poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wyjść poza ramy

Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w strony Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: "Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha". Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: "Odpraw ją, bo krzyczy za nami". Lecz On odpowiedział: "Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela". A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: "Panie, dopomóż mi". On jednak odparł: "Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom". A ona odrzekła: "Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów". Wtedy Jezus jej odpowiedział: "O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz". Od tej chwili jej córka była zdrowa.
Mat. 15,21-28 BT

I odszedł stamtąd w okolice Tyru i Sydonu. Kiedy wszedł do domu, nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział, nie udało się jednak tego ukryć. Ale zaraz usłyszała o Nim kobieta, której córeczka miała ducha nieczystego. Przyszła i upadła Mu do nóg. A ta kobieta była Greczynką, Syrofenicjanką z pochodzenia, i prosiła Go, aby z jej córki wyrzucił czarta. I mówił jej: Pozwól najpierw najeść się do syta dzieciom, bo nie godzi się odejmować chleb od ust dzieciom, a rzucać go szczeniętom. A ona Mu odpowiedziała: Tak, Panie, ale i szczenięta jadają pod stołem resztki po dzieciach. I powiedział jej: On jej rzekł: Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę. Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.
Mar. 7,24-30 BP/BT

Po tym, jak Jezus opuścił Jezioro Genezaret, udał się w okolice starych portów fenickich, Tyru i Sydonu, gdzie dzisiaj znajduje się państwo Liban. Jezus odszedł więc dość daleko, ok. 50 km na północny zachód, nad samo wybrzeże Morza Śródziemnego. Na tereny, które nie były już izraelskie. Dlaczego tam, skoro był w trakcie swojej misji? Żeby odpocząć? Żeby znaleźć się w rejonach, gdzie nie był znany, żeby "naładować baterie"?


Z tego więc powodu raczej nie można spodziewać się było sporego oblężenia Jezusa przez tłumy. A mimo to Marek pisze: Kiedy wszedł do domu, nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział, nie udało się jednak tego ukryć. I potem przyszła ta kobieta, Greczynka staro-fenickiego pochodzenia.

Dlaczego Jezus tam poszedł, skoro ponoć uważał, jak powiedział, że: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela? I dlaczego tak powiedział, skoro uzdrowił już wcześniej kogoś należącego do domu rzymskiego setnika, tzn. nie będącego Żydem?

Wszystko to wygląda jak jedna wielka prowokacja. I znów: po co? Jezus w czasie swojej misji prowokował, łamał stereotypy, wychodził poza ramy. Wygląda tutaj na to, że w tej historii Jezus nie tyle złamał stereotyp uczniów, co raczej był dumny zarówno z nich, że wstawiali się za nią, ale i z samej kobiety, która była na tyle uparta, by Go nadal prosić o uzdrowienie.

Czy stereotyp przynależności wiary w Boga tylko i wyłącznie do Żydów został tutaj złamany? Może i tak. Ale chyba nie do końca, skoro w Dziejach Apostolskich czytamy, że Piotr dalej był oporny przed współpracą z nie-Żydami, i aż musiał otrzymać proroczy sen o jedzeniu żab i innych rzeczy, uważanych w religii żydowskiej za nieczyste, żeby zacząć współpracować z Korneliuszem, wyjść poza swoje dotychczasowe ramy (zob. Dzieje 10).

Idąc dalej za tym przykładem - nawet jeślibyśmy mieli kogoś uzdrawiać, i dobierać kandydatów do uzdrowienia wg jakiegoś tam ustalonego klucza, kryteriów - można by tutaj stwierdzić, że tak naprawdę to żadne kryteria nie istnieją. Jezus nie kierował się kryteriami, kierował się celem misji. A Jego celem było finalnie dotarcie do WSZYSTKICH narodów. I do każdego rodzaju ludzi, bez względu na nację czy stan. Czy też wyznanie, bo do tego by się ta idea chyba dzisiaj sprowadzała. Byle tylko oni sami chcieli.

c.d.n.
[poprzednio - W OCZEKIWANIU NA CUD?]
[do początku tej serii]







sobota, 16 czerwca 2018

W oczekiwaniu na cud?

Gdy się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go poznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych, tam gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.
Mar. 6,53-56 BT

Gdy się przeprawili, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali [posłańców] po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.
Mat. 14,34-36 BT

Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie zjedli chleb po dziękczynnej modlitwie Pana, przypłynęły inne łodzie z Tyberiady. Kiedy więc tłumy zobaczyły, że nie ma Jezusa ani Jego uczniów, wsiadły do łódek, przybyły do Kafarnaum i szukały Jezusa. Znalazłszy Go za morzem, zapytali: Rabbi, kiedyś tu przybył?
Jan 6,23-25 BP

...

Jedyne, co mi się tutaj do głowy nasuwa - Jezus być może i miał plan swojej misji, choć może wiele miejsce odwiedził spontanicznie, ale nie widać, żeby informował ludzi o tym, gdzie i kiedy będzie. Po prostu wsiadał do łodzi, tego dnia stwierdził akurat, żeby się dostać do tamtego miasta gdzieś tam, na innym brzegu, przychodził, a tam już Go rozpoznawano.

A za Nim podążały tłumy, szukając Go. Nie czekali na Niego, że może akurat do nich przyjdzie, ale szli/płynęli/jechali Go szukać tam, gdzie akurat słyszeli, że On jest. Czyli nic biernego.

Inna rzecz - nawet nie jest napisane, żeby Jezus potraktował kogoś szczególnie, czy żeby przebaczał ludziom grzechy, czy cokolwiek z religijnego wymiaru tutaj. Nie, po prostu uzdrawiał na potęgę, im więcej, tym lepiej. Byle kto dotknął jego narzuty - odzyskiwał zdrowie.

Czyli wniosek nr 1 - dobrze jest szukać, samemu wykazać jakąś inicjatywę. Daje to większe szanse na znalezienie Jezusa, niż żeby siedzieć w jednym miejscu i tylko czekać.

Wniosek nr 2 - w ciągu trzydziestu trzech lat swojego życia Jezus uzdrawiał tylko przez trzy z nich. Czyli nie zawsze jest "czas cudów". Życie płynie normalnie, a "czas cudów", na który tutaj czekamy, być może dopiero przyjdzie. Albo trzeba samemu przyjść na nowo do Jezusa, dać się porwać Jego filozofii, Jego stylowi życia, i z tym duchem może przeć naprzód, być może Bóg chciałby użyć kogoś tak nowo narodzonego, nawróconego, zdeterminowanego, aby takich cudów/znaków dokonywać, jak w przypadku Saula tuż po jego nawróceniu...







sobota, 2 czerwca 2018

Betezda - uzdrowienie z otwartym umysłem

A jest w Jerozolimie przy Owczej Bramie sadzawka, zwana po hebrajsku Betezda, mająca pięć krużganków. W nich leżało mnóstwo chorych, ślepych, chromych i wycieńczonych, którzy czekali na poruszenie wody. Od czasu do czasu zstępował bowiem anioł Pana do sadzawki i poruszał wodę. Kto więc po poruszeniu wody pierwszy do niej wstąpił, odzyskiwał zdrowie, jakąkolwiek chorobą był dotknięty. A był tam pewien człowiek, który chorował od trzydziestu ośmiu lat. I gdy Jezus ujrzał go leżącego, i poznał, że już od dłuższego czasu choruje, zapytał go: Chcesz być zdrowy? Odpowiedział mu chory: Panie, nie mam człowieka, który by mnie wrzucił do sadzawki, gdy woda się poruszy; zanim zaś ja sam dojdę, inny przede mną wchodzi. Rzecze mu Jezus: Wstań, weź łoże swoje i chodź. I zaraz ten człowiek odzyskał zdrowie, wziął łoże swoje i chodził. A właśnie tego dnia był sabat. Toteż mówili Żydzi do uzdrowionego: Dziś sabat, nie wolno ci nosić łoża. On zaś odpowiedział im: Ten, który mnie uzdrowił, rzekł mi: Weź łoże swoje i chodź. Pytali go: Cóż to za człowiek, co ci powiedział: Weź je i chodź? A uzdrowiony nie wiedział, kto to był, bo Jezus niepostrzeżenie oddalił się od tłumu, który był na tym miejscu. Później spotkał go Jezus w świątyni i rzekł do niego: Oto wyzdrowiałeś; już nigdy nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało. Odszedł ten człowiek i powiedział Żydom, że to Jezus go uzdrowił. I dlatego Żydzi prześladowali Jezusa, że to uczynił w sabat.
Jan 5,2-16 BW

Człowiek chory od trzydziestu ośmiu lat. To ponad trzy razy dłużej, niż tamta kobieta z dwunastoletnim krwotokiem. Brzmi trochę jak historia naszego NFZ...

Podobnie jak tamta kobieta, która przez dwanaście lat próbowała wyleczyć swoją chorobę u różnych lekarzy, ten człowiek tutaj wyczerpał już wszystkie swoje możliwości i pozostało mu tylko czekać na cud. Cud w postaci spełnienia się jednego z lokalnych wierzeń, legend. Nie jest napisane, czy ktokolwiek inny zostawał uzdrowiony po kontakcie z poruszoną wodą. Próbuję sobie tylko wyobrazić - jak ktoś niewidomy mógłby zobaczyć poruszającą się wodę na tyle szybko, by pierwszym do niej wejść? Już raczej dotyczyłoby to tych, co kuleli. Czy to im pomagało? Może poprzez autosugestię. Jeśliby skuteczność tej sadzawki, albo historia tej legendy była prawdziwa - to ludzie nie garnęliby się tak pewnie do Jezusa, bo mieliby uzdrowienie na wyciągnięcie ręki.

Musiało to być więc jak coś w rodzaju naszej Częstochowy - legenda jest, wiele kul podobno uzdrowionych osób tam jest, ale nic nie słychać, żeby coś tam się naprawdę działo w tym kontekście.

I tu do takiego człowieka, czekającego na spełnienie się legendy, czekającego na jakiś cud, podchodzi jakiś Galilejczyk i pyta, czy chciałby być uzdrowiony. Nie wiedział, kim on jest. Jednym z przechodniów.
- Chciałbyś być zdrowy?
- Tak, jasne. Ale widzisz, że leżę, i nie ma szans, żebym jako pierwszy dostał się do wody.
- Nie ma problemu. Po prostu wstań ze swojego materaca i idź.

To, co jest zadziwiające w tej historii, to:

Po pierwsze - na pytanie, czy chciałby być uzdrowiony, jego myśli wciąż krążyły wokół sadzawki. Więc jego odpowiedź też taka była - związana z sadzawką.

Po drugie - gdy ów Galilejczyk powiedział, żeby tylko wstał i poszedł, on uwierzył i zrobił to. Bez żadnych wątpliwości typu: "ale przecież sadzawka... jak... jak to..." Po prostu. Wstał, momentalnie uwierzył w inną możliwość i poszedł.

Po trzecie - nie wiedział nawet, że ów Galilejczyk jest Jezusem. Czyli uwierzył momentalnie na słowo, bez względu na osobę, która mu to powiedziała. Na pewno słyszał o Jezusie, na pewno myślał o tym, żeby się do Niego dostać, ale znowu - Jezus się przemieszczał z miejsca na miejsce, a on był przywiązany do swojego materaca. Nie mógł chodzić. A tutaj - proszę, po prostu uwierzył, wstał i poszedł. Być może pod wpływem tych zasłyszanych wcześniej o Jezusie opowieści? W każdym razie zdolny był uwierzyć, nawet nie wiedząc, że to był sam Jezus mówiący do niego.

Po czwarte - podniósł się, wstał i poszedł bez żadnych wątpliwości. A przecież był sabat! Co oznaczało, że był zakaz noszenia rzeczy ze sobą, zakaz długiego chodzenia... A gdy tylko usłyszał, że miał wstać i pójść, nie zadał nawet jednego pytania o to, że przecież jak to, to sabat jest, to wbrew przepisom jest. Inna oznaka otwartego umysłu?

[dalej - W OCZEKIWANIU NA CUD?]
[poprzednio - DUCH NA NIM]
[do początku tej serii]






piątek, 1 czerwca 2018

Duch na Nim

Faryzeusze zaś wyszli i odbyli naradę przeciw Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. Gdy Jezus dowiedział się o tym, oddalił się stamtąd. A wielu poszło za Nim i uzdrowił ich wszystkich. Lecz im surowo zabronił, żeby Go nie ujawniali. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: *Oto mój Sługa; którego wybrałem, Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie prawo narodom. Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą.
Mat. 12,14-21 BT

Jezus z uczniami odszedł nad morze, a szedł za Nim wielki tłum z Galilei i z Judei, i z Jerozolimy, i z Idumei, i z Zajordania, i z okolic Tyru i Sydonu. Wielki tłum, który usłyszał, jakich to rzeczy dokonał, przyszedł do Niego. I powiedział swoim uczniom, aby mieli dla Niego w pogotowiu łódź ze względu na tłum, aby nie napierano na Niego. Bo wielu uzdrowił. Toteż ci, którzy mieli dolegliwości, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć. I duchy nieczyste padały mu do nóg, kiedy Go widziały. I wołały: Ty jesteś Syn Boży. On zaś wielokrotnie surowo im nakazywał, aby Go nie ujawniały.
Mar. 3,7-12 BP

Kiedy Jezus zszedł z nimi [z góry], zatrzymał się na równinie z wielkim tłumem uczniów, a mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem, i z nadmorskiego Tyru, i Sydonu przyszło, aby Go słuchać i odzyskać zdrowie. Także ci, których dręczyły duchy nieczyste, powracali do zdrowia. I cały tłum starał się Go dotknąć, bo moc wychodziła z Niego i uzdrawiała wszystkich.
Łuk. 6,17-19 BP

Jezus uzdrawiał wszystkich, TAKŻE tych, którzy byli dotknięci demonami. To znaczy że nie każda choroba była spowodowana przez demona. I to brzmi rozsądnie.

Tak czy siak - Jezus uzdrawiał, bo miał moc. Dotknięty Duchem Boga, moc była w nim tak potężna, że aż demony same padały Mu do nóg, kiedy Go widziały. I wiedziały, skąd ta moc pochodzi.

Przypuszczam że i my, gdy będziemy mogli uzdrawiać, albo w momencie uzdrawiania, gdy nam się to kiedyś przydarzy - będziemy tak przepełnieni Duchem Boga, i będziemy czuć tę moc w sobie, że będziemy ponadnaturalnie pewni, że to, czego właśnie się mamy dotknąć, będzie krokiem udanym. Udanym - bo nie przedsięwziętym przez nas samych, ale będziemy akurat tkwili w samym środku wydarzeń, które Bóg improwizuje. Staniemy się Jego narzędziem. Będziemy pod wpływem Jego Ducha. Wszystko to po to, by odzyskać ku Bogu jednego człowieka. Albo pięć tysięcy - kto to teraz wie...








czwartek, 31 maja 2018

Człowiek z uschłą ręką - uzdrowienie wbrew przepisom

Kiedy odszedł stamtąd, wszedł do synagogi. A był tam człowiek z uschniętą ręką. [Faryzeusze], aby oskarżyć [Jezusa], zapytali Go, czy w szabat można uzdrawiać. On im powiedział: Któż z was, będąc właścicielem jedynej owcy, która by w szabat wpadła do dołu, nie chwyciłby jej i nie wyciągnął? A o ileż więcej wart jest człowiek od owcy. Można więc czynić dobrze w szabat! Potem mówi do człowieka: Wyciągnij twoją rękę. I wyciągnął ją. I była zdrowa jak ta  druga. A faryzeusze, wyszedłszy, naradzali się, jak by Go zgładzić.
Mat. 12,9-14 BP

Wszedł znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: "Stań tu na środku". A do nich powiedział: "Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?" Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: "Wyciągnij rękę". Wyciągnął i ręka jego stała się znów zdrowa.
Mar. 3,1-5 BT

W inny szabat wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę. Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go. On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: "Podnieś się i stań na środku". Podniósł się i stanął. Wtedy Jezus rzekł do nich: "Pytam was: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?" I spojrzawszy wkoło po wszystkich, rzekł do człowieka: "Wyciągnij rękę". Uczynił to i jego ręka stała się znów zdrowa. Oni zaś wpadli w szał i naradzali się między sobą, co by uczynić Jezusowi.
Łuk. 6,6-11 BT

Jedna rzecz rzuca mi się tutaj w oczy: obecność ludzi, którzy myślą, że są tak poprawni, że już bardziej poprawnym być nie można, tylko dlatego, że spełniają wszelkie możliwe przepisy. I to jest smutne. Bo nie ma przepisów wymyślonych na każdą okazję. Mało tego - wiele razy przepisy interpretowane są w bardzo fanatyczny sposób, tylko dlatego, żeby można było powiedzieć "można" albo "nie można", z całkowitym pominięciem faktycznego sensu tego przepisu. I tylko po to, by perfekcyjni pod tym względem ludzie mogli uzyskać świadomość, jak bardzo świat kreowany przez nich jest perfekcyjny, ogarnięty, uporządkowany. Byle tylko przestrzegać przepisów aż do granic bezmyślności.

Tak samo było i tutaj: przepis mówił, że w sabat się nie pracuje. Przepis ten wywodził się od przykazania Boga z Dekalogu, który brzmi: Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach (Wyj. 20,8-10 BW). To przykazanie, a zwłaszcza część: nie będziesz wykonywał żadnej pracy, rozrosło się do pokaźnych rozmiarów tomu z interpretacjami, co też za pracę się uważa, a co nie. I tak przejście powyżej 100 kroków było uważane już za pracę. Bez żadnego rozróżnienia, czy było to 100 kroków listonosza, 100 kroków doktora, 100 kroków pójścia do synagogi/kościoła/chorego przyjaciela. Po prostu. Dziecko wylane razem z kąpielą.

Zupełnie jak w naszym Sejmie.

W sabat były jednak składane ofiary. Ze zwierząt. Uściślając: te zwierzęta były zabijane. Stąd Jezus zadał pytanie: czy wolno w sabat zabijać? Czy jest to dozwolone? A czy wolno uzdrawiać? Stawiając kontrast, że skoro można zabić zwierzę w celu złożenia ofiary dla duchowego oczyszczenia, to przecież o ile bardziej można kogoś uzdrowić fizycznie?

Ale nie. Dla kapłanów było to złamanie przepisu. Karygodne. Nie wnikając w sens tych przepisów, i w sens tej czynności - po prostu raziło ich wprowadzanie zamieszania w ich uporządkowany "można-mi" i "nie-można-mi" świat. Jezus wprowadzał zamieszanie, które kazało za każdym razem rozstrzygać samodzielnie, co jest dobre, a co nie jest. Wprowadzał mnóstwo wyjątków do przepisów. Pokazywał, jak bardzo przepisy stały się betonowe, i jak wiele jest sytuacji, którym przepisy do pięt nie dorastają, które wymagają doraźnego rozsądzenia, kierowania się jakimś sensem, logiką.

Jezus uzdrowił więc tego człowieka wbrew przepisom. Czyli zrobił źle, prawda? Stosownie do przepisów ustanowionych przez człowieka - postąpił karygodnie: pracował, i to na środku synagogi. Tyle że przepisy ustanowione przez ludzi również bywają błędne... I tu trzeba się kierować własnym umysłem, i sumieniem, i świadomością, że za wszystko będziemy rozliczeni przez Boga - które przepisy są w porządku, które są niezgodne z logiką Boga, a które z nich nie mają właściwie żadnego znaczenia wobec Boga, ale dobrze jest się ich trzymać tylko po to, by nie wprowadzać jeszcze więcej zamieszania wśród ludzi. Tak jak w sytuacjach, gdy Jezus wysyłał ludzi po uzdrowieniach, żeby składali ofiarę za oczyszczenie albo dziękczynną, jak to było w przepisach nakazane.

[dalej - DUCH NA NIM]
[poprzednio - GŁUCHONIEMY PRZEZ OPĘTANIE. CZY OPĘTANIE TO CHOROBA PSYCHICZNA?]
[do początku tej serii]







środa, 30 maja 2018

Głuchoniemy przez opętanie. Czy opętanie to choroba psychiczna?

A kiedy oni wychodzili, oto przyprowadzili mu głuchoniemego człowieka, opętanego przez demona. A gdy demon został wyrzucony, głuchoniemy przemówił; więc zdziwiły się tłumy, mówiąc: Nigdy takiej rzeczy nie ukazano w Israelu. Ale faryzeusze mówili: Przez przywódcę demonów wyrzuca demony.
Mat. 9,31-34 NBG

Różnie tego człowieka się nazywa. NPP (Nowy Przekład Polski, przekład wzięty z Synopsy), nazywa tego człowieka głuchym. BT, BP i BW nazywają tego człowieka niemym, niemową, większość tłumaczeń anglojęzycznych nazywa go mute albo couldn't speak/talk. Sprawdziwszy w konkordancji - w grece użyte jest to samo słowo, które w innych rozdziałach jest przetłumaczone jako "głuchoniemy". Tej wersji będę się więc tutaj trzymał, że człowiek ten był głuchoniemy. Tym bardziej że dalszy rozwój wypadków świadczy bardziej o braku umiejętności mowy niż słuchu.

Inna sprawa, że tutaj opisane jest, że ów głuchoniemy był opętany przez demona. Zarówno tutaj, jak i w kilku innych historiach. Nawet nie że był chory z powodu swoich własnych czy też swoich rodziców grzechów - po prostu miał demona. Wikipedia nt. braku zdolności mówienia jako możliwe przyczyny wymienia: uszkodzenie ośrodka mowy w mózgu lub innych organów biorących udział w procesie mowy* lub ciężkie zaburzenie psychiczne, jak np. schizofrenia**.

Tyle nt. współczesnych przyczyn. Czy przyczyny od czasów Jezusa się zmieniły? Czy Jezus uzdrawiał również te fizyczne przyczyny bycia niemową? Uzdrowił przecież kobietę z dwunastoletniego krwotoku - to musiała być sprawa fizyczna, nie psychiczna. Wygląda więc w takim razie na to, że Jezus może uzdrowić zarówno psychiczne, jak i fizyczne dolegliwości. Czyli obojętnie, czy były to zmiany w ośrodku mowy w mózgu, czy jakaś choroba psychiczna - Jezus uzdrowił to.

Jak rozpoznać człowieka, czy jest on opętany? Czy bycie pod wpływem choroby psychicznej kwalifikuje się jako opętanie? Choroba psychiczna to wynik pewnych psychicznych niedomagań, jak rozumiem - na wskutek pewnych doświadczeń, przeżyć etc. Taka np. schizofrenia, poza genetycznymi uwarunkowaniami, jest wynikiem również niekorzystnej atmosfery rodzinnej, w której dziecko wzrastało, plus nadmiar stresu, brak umiejętności radzenia sobie z tym wszystkim***. Nagminna sytuacja w naszym kraju.

W wikipedii opisane jest, że generalnie rozróżnia się opętanie, czyli poddanie się (dobrowolne lub mimowolne) obcej tożsamości spirytystycznej od choroby psychicznej****. Z drugiej strony jednak, gdy tak sobie o tym myślę, to przecież proces poddania się pod wpływ jakiemuś demonowi to nie jest jedna chwila, ale najczęściej jest to wynik całego procesu, długoletniego wzrastania w rodzaju podejmowanych decyzji, obieraniu drogi życiowej etc. - to jeśli chodzi o dobrowolne poddanie się jakiemuś demonowi. Jeśli chodzi o mimowolne dostanie się pod wpływ jakiegoś demona - to może to być wynikiem jakiegoś sposobu myślenia, w którym się wzrastało, w którym się wychowało, który został nam - jako dziecku - narzucony we wczesnych latach dzieciństwa, kiedy wszystko przyjmowaliśmy bezkrytycznie i uznawaliśmy za prawdę. I dopóki sami do tego nie dojdziemy, nie rozgryziemy i nie zmienimy - ciągle tkwimy w tym kręgu dziwnego sposobu myślenia, który nic nie rozwiązuje, niczego nie polepsza, a jedynie wpędza człowieka w jeszcze większe tarapaty. Do tego, jeśli te wszystkie złe rzeczy są już głęboko wniknięte w podświadomość i człowiek - dopóki tego nie wykorzeni - pozostaje pod wpływem owych podświadomych mniemań - czy nie można nazwać tego stanem opętania? Czy nie jest to wpływ złych demonów w naszym życiu, że tak się stało? Że nasiąknęliśmy taką ilością zła, że nawet podświadomie się nim kierujemy? Czy nie jest tak, że gdy to siedzi w nas na stałe, w podświadomości, to jakby siedział w nas jakiś demon? Szczególnie, gdy się pomyśli o osobach niestabilnych emocjonalnie, które potrafią w ciągu jednego momentu rozpętać piekło bez żadnych ograniczeń w niszczeniu wszystkiego wokół - co z jednej strony spowodowane jest ową niestabilnością, skrajnymi emocjami powstającymi praktycznie znikąd, ale z drugiej - czy to nie byłby akurat ten moment, kiedy takie osoby są podatne na bycie pod wpływem jakiegoś demona, który tylko marzy by dokonać jak największej destrukcji wszystkiego, co jest dobrze zbudowane i przynosiłoby temu Złemu bardzo korzystne efekty? Przecież furia owego największego demona właśnie przeciwko takim rzeczom jest skierowana - przeciwko wszystkiemu, co buduje ludzkość w korzystny sposób, bo wtedy udaje się nam zachować ów obraz/odbicie Boga, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni. Niszcząc to wszystko, włączywszy tę niestabilną osobę - niszczy się ten obraz, to odbicie, stwarzając w zamian piekło. Piekło dla tej osoby i dla całego jej otoczenia.

O ile więc ten człowiek z cmentarza, z Gerazy, był opętany jakąś armią demonów, w wyniku czego był zdolny rozrywać łańcuchy, a ludzie się go bali, o tyle ten tutaj, głuchoniemy - miał skromnie tylko jednego demona.

Czy stan tego człowieka z Gerazy można by określić jakąś chorobą psychiczną?

Czy opętanie to nie jest jakiś rodzaj choroby psychicznej? Nawet nie występującej pod jedną postacią, ale pod wieloma różnymi postaciami, zależnie od "demona"? Przecież w jakiś sposób są to zmiany w sposobie myślenia, są to zmiany w chemicznym działaniu całego ośrodka nerwowego, są to też różne dzikie myśli nachodzące człowieka w różnorakich momentach...

* - Źródło - https://en.wikipedia.org/wiki/Muteness
** - Źródło - https://pl.wikipedia.org/wiki/Niemota
*** - Źródło - https://portal.abczdrowie.pl/przyczyny-schizofrenii
**** - Źródło - https://pl.wikipedia.org/wiki/Opętanie

[poprzednio - NIEPOSŁUSZNI NIEWIDOMI]








wtorek, 29 maja 2018

Nieposłuszni niewidomi

Gdy Jezus odchodził stamtąd, szli za Nim dwaj niewidomi, którzy wołali głośno: "Ulituj się nad nami, Synu Dawida". Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: "Wierzycie, że mogę to uczynić?" Oni odpowiedzieli Mu: "Tak, Panie". Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: "Według wiary waszej niech wam się stanie". I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: "Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie". Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy.
Mat. 9,27-31 BT

To był pracowity dzień dla Jezusa. Nie dosyć, że był w drodze do Jaira, by wskrzesić jego córkę, a po drodze jakaś kobieta "samowolnie" skorzystała z Jego mocy uzdrawiania, to po wskrzeszeniu dziewczynki, zaraz po wyjściu z domu, zaczęło wołać za Nim dwóch niewidomych. Nic nie widzieli z tych dwóch uzdrowień, które właśnie się dokonały, słyszeli tylko, jak ludzie dookoła mówili. Nie wiadomo, jak długo podążali za Jezusem - czy tylko tego dnia, czy znacznie dłużej. Ale nawet jeśli tylko ten jeden dzień - wydarzeń było tutaj na tyle sporo, że mogli uwierzyć.

A przynajmniej uwierzyć w moc uzdrawiania.

Co z wiarą w Boga, w Jezusa tutaj? Chyba nie za bardzo im to poszło, skoro - wg nakazu Jezusa - mieli nic o tym uzdrowieniu nie mówić, a rozgłosili to po całej okolicy.

Czyli wyciągam tutaj wniosek - Jezus uzdrawiał niekoniecznie tylko wtedy, gdy był pewny, że ten ktoś uwierzy w Niego. Robił to także w przypadku, gdy występowało prawdopodobieństwo nieposłuszeństwa.

[dalej - GŁUCHONIEMY PRZEZ OPĘTANIE. CZY OPĘTANIE TO CHOROBA PSYCHICZNA?]
[poprzednio - OŻYWIENIE CÓRKI JAIRA]
[do początku tej serii]






poniedziałek, 28 maja 2018

Ożywienie córki Jaira

Kiedy to im mówił, jakiś przełożony synagogi przyszedł i padł przed Nim na twarz, mówiąc: Moja córka właśnie skonała, ale połóż na nią rękę, a ożyje. Jezus powstawszy poszedł za nim z uczniami. (...) Kiedy Jezus przyszedł do domu przełożonego i zobaczył fletnistów i tłum zawodzący z żalu, mówił: Idźcie sobie, bo dziewczynka nie umarła, ale śpi. I wyśmiewali się z Niego. Kiedy usunięto tłum, wszedł do wnętrza, ujął ją za rękę i dziewczynka wstała. A wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej ziemi.
Mat. 9,18-19.23-26 BP

Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła". Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd Go ściskali. (...) Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: "Nie bój się, wierz tylko". I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań. Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.
Mar. 5,22-24.35-43 BT

Gdy zaś Jezus wracał, przywitał go tłum, wszyscy bowiem oczekiwali go. A oto przyszedł mąż, który miał na imię Jair i był przełożonym synagogi. Padłszy u stóp Jezusa prosił go, by wszedł do jego domu, bo miał córkę jedynaczkę, mającą jakieś dwanaście lat, a ta umierała. Gdy zaś poszedł, tłumy go dusiły. (...) Jeszcze gdy mówił, przychodzi ktoś od przełożonego synagogi, mówiąc: Umarła twa córka, już nie trudź nauczyciela. Jezus zaś usłyszawszy odpowiedział mu: Nie bój się, jedynie wierz, a będzie uratowana. Przyszedłszy do domu nie dozwolił nikomu wejść z nim, tylko Piotrowi, Janowi i Jakubowi oraz ojcu dziewczynki i matce. Płakali zaś wszyscy i tłukli się w piersi z jej powodu. On zaś rzekł: Nie płaczcie, bowiem nie umarła, ale śpi. I wyśmiewali go, wiedząc, że umarła. On zaś chwyciwszy jej rękę zawołał: Dziewczynko, podnieś się. I powrócił jej oddech i od razu chodziła; i zarządził, by jej dać jeść. I zdumieli się jej rodzice. On zaś przykazał im, żeby nikomu nie mówili, co się stało. 
Łuk. 8,40-42.49-56 NPP

Historia kolejnego zmartwychwstania. Po Łazarzu, młodzieńcu odzyskanym z konduktu pogrzebowego, ta dziewczynka jest trzecią znaną mi ożywioną w ewangeliach. Łazarz był Jezusa przyjacielem, młodzieniec ani jego matka nawet nie prosili o to, tutaj natomiast Jezus był proszony o dokonanie cudu/znaku. Nie widzę więc tutaj żadnego wspólnego schematu, który można by zastosować i stwierdzić, że "Jezus uzdrawia, jeśli...". Nie. Jezus uzdrawia wtedy, kiedy chce. Aczkolwiek można Go prosić.

Chcąc uzdrawiać tak, jak Jezus to robił - może nie będziemy robić tego tak spektakularnie, jak On. Może nie każdy z nas. Może uda nam się być narzędziem Boga w takiej sytuacji raz czy dwa razy w życiu, tak jak Eliasz czy Elizeusz. Może więc, prosząc Boga o dar - czy też ducha - uzdrawiania, warto być przygotowanym, że będziemy użyci w tym kontekście tylko parę razy w naszym życiu.

[dalej - NIEPOSŁUSZNI NIEWIDOMI]
[poprzednio - KOBIETA Z INICJATYWĄ WŁASNĄ]
[do początku tej serii]






niedziela, 27 maja 2018

Kobieta z inicjatywą własną

Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Jezus obrócił się i, widząc ją, rzekł: "Ufaj, córko; twoja wiara cię ocaliła". I od tej chwili kobieta była zdrowa.
Mat. 9,20-22 BT

A kobieta z upływem krwi [trwającym] przez dwanaście lat, która wiele wycierpiała przez licznych lekarzy, wydała wszystko, co miała, a nic jej nie pomogło, a raczej się pogorszyło; [ta] usłyszawszy o Jezusie, podszedłszy w tłumie z tyłu dotknęła jego płaszcza. Mówiła bowiem: Jeśli dotknę choć jego płaszcza, będę uratowana. Zaraz się wysuszyło źródło jej krwi i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z tej plagi. A Jezus zaraz poznawszy w sobie, że moc z niego wyszła, zawróciwszy w tłumie mówi: Kto dotknął mego płaszcza? I mówili mu jego uczniowie: Widzisz tłum ściskających się i mówisz: "Kto mnie dotknął"? I rozglądał się, żeby zobaczyć tę, która to uczyniła. Kobieta zaś przestraszona i drżąca, wiedząc, co się z nią stało, przyszła, przypadła do niego i opowiedziała mu całą prawdę. On zaś rzekł jej: Córko, wiara twa cię uratowała. Odejdź w pokoju i bądź zdrowa od swej plagi. 
Mar. 5,25-34 NPP

A kobieta, która od lat dwunastu cierpiała na krwotok i cały swój majątek wydała na lekarzy, a żaden jej nie mógł uleczyć, podeszła z tyłu i dotknęła kraju Jego płaszcza. I natychmiast ustał krwotok. A Jezus zapytał: Kto Mnie dotknął? A że wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: Nauczycielu, tłumy się tłoczą wokół Ciebie i popychają Cię! Ale Jezus rzekł: Ktoś Mnie dotknął, bo poczułem moc ze Mnie wychodzącą. Kiedy kobieta spostrzegła, że się nie ukryje, przyszła z drżeniem i przypadłszy do Niego wyznała wobec całego ludu, z jakiego powodu Go dotknęła i że natychmiast została uzdrowiona. On zaś jej powiedział: Córko, wiara twoja cię zbawiła. Idź w pokoju!
Łuk. 8,43-48 BP

To, co tutaj z kolei widać, to kobieta nie tylko z determinacją, ale i z inicjatywą własną. Wykorzystała okazję, że Jezus był w drodze dokądś, otoczony tłumami, przebiła się przez ten tłum, chcąc znaleźć się bliżej i bliżej Jezusa, byle tylko dotknąć Jego ubrania. Nawet nie żeby prosić Go o uzdrowienie, nawet nie żeby uzyskać na jakikolwiek moment Jego uwagę, ale tylko po to, żeby dotknąć Jego ubrania. I to wszystko.

Drugą rzeczą, którą można tutaj dostrzec: ta kobieta była gotowa przyznać się do tego, co zrobiła. Nie ukrywała się, nie starała się oddalić niezauważona, ale przyznała się Jezusowi do tego, co zrobiła, co jej się stało. Czyli to, co tutaj rozumiem: celem ewangelii jest opowiadanie, co Bóg dla nas zrobił, tak by inni ludzie też o tym się dowiedzieli, by mieli okazję uwierzyć. Ta kobieta gotowa była to robić, dlatego nie było problemem, żeby została uzdrowiona ot tak, od samego dotknięcia. A że Jezus o tym nie wiedział i odbyło się to bez Jego świadomości? Myślę, że skoro moc Jezusa pochodziła od Boga, to Bóg wiedział i na to pozwolił. Myślę też, że skoro Jezus był tak blisko z Bogiem, jak to normalny syn z normalnym ojcem jest, to Jezus mógł wiedzieć, że to nastąpi. A pytał, by dać okazję tej kobiecie do dobrowolnego przyznania się. Można przeczytać nie raz w ewangeliach, że Jezus takie rzeczy stosował.

Kolejna rzecz, którą tutaj widzę: Jezus czuł tę moc uzdrawiania w sobie. W jakiś sposób. Czuł też, kiedy ta moc była w użyciu. Jest to dla mnie bardzo interesujące. Interesujące też jest dla mnie, jak wielkie pokłady tej mocy były, jakie zapasy, i jak bardzo wyczerpujące za każdym razem musiało takie użycie być.

[poprzednio - TEN OD DZIURY W DACHU]






sobota, 26 maja 2018

Ten od dziury w dachu

[Jezus] wsiadłszy do łodzi przeprawił się [na drugi brzeg] i przyszedł do swojego miasta. I przynieśli Mu sparaliżowanego, który leżał na noszach. Jezus, widząc ich wiarę, powiedział sparaliżowanemu: Ufaj, synu, twoje grzechy są odpuszczone. Wtedy niektórzy nauczyciele Pisma pomyśleli sobie: On bluźni. A Jezus, przejrzawszy ich myśli, powiedział: Dlaczego wyciągacie złe wnioski? Cóż łatwiej powiedzieć: Twoje grzechy są odpuszczone, czy też: Wstań i chodź? Ale abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi - zwrócił się do sparaliżowanego: Wstań, weź swoje nosze i idź do domu. A on wstał i poszedł do swego domu. A tłumy, które to widziały, z bojaźnią wielbiły Boga dającego ludziom taką władzę.
Mat. 9,1-8 BP

Po pewnym czasie przyszedł znowu do Kafarnaum. I usłyszano, że jest w domu. I zebrało się tak wielu [ludzi], że już nie było miejsca nawet przed drzwiami. A On ich nauczał. I przychodzą do Niego, niosąc sparaliżowanego. Dźwigało go czterech. Nie mogąc dojść do Niego z powodu ciżby, rozebrali dach nad miejscem, gdzie znajdował się [Jezus]. I przez otwór który zrobili, spuścili nosze ze sparaliżowanym. A Jezus, widząc ich wiarę, mówi sparaliżowanemu: Synu, twoje grzechy są odpuszczone! A siedzieli tam niektórzy nauczyciele Pisma i zastanawiali się: Dlaczego On tak mówi? Bluźni! Któż oprócz Boga może odpuszczać grzechy? A Jezus zaraz poznał w swoim duchu, że oni tak myślą, i mówi im: Dlaczego tak myślicie? Co jest łatwiej: czy powiedzieć sparaliżowanemu: Twoje grzechy są odpuszczone, czy też: Wstań, weź twoje nosze i chodź? Ale abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi - powiada sparaliżowanemu - mówię ci: Wstań, weź nosze i idź do domu! I wstał, i zaraz, wziąwszy nosze, wyszedł na oczach wszystkich, tak że wszyscy się bardzo dziwili i wielbili Boga, mówiąc: Nigdyśmy czegoś takiego nie widzieli.
Mar. 2,1-12 BP

Któregoś dnia nauczał w obecności faryzeuszy i nauczycieli Pisma, którzy przybyli ze wszystkich miejscowości galilejskich i z Judei, i z Jeruzalem. A Pan miał moc uzdrawiania ich. W pewnej chwili mężczyźni, dźwigając na noszach sparaliżowanego, próbowali go wnieść i położyć przed Jezusem. A nie wiedząc, jak się z nim przedostać przez tłum, weszli na dach i przez dach spuścili go z noszami do środka przed Jezusa. On, widząc ich wiarę, rzekł: Człowieku, twoje grzechy są odpuszczone. Nauczyciele Pisma i faryzeusze zaczęli się zastanawiać: Kimże jest ten bluźnierca? Czyż oprócz Boga może ktoś odpuszczać grzechy? Jezus zaś, poznawszy ich myśli, rzekł do nich: Nad czym się zastanawiacie? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Twoje grzechy są odpuszczone, czy: Wstań i chodź? Ale byście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi - powiedział do sparaliżowanego: - Mówię ci, wstań, weź nosze i idź do domu! I zaraz na ich oczach wstał, wziął nosze, na których leżał, i poszedł do domu, chwaląc Boga. A wszystkich ogarnęło zdumienie i chwalili Boga, i pełni bojaźni mówili: Widzieliśmy dziś rzeczy niewiarygodne!
Łuk. 5,17-26 BP

Tę historię opisałem już w poście [UZDROWIENIE SPARALIŻOWANEGO, KTÓRY NIE PYTAŁ]. Tam skupiłem się na tym, jak duże było przekonanie o tym, że jak bardzo ilość czy też "ciężkość" grzechów wpływały na stopień zaawansowania choroby w rozumieniu tamtejszej kultury. I choć dotyczy to właściwie religii żydowskiej tamtych czasów, to ślady takiego rozumowania możemy znaleźć także i w naszej kulturze: "dobrze mu tak", "ma na co zasłużył" - wypowiadane w kontekście "kary boskiej". Nadmieniłem tam też związek uzdrawiania z przebaczaniem i uzdrawiania wobec wiary wierzących przyjaciół.

Jest tutaj jednak jeszcze coś. Po przeczytaniu tej historii dzisiaj pomyślałem sobie, jaka to też choroba spowodowała, że ów człowiek był sparaliżowany. I czy był to faktyczny, fizyczny paraliż, czy paraliż psychiczny. Coś jak w sytuacji, gdy ktoś obaczony jest zbyt dużą ilością problemów - nagle przestaje sobie radzić, przestaje je przetwarzać, przestaje jakby walczyć z życie, a zaczyna być bierny. Czasem kładąc się do łóżka, zostając obłożnie chorym, choć właściwie symptomów żadnych odnośnie żadnej choroby nie ma, ale poddanie się, położenie się do łóżka powoduje, że człowiek chce tylko spać, nie ma siły ani chęci na uczynienie jakiegokolwiek wysiłku. Bo problemów nazbierało się tyle, że nie wiadomo od czego zacząć, a przedsięwzięte do tej pory kroki, mimo pochłoniętej sporej energii, nie rozwiązały absolutnie nic.

Wbrew pozorom, choć brzmi to nieco skomplikowanie i bardzo smutno, bardzo ponuro, bardzo bezsilnie - zdarza się to całkiem często, tyle że nie zawsze kończy się takim psychicznym paraliżem, ale często też i frustracją, bezsilnością, a ostatecznie - kompletnym zaprzestaniem zwracania uwagi na nasz stosunek do innych ludzi.

Tutaj - zastanawiam się, jak bardzo ów sparaliżowany musiał być bezsilny, skoro nie wykazał żadnej inicjatywy wobec Jezusa. Jak bardzo musiał być psychicznie czymś - może poczuciem winy - obciążony, skoro Jezus, zamiast uzdrowić go w normalny sposób, jak to sobie wielu wyobraża, poprzez "magiczne" dotknięcie ręki albo coś w tym rodzaju, z miejsca po prostu powiedział mu, że jego grzechy są mu odpuszczone. I co więcej - to podziałało! Jezus tylko powiedział mu, żeby zabrał swoje nosze czy też materac, na czymkolwiek on tam został przyniesiony, i żeby poszedł, a on zabrał to i poszedł!

I tak naprawdę to wygląda na to, że ów człowiek niqe wypowiedział żadnego słowa do Jezusa. Ani że chciał, ani że dziękuje. Podobnie jak z tamtą kobietą, która właśnie miała grzebać swojego syna. Jezus po prostu zrobił to, bo widział, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy. W tym przypadku także - bo byli przyjaciele, którzy chcieli, żeby Jezus pomógł.

[dalej - KOBIETA Z INICJATYWĄ WŁASNĄ]
[poprzednio - ZDETERMINOWANY OPĘTANY Z GERAZY]
[do początku tej serii]