmawiał również, tylko nie mamy tego nigdzie zanotowane.

A może po prostu o pozostałych nie ma ani słowa, ponieważ pozostali w ogóle się nie pojawili. Nie przyszli. W decydującym momencie, kiedy Jezus potrzebował widzieć przyjaciół na rozprawie (każdy by potrzebował), nie było niemalże nikogo. Stchórzyli? A mimo to Jezus później, po zmartwychwstaniu, rozmawiał z nimi, a w Dniu Pięćdziesiątnicy obdarzył ich Duchem i stali się nauczycielami.

Dla mnie, perfekcjonisty, jest to odkrycie. Jezus dał im prawo do popełnienia błędu i nawet nie wyrzucał im tego potem. Po prostu - stało się. Jednostkowa sytuacja. Ale w ogólnym obrazie ich relacji nic się nie zmieniło - nadal byli powołani, wybrani, nadal byli nauczani - najpierw przez Jezusa, potem przez Ducha. Nadal mieli tę szczególną misję do spełnienia.






środa, 27 maja 2015

Dobra Nowina Marka, 14.2.

Pierwszego dnia w Święto Niekwaszonego Chleba, kiedy był zabijany paschalny baran, uczniowie zapytali Go:
- Gdzie chciałbyś, abyśmy poszli i przygotowali miejsce na posiłek paschalny?
Wtedy wysłał dwóch swoich uczniów, powiedziawszy im:
- Idźcie do miasta. Tam spotkacie pewnego mężczyznę, dźwigającego dzbany z wodą. Idźcie za nim, a tam, gdzie on wejdzie, powiedzcie do właściciela tego domu: "Nauczyciel pyta, gdzie jest ten pokój, gdzie mogę zjeść posiłek wielkanocny ze swoimi uczniami". Wtedy on wam pewnie pokaże duży pokój na górze, przygotowany do siedzenia w nim. Tam przygotujecie miejsce dla nas.
Wtedy ci uczniowie ruszyli z miejsca, poszli do miasta, i znaleźli wszystko tak, jak on powiedział.

A kiedy nastał wieczór, przyszedł tam Jezus z dwunastoma. Podczas gdy oni zasiedli do stołu i jedli, on powiedział:
- Naprawdę, mówię wam: jeden z was, jedzących ze mną, zdradzi mnie.
Wtedy zasmucili się i jeden przez drugiego zaczęli mówić:
- To chyba nie ja?
- To jeden z was - odpowiedział - dwunastu, który macza chleb razem ze mną. Bo Syn Człowieczy odejdzie, tak jak to jest napisane o nim. Ale o tym, który zdradzi Syna Człowieczego - byłoby lepiej dla niego, gdyby się nigdy nie urodził.

Kiedy trwali przy posiłku, wziął On chleb, pobłogosławił i złamał go, dał pozostałym i powiedział:
- To jest moje ciało.
Potem wziął puchar, pobłogosławił, dał pozostałym, i wszyscy pili z niego. I powiedział do nich:
- To jest moja krew, krew przymierza, która będzie wylana za wielu. Naprawdę, mówię wam: nigdy więcej nie będę pił napoju z winogron, zanim nie wypiję go Tamtego Dnia w Królestwie Boga.

na podstawie: Mar. 14,12...25

c.d.n.
[wcześniej]
[do początku]





poniedziałek, 25 maja 2015

Apokalipsa, 20. - Nikolaici

Ale masz to, że nienawidzisz poczynań nikolaitów, których i ja nienawidzę.
Obj. 2,6 PD

Nikolaici. Ktoś, kogo Jezus nienawidzi. W Biblii występują tylko dwa razy - w tym tekście i kawałek dalej, w liście do innego zboru, nic specjalnego. Przekład Dosłowny tłumaczy to słowo również jako "zwycięstwo ludu". Słowniki biblijne wyjaśniają to pojęcie na dwa sposoby: albo jest to rodzaj sekty, naśladowcy nieznanego człowieka o imieniu Mikołaj* - stąd nazwa "nikolaici", po polsku brzmiałoby to "mikołaici"; albo faktycznie nazwa "nikolaici" określa ludzi, którzy uważali się za "zwycięzców wśród ludu".

Wg źródła w Wikipedii* - niektórzy z "ojców kościoła" (wczesnokościelnych filozofów) uważali, że owym Mikołajem był ów diakon Mikołaj, jeden z siedmiu oddelegowanych do funkcji dbania o żywność i dostarczanie ubrań, żeby pozostali mogli skupić się na głoszeniu ewangelii, na dbaniu o stronę duchową. Jednak nie chce mi się w to wierzyć. To, że imię "Mikołaj" występuje w Biblii tylko raz, nie oznacza, że w tych czasach żył tylko jeden człowiek o takim imieniu. I nawet jeśli nazwa "nikolaici/mikołaici" pochodziłaby od jednego człowieka, to niekoniecznie człowiekiem tym musiałby być ów diakon Mikołaj. Natomiast Euzebiusz oraz paru innych historyków stwierdzają, że były to dwie różne osoby.

Znalazłem blog, w którym znaczenie oba wyjaśnienia są wymieszane ze sobą: "nikolaici" pochodzą zarówno od Mikołaja, jak i są nazwą "zwycięzców ludu"**. Nie uważam, żeby to było słuszne, aczkolwiek idea pochodzenia nazwy tych ludzi od znaczenia nazwy "nikolaici", czyli "zwycięzcy ludu" - biorąc pod uwagę późniejszy rozwój wydarzeń - przekonuje mnie. Przekonuje mnie bardziej, niż idea pochodzenia tej nazwy od imienia jakiegoś nieznanego Mikołaja.

Na czym pokrótce polega bycie "zwycięzcą ludu"? To jak wywyższenie się ponad resztę - to JA mam łączność z Bogiem, to JA mam prawo do modlenia się, to JA mam prawo do decydowania, co jest słuszne albo nie. Natomiast reszta tłumu to laicy, którzy nie mają pojęcia o ewangelii, którzy znaleźli się tutaj jakimś przypadkiem i nawet nie bardzo mają ochotę się zastanowić, dlaczego tutaj są, dlaczego są tam gdzie są, bo po prostu poszli za innymi ludźmi, za pozostałą rzeszą. To przypomina mi postawę wielu ludzi, którzy uważają, że samo chodzenie do kościoła im wystarczy, a resztę powierzają księdzu, bo "to w końcu on jest od tego". Czyli ma tu miejsce jakby reakcja zwrotna - nie dosyć, że jedni - owi "nikolaici / zwycięzcy ludu" wywyższyli się ponad rzeszę ludzi, uważając pewne swoje walory (jak choćby lepszą znajomość Pisma Świętego czy pozycję społeczną) za swoją wyższość, to jeszcze owa druga strona taką palmę pierwszeństwa dobrowolnie im oddaje! I obie strony są zadowolone. Poza nielicznymi jednostkami rzecz jasna.

Gdzieś znalazłem informację, jakoby Biblia mówiła wprost o "sekcie Nikolausa/Mikołaja"***, co nie jest prawdą. Dlaczego? Bo Przekład Dosłowny mówi: "... nienawidzisz uczynków NIKOLAITON..." (forma słowa w rzeczowniku, dopełniaczu, liczbie mnogiej, rodzaju męskim; nie ma jakiegokolwiek śladu wskazującego na wystąpienie tutaj pojęcia "sekta")****. Tak więc mniemanie o nikolaitach jako o sekcie-następcach jednego człowieka nadal jest tylko mniemaniem, hipotezą.

Inną teorią, z którą się spotkałem, jest to, że nazwa "nikolaici" to grecka nazwa na "wyznawców Balaama"****, nauki prowadzącej do odejścia od Boga i totalnej rozpusty. Nad tym zagadnieniem skupię się innym razem, gdy napotkam wzmiankę o wyznawcach Balaama w tekście Apokalipsy. Podobna teoria mówi, że nikolaici to byli ludzie, którzy głosili, że aby opanować żądze ciała, trzeba najpierw pozwolić im się "rozbuchać", żeby je dobrze poznać*****. Co zapewne musiało doprowadzić do typowego "tańce, hulanki, swawola".

W zasadzie więc nie spotkałem konkretnej informacji, czy nikolaici to ludzie, którzy dali się ponieść fantazji rozpusty, czy ludzie, którzy uważają się za "zwycięzców wśród ludu", swoistych wybrańców. W zasadzie, rozważając to na logikę - ludzie, którzy uwielbiają imprezować na całego, włącznie z doprowadzeniem się do stanu kompletnego zamroczenia alkoholowego (tak, z imienia to nazwę: totalnego pijaństwa), z seksem z kim popadnie, z podbieraniem komuś jego własnych rzeczy, "bo mi się spodobało i sobie wziąłem" - tacy byli zawsze, byli i w tamtych czasach, i są też obecnie. Często całe subkultury, imprezy, spotkania towarzyskie, długie weekendy opierają się na takiej idei spędzania wolnego czasu.

Natomiast - odnosząc się do tej drugiej teorii - o ile pierwotnie Jezus mówił coś w rodzaju: "takiego bądźcie usposobienia względem siebie, jakiego ja jestem względem was", i: "nikogo nie nazywajcie Ojcem, bo tylko jednego Ojca macie, w Niebie", oraz: "wy nie pozwalajcie nazywać się Nauczycielami, bo tylko jeden jest wasz Nauczyciel - Chrystus, a wy wszyscy dla siebie jesteście braćmi" - o tyle w późniejszych czasach wśród wyznawców Chrystusa pojawili się i nauczyciele, i tzw. "ojcowie kościoła", i rozpoczęło się wywyższanie jednych nad drugimi. I o ile faktycznie bycie nauczycielem jest jednym z darów Ducha Świętego, to już wywyższanie siebie samego z tego powodu jest absolutnie sprzeczne z tym, co głosił Jezus. Wręcz przeciwnie - Jezus uczył, że jeśli ktoś wie więcej, rozumie więcej, to jego rolą jest służenie innym, a nie wywyższanie się z tej przyczyny i zbieranie całej chwały dla siebie. Wystarczy sobie przypomnieć choćby scenę umywania przez Jezusa nóg apostołom. Później, w listach apostolskich, można również spotkać ślady tego, że ludzie (mam na myśli ludzi wierzących, wyznawców nauki Chrystusa) zaczęli się wywyższać jedni nad drugich: w jednym miejscu bodajże ap. Paweł ostrzega, żeby nie robić różnicy między biednym i bogatym, sadzając jednego gdzieś na końcu stołu/sali, a drugiego na miejscu honorowym; w innym Piotr ostrzegał, żeby nie panować nad tymi ludźmi, którzy zostali jakby poruczeni/powierzeni naszej opiece.

Patrząc na bieg historii - później wśród chrześcijan potworzyły się stanowiska. Jedni zostali starszymi zboru - i o ile uważam to za normalną rzecz, żeby powierzyć jednej osobie koordynowania działań wśród wielu ludzi - to już stworzenie kolejnego stanowiska - biskupa, powołując się na historię ap. Piotra, domniemane jego przekazanie "władzy" nad kościołem etc. - to już jest typowe wywyższenie się. Nikolaizm. Wyjście ponad resztę ludu. Stworzenie różnicy pomiędzy zwykłym "laikatem", zwykłymi ludźmi, a tymi, którzy w jakiś sposób otrzymali w swoje ręce inną, eksponowaną pozycję społeczną, i taki sam stopień "wywyższenia się" chcieli zachować w hierarchii kościelnej.

Nietrudno więc teraz zrozumieć, dlaczego działań takiego typu ludzi Jezus nienawidził, co zostało otwarcie powiedziane w tym wersecie Apokalipsy. Bo - hipotetyzując dalej - o ile przebywanie z ludźmi maksymalnie imprezującymi nie było dla Jezusa problemem (przykładowo bywał na biesiadach celników, cieszących się wówczas taką samą złą sławą, jak dzisiaj komornicy, czy nie miał oporów, by bywać wśród ludzi zajmujących się prostytucją), o tyle jakakolwiek współpraca z ludźmi uważającymi się za mądrzejszych z powodu "głębszej" znajomości Pisma, i kombinującymi, jakby tu za pomocą Pisma osiągnąć swoje własne cele, absolutnie nie wchodziła w grę. Wystarczy przypomnieć sobie owe wieczne dyskusje z faryzeuszami, uczonymi w Pismach, i ich wieczne kombinowanie, jakby tu nagiąć teorię z Pisma do tego, żeby zaskoczyć z Jezusa. Było to jak żonglowanie Słowem Boga w taki sposób, by zaskoczyć samego Stworzyciela, Boga, i wytrącić mu którąś żonglowaną piłeczkę z ręki. Na ile ktokolwiek może mądrzejszy w znajomości Pisma od Kogoś, kto sam napisanie tego Pisma zlecił i nadzorował? Kto sam dał pisarzom Pisma inspirację, natchnienie, Ducha?

I patrząc dalej na bieg historii: religia chrześcijańska została w końcu w Cesarstwie Rzymskim zaakceptowana jako religia mająca zjednoczyć wielonarodowe państwo. A żeby ludzie chcieli się chrzcić, czyniono tę religię bardziej atrakcyjną, czyli dostosowywano istniejące do tej pory święta pogańskie do ideologii "chrześcijańskiej". Pseudo chrześcijańskiej. Kombinowano tekstem Pisma Świętego (wówczas jeszcze - po prostu historycznymi przekazami, na których się opierano), kombinowano nauką głoszoną przez Jezusa na tyle, by dostosować ją do "nowych" realiów. Wprowadzono "dzień słońca" jako dzień święty, dzień odpoczynku do chrześcijaństwa, tłumacząc to tym, że jest to na pamiątkę dnia, w którym Jezus zmartwychwstał. W Święto Przesilenia Zimowego, 24 grudnia, gdy obchodzono najkrótszą noc w roku i nadchodzące dłuższe dni - urządzono Boże Narodzenie, rocznicę urodzin Jezusa. Wprowadzono codzienne ofiary w kościołach, codzienne poranne msze, w miejsce składania ofiar pogańskich, żeby przebłagać bóstwa. I wiele, wiele innych zmian, czysto formalnych. Ludzie za święta obchodzili te same dni, tylko okazje się zmieniły. Ludzie kontynuowali ten sam tryb życia, tylko wytłumaczenia się zmieniały, żeby wyglądało na to, że są chrześcijańskie.

Jeśli więc założyć, że nikolaici to byli owi "zwycięzcy ludu", osoby zajmujące "lepsze" pozycje społeczne/kościelne, osoby kombinujące z naukami Jezusa tak, by osiągnąć z nich coś na własną korzyść - niczym faryzeusze - to nic dziwnego, że Jezus powiedział tutaj, że nienawidzi ich uczynków.

Tak, bo nie powiedział, że nienawidzi ich samych, ale że nienawidzi ich uczynków: "Ale to masz (na swoją obronę), że nienawidzisz uczynków/poczynań nikolaitów, których i ja nienawidzę".

* - Źródło - wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Nikolaici.
** - Źródło - http://epatmos.pl/gora-objawien/item/objawienie-jana-09. 
*** - Był to jeden z elementów dyskusji na forum biblijnym: http://biblia.webd.pl/forum/viewtopic.php?t=1913. Nie było to czyjeś zdanie, a jedynie zostało podane, że ktoś się z takim wyjaśnieniem spotkał. 
**** - Źródło: http://biblia.oblubienica.eu/interlinearny/index/book/27/chapter/2/verse/6. 
***** - Źródło j.w., wypowiedź użytkownika "Dymensja", cytat z książki W. Branhama. 

Inne źródła o nikolaitach, niewykorzystane przeze mnie:
- http://www.goszen.pl/?action=b13
- http://www.biblestudytools.com/dictionary/nicolaitanes/
- http://www.biblestudytools.com/dictionary/nicolaitans/







sobota, 23 maja 2015

Olejek nardowy - perfum o wartości samochodu

A kiedy w Betanii, w domu Szymona Trędowatego siedział przy stole, przyszła kobieta z alabastrowym słoikiem czystego olejku nardowego, rozbiła alabastrowy słoik i wylała olejek na Jego głowę. 
Mar. 14,3 BP

Perfumy, które zostały rozbite na głowie Jezusa, kosztowały fortunę. Może nie aż taką wielką, ale równowartość kilkuletniego samochodu dla wielu ludzi żyjących w małych miasteczkach tak czy siak, jest nieosiągalna. Niewyobrażalna.

W buteleczce znajdował się olejek nardowy. Wikipedia podaje*, że olejek ten pochodził z rośliny rosnącej na stokach Himalajów, na wysokości trzech-czterech tysięcy metrów** n.p.m. Poza walorami medycznymi i pieniężną wartością tego olejku zastanowiła mnie jedna rzecz - jak to się stało, że taki olejek, pochodzący z rośliny rosnącej gdzieś w Nepalu czy Indiach, dotarł do Izraela?

Pewna osoba pochodząca z Azji podpowiedziała mi, że Azja zawsze miała kontakty handlowe z Egiptem. Wymiana przypraw, herbat, ziół, olejków, czy innych rzeczy - wszystko odbywało się w Egipcie. A Izrael był dosyć ściśle z Egiptem powiązany - najpierw Józef, syn Jakuba, został do Egiptu sprzedany, potem inny Józef, mąż Marii, do Egiptu uciekał... Nic więc dziwnego, że taki olejek, pochodzący gdzieś z Nepalu, znalazł się nagle w Betanii.

* - Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Olejek_nardowy.
** - Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Nardostachys_jatamansi. 






Zawiedzione oczekiwania

[komentarz do tego fragmentu]

Zastanawiam się, jaki musiał być tok myślenia Judasza. Zobaczył kobietę, która wylała na Jezusa butelkę perfum, o równowartości ponad jednorocznej pensji. W zasadzie można by już za to kupić jakiś kilkuletni samochód. A przecież - zgodnie z tym, o czym Mistrz wiele razy mówił: "Sprzedaj to, co masz, i rozdaj ubogim, a wtedy będziesz w Państwie Nieba" - można by to sprzedać i pomóc tylu biednym! A tymczasem On nie tylko jej tego nie wytknął, a nawet poparł! I powiedział, że jeszcze będzie to opowiadane! I że przygotowała jego ciało na pogrzeb! O nie, dosyć tego gadania o tym, że musi umrzeć. I takie marnotrawstwo! Taka niekonsekwencja w myśleniu! Tu jednym każe sprzedawać wszystko i rozdawać biednym, a innych wręcz nawet chwali!

Taki czasem mamy tok myślenia. Wyłapujący mnóstwo pozornych niekonsekwencji, rzeczy nie trzymających się razem. Bo z pierwszego rzutu oka - tak, w tym wydarzeniu można by Jezusowi zarzucić niekonsekwencję. Tyle że Jezus nie urodził się po to, żeby ustalać na Ziemi jakieś nowe zasady dotyczące naszego życia. Że TRZEBA pomagać biednym. Że TRZEBA robić to czy tamto. Nie. On przyszedł, żeby - obok nauczenia nas dążenia do bycia z Bogiem - nauczyć nas także myślenia o drugim człowieku, empatii. I to właśnie pokazał tutaj - nie zasady są najważniejsze w naszym życiu. Choćby nawet najbardziej szlachetne zasady. Najważniejsze jest zrozumienie drugiego człowieka, jego motywów, zaakceptowanie ich. I docenienie ich.

Ten ciąg myślowy doprowadził mnie do wniosku, że czasem to, co myślimy o drugim człowieku, w jakiejś części składa się też z naszych własnych oczekiwań. Spotykamy kogoś - i na cechy, które w nim poznajemy, nakładają się pewne nasze oczekiwania, nadzieje, pragnienia związane z tą znajomością. Jak u Judasza w związku z Jezusem. Nadzieje niekoniecznie zgodne z prawdą, z rzeczywistością.

Czasem trzeba więc usiąść, pomyśleć, spróbować rozdzielić nasze oczekiwania od stanu faktycznego, i spróbować zaakceptować to, co jest faktycznie, nawet jeśli nie zawsze pasuje do naszych oczekiwań. Bo bywa, że to przychodzi samo, spokojnie. Bywa też, że takie olśnienie przychodzi nagle, burzliwie, razem z niechęcią wynikającą z niespełnienia naszych nadziei.

A to, czego Jezus chciał nas nauczyć najbardziej, to to, żeby patrzeć na drugiego człowieka takim, jakim on jest, i przyjąć go takim, jakim on jest, tak jak Bóg nas przyjmuje. Tak - bo Bóg mógłby oczekiwać od nas wiele. Jesteśmy najbardziej inteligentnymi ssakami na tej planecie, potrafiący przeżyć w dzikiej przyrodzie bez użycia pazurów, kłów, futra, skrzydeł czy skrzeli, a mimo wszystko jesteśmy też jedynymi ssakami na tej planecie, które doprowadzają ją do stanu kompletnej ruiny, zdolnymi obrócić ją w pył za pomocą jednego czerwonego przycisku. Czy Bóg nie mógłby od nas oczekiwać głębokiej inteligencji, mądrego życia, mądrych wyborów? A jednak rządzą nami często pragnienia posiadania, dominowania czy niszczenia, bez żadnej racjonalnej podstawy. Zupełnie jakbyśmy nie byli "istotami rozumnymi". A jednak Bóg jest wobec nas wyrozumiały - zna nasze błędy, wybacza, i daje okazję do tego, żeby kolejnym razem dokonać lepszego wyboru.






Dobra Nowina Marka, 14.1.

Były tylko dwa dni do Paschy i do Święta Niekwaszonego Chleba. Arcykapłani i uczeni w Piśmie próbowali jakoś wymyślić podstęp, jak mogliby go [Jezusa] złapać i zabić. "Ale nie podczas świąt" - mówili - "inaczej powstaną zamieszki".

Jezus był w Betanii, u Szymona Trędowatego. Podczas gdy siedzieli przy stole, przyszła pewna kobieta z alabastrową buteleczką z kosztownym olejkiem nardowym w środku. Przełamała szyjkę i cały olejek wylała na Jego głowę. Niektórych z tych, którzy tam byli, rozwścieczyło to i mówili między sobą:
- I na co to marnotrawstwo z tą szałwią miało być? Szałwia przecież mogła być sprzedana za więcej niż trzysta denarów*, a pieniądze rozdane dla biednych.
I zaczęli utyskiwać na nią. Ale Jezus powiedział:
- Zostawcie ją, dlaczego narzekacie na nią? Chciała zrobić coś dobrego dla mnie. Biednych zawsze będziecie mieli u siebie i im możecie pomagać tak często, jak tylko chcecie, ale mnie nie będziecie mieć zawsze. Zrobiła, co mogła. A ona już na przyszłość przygotowała moje ciało do złożenia w grobie. Naprawdę, mówię wam: wszędzie na świecie, gdzie będzie głoszona ewangelia, będzie opowiadana również i to, co ona zrobiła.

Ale Judasz Iskariota, jeden z dwunastu, poszedł do arcykapłanów i zaoferował się, że wyda im Jezusa. A oni byli z tego zadowoleni, gdy to usłyszeli, i obiecali mu dać pieniądze. Od tego czasu szukał okazji, żeby Go zdradzić.

na podstawie: Mar. 14,1...11

* - 300 denarów wg tabeli miar, wag i monet to było 300 dniówek robotnika, czyli licząc dni robocze - 15 jego miesięcznych pensji. Czyli - w naszych polskich realiach - równowartość kilkuletniego samochodu. 

[komentarz do tego fragmentu]







środa, 20 maja 2015

Czyny wysłanników, 7.4.

- Jesteście ludem o sztywnych karkach, nieokiełznani zarówno w sercach jak i w słuchu! Zawsze stoicie w opozycji do Ducha Świętego, tak samo jak wasi ojcowie. Czy jest choćby jeden prorok, którego wasi ojcowie nie ścigali/prześladowali? Zabiliście nawet tych, którzy głosili, że ma przyjść Sprawiedliwy. A teraz zdradziliście i zabiliście Tego, od którego odebraliście Prawo na polecenie anioła, a którego nie przestrzegaliście.

Kiedy tamci to usłyszeli, tak się wściekli, że zgrzytali zębami na niego. Ale Szczepan był pełny Ducha Świętego i skierował swój wzrok ku niebu, a tam zobaczył wspaniałość Boga i Jezusa stojącego po Jego prawej ręce. Ale wtedy zakrzyczeli go, zakrywając sobie jednocześnie uszy, i ruszyli wszyscy na niego. Zaczęli go prowadzić przed sobą, aż do granic miasta, gdzie go ukamieniowali. Świadkowie zdjęli z siebie swoje płaszcze i położyli je u stóp pewnego młodzieńca, imieniem Szaweł. Podczas gdy oni kamieniowali Szczepana, ten się modlił i mówił:
- Panie Jezu, przyjmij mojego ducha.
Potem upadł na kolana i wykrzyczał:
- Panie, nie policz proszę im tego grzechu!
I z tymi słowami odszedł w stan nieświadomości.

A Szaweł popierał jego zabicie.

na podstawie: Dzieje Ap. 7,51...60 + Dzieje Ap. 8,1

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





poniedziałek, 18 maja 2015

Czyny wysłanników, 7.3.

- Ten Mojżesz, którego odrzucili, mówiąc: "Kto ustanowił cię przewodnikiem albo rozjemcą?" - właśnie jego wysłał Bóg jako przewodnika i ratownika, a do pomocy wziął sobie anioła, który mu się ukazał w tamtym kolczastym krzaku. Ten sam Mojżesz wyprowadził ich z Egiptu, dokonując przy tym różnych cudów i pokazując znaki, zarówno przy Morzu Czerwonym, jak i podczas czterdziestu lat na pustyni. To on powiedział do Izraelitów: "Bóg powoła proroka spomiędzy was, jednego z waszych własnych braci". To również on rozmawiał zarówno z aniołem na Synaju, jak i z naszymi ojcami zebranymi na pustyni. Odebrał od tamtego anioła Słowa Życia, by przekazać je nam. Ale nasi ojcowie nie chcieli być mu posłuszni. Odrzucili go, a w swoich sercach chętnie powracali do Egiptu. Do Aarona powiedzieli: "Zrób nam jakichś bogów, którzy mogliby iść przed nami, bo nie wiemy, co stało się z tym Mojżeszem, co nas z Egiptu wyprowadził". W tym czasie sporządzili więc jakieś cielę i poświęcili je jakiemuś fałszywemu bogu/bożkowi i świętowali, ile mieli siły w rękach. Ale Bóg odwrócił się od nich i pozwolił im wielbić siły nieba, tak jak napisano w księgach proroków:
"Czy przynieśliście przede mnie rzeźne ofiary i dary
podczas tych czterdziestu lat na pustyni, domu Izraela?
Nie, nieśliście namiot Molocha
i gwiazdę bożka Remfana
i ich wyobrażenia, które sporządziliście, by je wielbić.
Dlatego wyprowadzę was do Babilonu".

Na pustyni nasi ojcowie mieli namiot świadectwa, który Mojżesz miał przygotować według tego wzorcowego obrazu, który zobaczył. Takie dostał polecenie od Boga, który do niego przemawiał. Nasi ojcowie przejęli to, i pod przywództwem Joszuy kontynuowali to w swoich sercach w kraju, który otrzymali w posiadanie po pogańskich ludach, które Bóg przed nimi stamtąd wyprowadził. I tak było aż do dni Dawida. On to znalazł specjalne względy u Boga, i to on modlił się o znalezienie jakiegoś mieszkania dla domu Jakuba. Ale to Salomon zbudował dom dla Boga. Jednak Najwyższy nie mieszkał w domu zbudowanym rękoma ludzkimi, tak jak to mówił prorok:
"Niebo jest moim tronem,
a ziemia jest moim podnóżkiem.
Jakiż to dom możecie mi zbudować - mówi Pan
- albo gdzie jest miejsce, w którym mógłbym odpocząć?
Czy to nie moje ręce stworzyły to wszystko?"

na podstawie: Dz. Ap. 7,35...50

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]