wtorek, 10 października 2017

27 uzdrowień Jezusa - Co z psychiką?

Czytając o uzdrowieniach Jezusa, i o tym, że samo uzdrowienie nie jest celem samym w sobie (zob. post [CUDA CZY ZNAKI JEZUSA]), ale jedynie środkiem do przekonania ludzi, że Bóg istnieje, swego rodzaju okazaniem mocy Boga - nasunęło mi się na myśl jedno pytanie. Czy wtedy, gdy Jezus uzdrawiał ludzi fizycznie, działo się cokolwiek z ich psychiką? Czy ludzie stawali się inni? Czy bywali lepsi? Czy zachodziły jakiekolwiek zmiany w ich życiu? I czy te zmiany były wynikiem samego uzdrawiającego kontaktu z Jezusem, w jakikolwiek sposób On daną osobę uzdrowił, czy może bardziej efektem samodzielnej decyzji? Czy zachodziło w danej osobie pewnego rodzaju czary-mary, czy można na to liczyć, gdyby oczekiwać od Boga uzdrowienia, czy może uzdrowienie fizyczne to dopiero początek, natomiast charakter, poglądy i całe nasze wnętrze pozostaje bez zmian, dokładnie tak, jak było wcześniej, nawet jeśli mowa o nawykach, które do danej choroby doprowadziły? Czy - uzdrawiając ciało - Bóg dotyka również serca? Czy robi to w jakiś magiczny sposób, tak jak to czasem może przyjść do głowy, gdy czytamy starotestamentowe teksty typu: "I otworzę wasze serca, bla bla bla...", czy może robi to w jakiś inny sposób, docierając do danego człowieka poprzez okazanie Jego miłości w jego życiu, natchnieniem go Swoim Duchem, jakąś akceptacją, pokojem?

Szukając odpowiedzi w prosty sposób skorzystam z listy 37 cudów, znalezionej w wikipedii*, nie wnikając na razie, czy jest ona kompletna czy nie, z których wyselekcjonuję 27 wymienionych tam uzdrowień, przeglądając wzmianki o nich we wszystkich ewangeliach. Zobaczymy, czy można odnaleźć tam coś, co dałoby odpowiedź na to pytanie.

* - Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Cuda_Jezusa

c.d.n.






poniedziałek, 9 października 2017

Wskrzeszanie przed czasami Jezusa

Zmarły usiadł i zaczął mówić.
Łuk. 7,15 BP

Jezus wskrzesił tego zmarłego i Łazarza. Ten pierwszy, syn przypadkowo napotkanej kobiety, ani nikt Go o to nie prosił, ani w nic Jezus nie kazał wierzyć. Po prostu spotkał, zrobiło mu się żal właśnie osamotnionej wdowy i kazał mu powstać, zmartwychwstać.

Czy to był jedyny kondukt pogrzebowy, który Jezus spotkał na swojej drodze? Dlaczego tylko ta jedyna sytuacja została opisana w ewangeliach?

I Łazarz. Wskrzeszony po trzech dniach. Gdy ciało zdążyło już zacząć fizycznie obumierać. Wciąż zadziwiające dla mnie jest to, że Jezus mógł przywrócić nie tylko oddech, ale i spowodować, że ciało wracało do stanu lepszego niż sprzed uzdrowienia. Przecież ciało Łazarza w tym przypadku potrzebowało nie tylko nowego ducha, ale i nieco regeneracji po trzech dniach bez obiegu krwi, bez tlenu...

W Starym Testamencie jest jeszcze parę innych historii, gdzie zostali wskrzeszeni zmarli ludzie: Eliasz wskrzesił zmarłego syna wdowy, u której na jakiś czas zamieszkał (1 Król. 17), Elizeusz również wskrzesił syna kobiety, u której często nocował po drodze (2 Król. 4), mało tego: Elizeusz wskrzesił kogoś również pośmiertnie, tylko dlatego, że ciało pogrzebanego dotknęło jego kości/zwłok (2 Król. 13,20-21), co zakrawa wręcz na jakąś magię.

Wygląda więc na to, że Jezus wskrzeszając owych zmarłych nie robił czegoś szczególnie wyjątkowego: już przed nim robili to samo Eliasz i Elizeusz. Dodatkowo okazuje się przy okazji, że dzieląc chleb na pięć tysięcy osób Jezus również nie był pierwszym człowiekiem na ziemi, który tego dokonywał, bo i wcześniej, za czasów Elizeusza, zostało dokonane coś podobnego: dwadzieścia chlebów zostało rozdzielonych na stu dorosłych mężczyzn. Liczby w wykonaniu Jezusa są oczywiście bardziej imponujące, zarówno pod względem proporcji posiadanego chleba do liczby tłumu, jak i ilości uzdrowień ludzi, ale chcę tutaj tylko zauważyć, że Jezus nie był po prostu jedynym takim uzdrawiającym. Zdarzało się to zarówno i przed Jego obecnością na ziemi, jak i po Jego wniebowstąpieniu.

Stąd wniosek, że nie musimy tak obawiać się faktu, że tylko Jezus miał monopol na uzdrawianie. Możliwość uzdrawiania istniała zarówno wcześniej, jak i później, po czasach Jezusa. Wszystko zależy tylko od tego, czy Bóg zechciałby to zrobić w danym przypadku.







niedziela, 8 października 2017

Uzdrowienie obcego

Kiedy już zbliżył się do bramy miasta, wynoszono pewnego zmarłego, który był jedynym synem kobiety wdowy. (...) Jej widok wzruszył Pana do głębi. Powiedział tedy do niej: Nie płacz! A gdy podszedł i dotknął mar, ci, co je nieśli, zatrzymali się. On zaś powiedział: Młodzieńcze, rozkazuję ci, wstań! Wtedy zmarły usiadł i począł mówić.
Łuk. 7,12-15 BR

Co więcej zadziwiającego jest w tej historii: zazwyczaj przytacza się przykłady ludzi, których Jezus uzdrowił w wyniku ich własnej wiary. Setnik, kobieta z tłumu, mężczyźni spuszczający łóżko przez dach... Tymczasem tutaj znajduje się przykład, który zupełnie nie pasuje do tych poprzednich: Jezus uzdrowił całkowicie obcą osobę. Bez żadnej prośby, bez żadnej ingerencji jakiejś osoby, tak sam z siebie. Bo spotkał przypadkowo. I tylko dlatego, że dowiedział się, że to wdowa, która pożegnała już męża, a teraz żegna swojego jedynego syna.

To tutaj bardzo widoczne jest, że Jezus współczuje ludziom ich personalnych spraw, ich rodzinnych czy też międzyludzkich relacji. Każdego z nas. Bo też kim była ta, przypadkowo napotkana, wdowa? Była tylko przypadkowo napotkanym człowiekiem. Nie była "bliskim przyjacielem rodziny", jak Łazarz, ani też nikt nie przyszedł i nie prosił za nią, że "przysparza dużo dobrego naszemu narodowi". A jednak Jezus sam, w swój prywatny sposób, wiedząc, straciła już męża, a ten na noszach to jej jedynak, ostatni członek jej malutkiej rodziny, postanowił podnieść tę wdowę na duchu w najbardziej oczywisty sposób: oddając jej najdroższy skarb. I zdecydował się wskrzesić go, bez żadnego proszenia, bez żadnej deklaracji wiary, po prostu ot tak, bo jej współczuł.

Jednym słowem: każdy ma szansę.





Łukasz wnikliwie 7.2 - Wskrzeszenie zmarłego

Następnie przyszedł do miasta Nain, wraz z licznymi swoimi uczniami i dużym tłumem za Nim. A tylko zbliżył się do bramy tego miasta, właśnie wynoszony był jedyny syn jego matki, która była w dodatku wdową. Był z nią też duży tłum ludzi z miasta. Kiedy Pan ją ujrzał, ulitował się nad nią i powiedział: "Nie płacz". Potem wszedł i dotknął otwartej trumny / noszy, a ci, którzy je nieśli, stanęli cicho. A potem powiedział:
- Młody człowieku, powiem ci tak: powstań.
I martwy powstał, i zaczął mówić. I oddał go Jezus jego matce.

Wtedy bojaźń przyszła na wszystkich i gloryfikowali Boga mówiąc: "Oto powstał i jest pomiędzy nami wielki prorok" i "Bóg nawiedził swój lud". I rozeszła się ta historia po całej Judei i wszystkich przyległych okolicach.

na podstawie: Łuk. 7,11...17

zobacz komentarz do tego fragmentu: [JEZUS PORUSZONY WEWNĘTRZNIE] i [UZDROWIENIE OBCEGO]

c.d.n.






sobota, 23 września 2017

Jezus poruszony wewnętrznie

Kiedy zbliżył się do bramy miejskiej, wynoszono właśnie zmarłego, który był jedynym synem wdowy. I towarzyszył jej wielki tłum mieszkańców miasta. Gdy Pan ją zobaczył, ulitował się i powiedział: Nie płacz.
Łuk. 7,12-13 BP

Przekład Biblii Poznańskiej i Przekład Dosłowny tłumaczą reakcję Jezusa jako "ulitowanie się", pozostałe polskie przekłady ujmują to jako "użalił się". Słownik Stronga* tłumaczy to słowo jako "być poruszonym wewnętrznie", "odczuć współczucie". I na tym ostatnim określeniu chciałbym się zatrzymać, ponieważ w całym Nowym Testamencie wyrażenie to zostało użyte kilka razy tylko i wyłącznie w ewangeliach i niemal zawsze w odniesieniu do osoby Jezusa. Uważam, że opisanie reakcji Jezusa jako "ulitował się" niekoniecznie do końca oddaje wyraz tej reakcji Jezusa, która faktycznie miała miejsce. Bo zlitować się nad kimś / nad czymś można, niekoniecznie odczuwając przy tym empatię. Zlitować się nad swoją ofiarą, czy też użalić, może najgorszy zbir, okazując mu łaskę akurat ten raz.

Ale to, co wyróżnia Jezusa w tej sytuacji jest to, że On był PORUSZONY WEWNĘTRZNIE. Odczuwał empatię wobec tych osób, które spotykał. Czuł tak, jak one czuły. Współczuł. Był w stanie zrozumieć uczucia innych ludzi. Jak to było możliwe, skoro żeby móc zrozumieć wnętrze drugiego człowieka, trzeba albo z nim przeżyć mnóstwo czasu, albo przeżyć takie same doświadczenia, jak tamten, podczas gdy Jezus był tylko trzydziestoparoletnim cieślą bez żadnych szczególnych doświadczeń życiowych? Nie przeżył przecież żadnej z tych chorób, które uzdrowił. Może przeżył śmierć kogoś bliskiego, tak że mógł naprawdę współczuć tej wdowie z historii powyżej, choć ewangelie raczej tego nie odnotowują. Na pewno nie przeżył osobiście żadnej z tych zwariowanych historii, jakie miały za sobą choćby takie osoby jak Maria Magdalena czy niezrównoważony emocjonalnie Piotr, czy ów opętany mieszkający na cmentarzu.

A mimo to rozumiał ich. Współczuł. Każdego w jakiś sposób uzdrowił: opętanego duchowo słowem; Piotra osobiście, długofalowo, ucząc go jak nauczyciel; a Marię Magdalenę psychicznie, dając jej bezwarunkową akceptację.


* - Źródło: http://biblehub.com/greek/4697.htm







środa, 6 września 2017

Łukasz wnikliwie 7.1 - Uzdrowienie niewolnika setnika

A gdy zakończył mówić do słuchających ludzi, poszedł do Kapernaum. A tam niewolnik pewnego centuriona, który był mu bliski / cieszył się jego szacunkiem, był chory i miał już umierać. Usłyszawszy o Jezusie, wysłał do Niego starszych judejskich, prosząc Go, żeby przyszedł go uratować. I kiedy oni przyszli do Jezusa, prosili Go usilnie, mówiąc, że zasłużył na to, ponieważ "kocha nasz naród i wybudował nam synagogę".

Wówczas Jezus poszedł z nimi. A kiedy był już nie tak daleko od tamtego domu, centurion wysłał do Niego przyjaciół, którzy mieli mówić: "Panie, nie kłopocz się, bo nie jestem wart tego, żebyś wszedł pod mój dach, ani ja sam nie czuję się wystarczająco wart, żeby przyjść do ciebie, ale powiedz tylko słowo, a mój chłopiec będzie uzdrowiony. Bo i ja jestem człowiekiem pod postawiony, mającym pod sobą żołnierzy, i jeśli mówię do jednego: "Idź", to on idzie, a jeśli do innego "Przyjdź", to on przychodzi, i do mojego sługi "Zrób to", to on to robi".

A kiedy Jezus usłyszał te rzeczy, zadziwił się, odwrócił do tłumu, który za Nim podążał i powiedział: "Mówię wam, nawet w Izraelu nie znalazłem jeszcze tak wielkiej wiary!"

A ci, którzy byli posłani, gdy wrócili do domu, zastali leżącego bez siły chorego sługę zdrowym.

na podstawie: Łuk. 7,1...10

[następnie - WSKRZESZENIE ZMARŁEGO]
[poprzednio - KAZANIE NA GÓRZE 3]
[do początku]






niedziela, 27 sierpnia 2017

Stygmaty apostoła Pawła

Odtąd niech mi nikt przykrości nie sprawia; albowiem ja stygmaty Jezusowe noszę na ciele moim.
Gal. 6,17 BW

Powiedzieć, że Paweł miał stygmaty, to nadać bardzo mistyczne brzmienie czemuś, co aż tak mistyczne nie było. Mam na myśli to, że pamiętając o tym, że praktycznie każda wersja Biblii na świecie jest tłumaczeniem oryginalnego tekstu, dużą odpowiedzialność na sobie miał tłumacz, tłumacząc tekst na język miejscowy, dobierając w nim odpowiednie słowa. A ponieważ Biblia Warszawska jest jednym z najpopularniejszych tłumaczeń, pozwolę się z tą formą tłumaczenia tego słowa nie zgodzić. Bo po co robić z Biblii jakieś tajemnicze, mistyczne miejsce, skoro wszystko jest takie jasne?

NBG: W końcu, niech mi nikt nie dostarcza cierpień; gdyż ja noszę w moim ciele piętna Pana Jezusa.

BP: Niech odtąd nikt nie wyrządza mi przykrości, bo ja noszę w sobie znamiona Jezusa!

BT: Odtąd niech już nikt nie sprawia mi przykrości: przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa.

BR: Niech mi już na przyszłość nikt nie wyrządza żadnych przykrości: przecież na ciele moim noszę blizny [i one najlepiej świadczą o moim przynależeniu do] Jezusa.

PD: Odtąd już nikt niech mi zadaje trudu; ja bowiem na moim ciele noszę piętno Pana Jezusa.

Co właściwie miał apostoł Paweł na myśli, używając tego słowa? W jakim znaczeniu było ono używane w innych listach Pawła albo pozostałych miejscach Nowego Testamentu? Byłoby znakomicie móc to przewertować, ale... Konkordancja podaje, że greckie słowo "stigmata", użyte w tym miejscu, zostało użyte w NT tylko ten jeden, jedyny raz. Nie ma więc możliwości prześledzić pozostałych przypadków użycia tego słowa. Jedyne, na czym można się w tej sytuacji oprzeć, to słowniki biblijne, które mówią*:

Stigma - właściwie: pewien znak rozpoznawczy wypalony na skórze. Przenośnie: "święte blizny", które pojawiają się, gdy się służy Jezusowi jako Panu.

Stigma - odnosi się do literalnych blizn na ciele Pawła pochodzących od prętów bicza, które Paweł otrzymał w Antiochii Pizydyjskiej oraz od kamieniowania w Listrze. Uważa się je jako "znaki, oznaczenia przynależności Pawła do Jezusa, jak niewolnika, oraz jego służby dla Niego".

Stigma - coś jak tatuaże, wypalone znaki na skórze niewolnika w czasach Nowego Testamentu, oznaczające jego przynależność do określonego właściciela.

Stigma - ukłucie, nakłucie; znak nakłuwany lub umieszczany w ciele. Stosownie to starożytnych zwyczajów - mogli to mieć niewolnicy albo żołnierze, na których oznaczeniu widniała nazwa właściciela lub jednostki armii lub nazwa dowódcy, któremu podlegali. Sposobu tego używali również różni dewoci, by oznakować w ten sposób przynależenie do jakiegoś boga. Stąd: "znaki Jezusa", o których Paweł pisze w Gal. 6,17, które są wyryte na jego ciele, to ślady przeżytych niebezpieczeństw i trudów, a także odbytych kar więziennych, oraz ran szarpanych, otrzymanych z powodu sprawy Jezusa, które oznaczały go jako wiernego/wierzącego i zatwierdzonego przez wyznawania / ciągłe wyznawania Jezusa sługę i żołnierza.

W odróżnieniu więc do pojęcia "stygmaty", które za sprawą literatury średniowiecznej rozumiemy jako to jakieś mistyczne znaki na ciele powstałe w wyniku jakiegoś wysokopoziomoworeligijnego zaangażowania** - w przypadku tego listu Pawła chodziło bardziej albo o celowe oznaczenie ciała w celu uwidocznienia przynależności danej osoby do jakiegoś właściciela albo jednostki armii, albo o zwrócenie uwagi na ślady na ciele świadczące o przebytej drodze, niczym rany na jakimś weteranie wojennym.

Dzięki tej lekturze najbardziej więc skłaniałbym się do wersji z Biblii Tysiąclecia albo Biblii Romaniuka, gdzie mowa o znamionach na ciele Pawła, a nie o jakichś tajemniczych, mistycznych stygmatach czy piętnach w środku jego ciała, i to pomimo że dosłownie w grece można by przeczytać, że te znamiona były "w" ciele, dlatego że ze słownika biblijnego wynika, że czasem owo "w" było używane również w znaczeniu "na" (jak nasze "w kuchni" albo "na kuchni":

BT: Odtąd niech już nikt nie sprawia mi przykrości: przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa.

BR: Niech mi już na przyszłość nikt nie wyrządza żadnych przykrości: przecież na ciele moim noszę blizny [i one najlepiej świadczą o moim przynależeniu do] Jezusa.

* - Źródło: http://biblehub.com/greek/4742.htm
** - Źródło było w liceum dawno temu, ale tutaj można też sobie poczytać, co się przez to współcześnie u nas rozumie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stygmat_(religia)






niedziela, 13 sierpnia 2017

Nie przestrzeganie prawa jakieś restrykcyjne, tylko...

Bo ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie.
Gal. 6,15 BT

To, co Paweł tutaj pisze, podkreśla esencję chrześcijaństwa: nie bieganie za spełnianiem jakiegoś prawa jest naszym najważniejszym celem, jak dzieci, które przelicytowują się, że to mama zakazała, a tamtego nie, że to wolno robić, a tamto tata powiedział, żeby nie robić. Rzeczą, na której mamy się skupić, to dążenie do owego "nowego stworzenia", zachowując się jak dorośli, którzy wiedzą, co jest słuszne a co nie.

Bo prawo, które istnieje, musi istnieć ze względu na ludzi, którzy mają zwyczaj być bezmyślni albo ignorować zasady współżycia z innymi ludźmi. Tak samo jest w prawie drogowym: jeśli by ludzie sami wiedzieli, że w terenie zabudowanym trzeba zwolnić, bo istnieje tam duże prawdopodobieństwo, że pojawi się jakiś rowerzysta, pieszy, biegacz, dziecko z piłką, mama z wózkiem i biegającym wokół niego jak satelita drugim dzieckiem - to by żadnego przepisu o dopuszczalnej prędkości nie trzeba było stosować. Tak samo jest z Prawem Boga - jeśli by człowiek sam wiedział i chciał żyć tak, żeby przykrości komuś innemu nie wyrządzić, mam tu na myśli przykrości spowodowane zdradzeniem żony albo ukradzeniem np. radia z samochodu - to Prawo Boga w ogóle nie musiałoby istnieć.

Paweł w tym liście rozpisuje się o obrzezaniu, o ludziach, którzy zmuszali nowych wierzących w zborze Galacjan do obrzezania się, zgodnie ze starym zwyczajem. Tymczasem: żadne stare zwyczaje nie mają racji bytu. Jeśli ktoś chce coś robić ze względu na tradycje - proszę bardzo, czemu nie. Jeśli ktoś chce wykonywać jakieś czynności, które zakładają jakieś znaczenie religijne: ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie. Nie ma żadnego religijnego - z punktu widzenia apostoła Pawła, przenosząc tę metaforę na czas dzisiejszy - znaczenia to, czy ktoś pości w piątki czy w inne dni czy w ogóle nie pości. Chyba że ktoś narzuca sobie taką dietę z przyczyn zdrowotnych. I takie porównanie do dzisiejszych czasów można by sobie wyobrazić o wielu rzeczach: również o spowiadaniu się tylko i wyłącznie kapłanowi, czy wykonując jakieś skomplikowane czynności prowadzące do "zmazania grzechu" czy cokolwiek innego, co nie przychodzi mi teraz do głowy.

ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie - to o Królestwie Boga mówił cały czas Jezus, to o owym Nowym Stworzeniu pisze często Paweł, każdy nazywa to jak uważa, ja wyobrażam sobie to jako Państwo Boga albo [Nowa Ziemia]. W każdym razie to jest cel, do którego dążymy, przygotowując się na niego i opowiadając o nim innym ludziom w otoczeniu.







wtorek, 8 sierpnia 2017

List do Galacjan 6.2. - Żadne obrzezanie

Patrzcie tylko, jak duże litery używam, pisząc do was moją ręką! Ci, którzy chcą imponować ciałem, przedkładają konieczność bycia obrzezanym, i to jedynie po to, aby uniknąć bycia prześladowanym za krzyż Chrystusa. Nawet ci, którzy są obrzezani, sami nie trzymają się Prawa, ale jeszcze chcą was, żebyście się obrzezali, żeby oni mogli się przechwalać waszym obrzezanym ciałem.

Niechbym ja sam nigdy się nie przechwalał/chlubił, prócz krzyża naszego Pana Jezusa Chrystusa, przez którego świat został ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata.

Bo w Chrystusie ani bycie obrzezanym się nie liczy, ani bycie nieobrzezanym, tylko nowe stworzenie. Pokój i łaska wszystkim, którzy by podążali za tą zasadą, i na Izraela Boga. Od teraz począwszy niech nikt nie przysparza mi trudności, bo noszę na moim ciele znaki Jezusa.

Łaska naszego Pana, Jezusa Chrystusa, niech będzie z waszym duchem, bracia i siostry. Amen. List do Galacjan został napisany z Rzymu.

na podstawie: Gal. 6,11...18

[KONIEC SERII]







poniedziałek, 7 sierpnia 2017

List do Galacjan 6.1. - Pawła porady różne

Bracia, jeśli by ktoś już wcześniej został przyłapany na jakimś upadku, to wy, ludzie duchowi, korygujcie taką osobę w duchu łagodności, bacząc na siebie samych, żebyście i wy sami nie zostali skuszeni.

Noście ciężary/obciążenia jedni drugich, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa. Bo jeśli ktoś myśli, że jest czymś, a nie jest, oszukuje sam siebie. Każdy niech bada swoje własne działania, a wtedy można mieć chlubę z powodu siebie samych, a nie kogoś innego, bo każdy swój własny ciężar poniesie. Ten, który nauczany jest Słowa, niech dzieli się wszystkimi swoimi dobrami z tym, który go naucza. Nie dajcie się wprowadzić w błąd, bo Bóg nie pozwala z siebie szydzić.

Człowiek to zbierze, co zasieje. Ktokolwiek sieje tak, żeby dogodzić swojemu ciału, według ciała zbierze plon zepsucia, natomiast ktokolwiek sieje w Ducha - z Ducha otrzyma w plonie życie wieczne. A czyniąc dobrze nie zniechęcajmy się, bo przyjdzie czas, gdy będziemy żąć/zbierzemy bilans niestrudzeni. Dlatego, dopóki mamy czas ku temu, czyńmy względem wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którzy należą do rodziny wierzących.

na podstawie: Gal. 6,1...10

c.d.n.