poniedziałek, 21 maja 2018

Zdeterminowany opętany z Gerazy

Przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już nikt związać. Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i krzyczał wniebogłosy: "Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie". Powiedział mu bowiem: "Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka". I zapytał go: "Jak ci na imię?" Odpowiedział Mu: "Na imię mi "legion", bo nas jest wielu". I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosili Go więc: "Poślij nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli". I pozwolił im. Tak duchy nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach, a ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie "legion", jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: "Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą". Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił, a wszyscy się dziwili.
Mar. 5,1-20 BT

Jest to bardzo interesująca historia, zawiera wiele aspektów.

Po pierwsze - ów człowiek opętany, miał w sobie potężną siłę. Czy był on zbudowany jak Pudzian, czy tyle w nim było energii, tyle zdeterminowania, żeby był zdolny się spiąć i rozerwać żelazne łańcuchy, czy może uzyskał tę siłę w wyniku demonów?

Po drugie - owo tłuczenie się kamieniami. Albo ów człowiek był świadom, co się z nim dzieje, i chciał unicestwić to coś, co działo się z nim w środku - to by świadczyło, jak bardzo się z tym nie zgadzał się i jak bardzo bezwolny był wobec tych demonów, i jak wielką miał determinację, by to jednak zmienić, by je w jakiś sposób z siebie wykurzyć; albo był on całkowicie nieświadomy, a tłuczenie się kamieniami było spowodowane przez demony, tylko po to, by zniszczyć kolejnego człowieka, który był obrazem Boga.

Dlaczego akurat on, a nie inni? Może inni nie mieli w sobie tyle determinacji, tyle samozaparcia, a ten miał, dlatego go tak demony obległy, żeby go całkowicie ubezwłasnowolnić.

Po trzecie - świadomy czy nieświadomy, przybiegł do Jezusa. Nie nosząc żadnej odzieży, wciąż kalecząc się kamieniami, oraz ze śladami po rozerwanych łańcuchach - musiał wyglądać jak ktoś, kto właśnie przeżył wybuch bomby szrapnelowej. To, że przybiegł do Niego, świadczy wg mnie o tym, jak bardzo był zdeterminowany, i jak bardzo marzył o uwolnieniu. Z tym że na tym się jego świadomość chyba skończyła, bo potem Jezus rozmawiał już tylko z demonem, który przemawiał przez tego człowieka. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że przybiegł on do Jezusa sam, z własnej inicjatywy, a potem prosił: nie dręcz mnie? I ten dalszy ciąg rozmowy: Na imię mi Legion, bo jest nas wielu. Rozdwojenie jaźni? Roztysięcznienie? Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości? Przy tym ostatnim poszczególne osobowości na ogół nie wiedzą o wzajemnym istnieniu, więc to raczej odpada.

Po czwarte - I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. Czy był jakiś powód, dla którego akurat ta okolica był szczególnie cenna dla demonów? Jak się później okazuje, gdy miejscowi poprosili Jezusa, by ich opuścił, bo zostali przerażeni stratą dwóch tysięcy świń - zamiast cieszyć się odzyskaniem jednego człowieka - być może. Być może ta okolica była dobrym gruntem na działalność demonów, bo ludzie byli wystarczający egoistyczni. Choć z drugiej strony - jak dzisiaj my zachowalibyśmy się w tej sytuacji?...

Po piąte - wyszły demony z jednego człowieka, weszły w dwutysięczne stado świń i WSZYSTKIE rzuciły się ze zbocza! Czy było w tym człowieku dwa tysiące demonów??? Czy jest to możliwe? Czy może miało tutaj miejsce zjawisko znane w świecie zwierząt, że gdzie podąży przodownik stada, tam podąży i reszta?

Zresztą nie tylko w świecie zwierząt się tak dzieje. Jeśli popatrzeć na to, co dzieje się z tłumami, to wielokrotnie mamy okazję się przekonać, że gdzie wiatr zawieje, tam tłum ludzi pójdzie. Bez rozumienia, bez osobistego rozkminiania czy to ma sens czy nie. Zupełnie jak te świnie. Albo jak jakieś owce.

Po szóste - czasami Jezus mówił swoim uzdrowionym, by tylko poszli do świątyni, dopełnili rytuału oczyszczenia, by być w zgodzie z obowiązującymi tam przepisami, i nic więcej o uzdrowieniu nie opowiadali. Tutaj stało się odwrotnie: Jezus powiedział mu iść do domu i opowiadać. Skąd ta różnica? Prawdopodobnie Jezus wiedział, gdzie ewangelia, czyli opowiadanie dobrej nowiny, może się przyjąć, a gdzie nie. Tam, gdzie dobrze ugruntowane były tradycje żydowskie, mogło z tym być trochę ciężko, bo zawsze znalazł się ktoś dobrze wykształcony, który wytykał jakieś formalne błędy, które zupełnie nie szły w parze z misją Jezusa. Jeśli ktoś skupiał się za bardzo, żeby dopasować Jezusa do obowiązującego trendu - Jezus przeskakiwał to. Może właśnie dlatego łatwiej było mu wysyłać posłańców z ewangelią do prostych ludzi, którzy doceniali to, co On opowiadał o Bogu, zamiast skupiać się na porównywaniu Jego opowieści z obowiązującą tradycją, żeby wytykać Mu niedopasowanie do tradycji. Bo - jak to sam Jezus pewnego razu zauważył - lepiej jest nalać nowego wina do nowego bukłaka, niż do starego.

Nie chcę tutaj powiedzieć, że to zamyka drogę wykształconym ludziom do Jezusa. Był przecież Nikodem. Jednak wykształceni ludzie mają umysły wciąż otwarte na nowe możliwości i są świadomi własnych - mimo wszystko - niedoskonałości, to wtedy ta droga wciąż istnieje. Jeśli natomiast ktoś bazuje na swoim wykształceniu jako na "wiem wszystko i cokolwiek mi powiesz, ja wiem lepiej i zawsze znajdę błąd w twoim rozumowaniu" - raczej trudno się z taką osobą rozmawia...

Myślę więc, że owo zdeterminowanie mogę włączyć tutaj do warunków uzdrowienia. Wielu ludzi przychodzących do Jezusa walczyło z czymś przez lata, nie poddając się, aż dotarli i do Niego. Brak determinacji = brak działania = postawa typu: wszystko mi jedno, wszystko mi obojętne. Chyba. Choć i dla takich jest przecież nadzieja, o ile mają zdeterminowanych przyjaciół, jak ten co został opuszczony do Jezusa na noszach, przez dziurę w dachu.

Wersje tego samego tekstu z innych ewangelii:

I przypłynęli do kraju Gergezeńczyków, który leży naprzeciw Galilei. Gdy wyszedł na ląd, wybiegł Mu naprzeciw pewien człowiek, który był opętany przez złe duchy. Już od dłuższego czasu nie nosił ubrania i nie mieszkał w domu, lecz w grobach. Gdy ujrzał Jezusa, z krzykiem upadł przed Nim i zawołał: "Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Błagam Cię, nie dręcz mnie". Rozkazywał bowiem duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka. Bo już wiele razy porywał go, a choć wiązano go łańcuchami i trzymano w pętach, on rwał więzy, a zły duch pędził go na miejsca pustynne. A Jezus zapytał go: "Jak ci na imię?" On odpowiedział: "legion", bo wiele złych duchów weszło w niego. Te prosiły Jezusa, żeby im nie kazał odejść do czeluści. A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. Prosiły Go więc [złe duchy], żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła. Na widok tego, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach. Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, w jaki sposób opętany został uzdrowiony. Wtedy cała ludność okoliczna Gergezeńczyków prosiła Go, żeby odszedł od nich, ponieważ wielkim strachem byli przejęci. On więc wsiadł do łodzi i odpłynął z powrotem. Człowiek zaś, z którego wyszły złe duchy, prosił Go, żeby mógł zostać przy Nim. Lecz [Jezus] odprawił go słowami: "Wracaj do domu i opowiadaj wszystko, co Bóg uczynił z tobą". Poszedł więc i głosi! po całym mieście wszystko, co Jezus mu uczynił. (Łuk. 8,26-39 BT)

Gdy przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: "Czego chcesz od nas, , Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?" A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: "Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń". Rzekł do nich: "Idźcie". Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach. Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby odszedł z ich granic. (Mat. 8,28-34 BT)

c.d.n.
[poprzednio - WSKRZESZENIE ZMARŁEGO MŁODZIEŃCA]
[do początku tej serii]







czwartek, 10 maja 2018

Wskrzeszenie zmarłego młodzieńca

Potem poszedł do miasta zwanego Nain. Szli też z Nim uczniowie i wielki tłum. Kiedy zbliżył się do bramy miejskiej, wynoszono właśnie zmarłego, który był jedynym synem wdowy. I towarzyszył jej wielki tłum mieszkańców miasta. Gdy Pan ją zobaczył, ulitował się i powiedział: Nie płacz. I dotknął się mar. Niosący je zatrzymali się. On zaś powiedział: Młodzieńcze, mówię ci, wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić. I oddał go matce. Wszystkich ogarnął strach i wysławiali Boga, mówiąc: Prorok wielki zjawił się wśród nas. Oraz: Bóg spojrzał na swój lud. I wieść o tym rozeszła się po całej Judei i jej okolicach.
Łuk. 7,11-17 BP

Jest to pierwsza historia tutaj i - posługując się chronologią z Synopsy Czterech Ewangelii - pierwsza odkąd Jezus rozpoczął swoją misję, która opisuje wskrzeszenie zmarłego. Takie uzdrowienie jest spektakularne chyba w jeszcze większej mierze, niż uzdrowienie z choroby, jednak nie wnosi ona do mojego dociekania właściwie nic nowego: nie ma to ani słowa o tym, czy ten tłum ludzi wierzył czy nie, czy ta wdowa wierzyła czy nie. Ani Go ona prosiła o to, ani chciała. Chociaż właściwie logiczne jest, że każda normalna matka chciałaby, żeby jej syn był wciąż żywy. Nie ma też tutaj nic o samym tym młodzieńcu.

Jedyne, co się tutaj pojawia, to to, że po tym wydarzeniu cała okolica mówiła o tym. I w zasadzie nic w tym dziwnego: dzisiaj też rozniosłoby się to po facebooku, kwejku, joemonsterze, mediach traktujących się jako poważne czy jakichkolwiek innych platformach komunikacji. I nie tylko po całej okolicy, ale po całym internecie.

Sądząc po słowach, które tam padły: Wejrzał Bóg na swój lud (NPP) - musiało to wpłynąć może na "zwiększenie" wiary do Boga wśród ludzi. "Jedyna" korzyść. Chociaż właściwie ta właśnie jedyna, dla której Jezus to wszystko robił.

Inną jednak rzeczą, na którą zwróciłem tutaj uwagę, jest ciąg dalszy tej historii:

I wieść o tym rozeszła się po całej Judei i jej okolicach. A uczniowie Jana donieśli mu o tym wszystkim. Jan zaś, wezwawszy dwóch swoich uczniów, wysłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też mamy czekać na innego? Ludzie ci, przyszedłszy do Niego, powiedzieli: Jan Chrzciciel przysłał nas do Ciebie z zapytaniem: Czy to Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też mamy czekać na innego? Wtedy właśnie uwolnił [Jezus] wielu od chorób, od cierpień i od złych duchów i wielu ślepym przywrócił wzrok. I dał im taką odpowiedź: Powiedzcie Janowi, coście widzieli i słyszeli: "ślepi widzą", ludzie o bezwładnych nogach chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, "a ubogim głosi się dobrą nowinę" (Łuk. 7,17-22 BP).

Odpowiadając posłańcom od Jana Chrzciciela, Jezus odpowiedział m.in., że umarli zmartwychwstają. Martwi są podnoszeni, lub są wzbudzani - jak to jest określone wg PD. Jakkolwiek by tego zjawiska nie nazwać - Jezus sprawiał, że ci, którzy umarli, stawali się znowu żywi. "Umarli", bo Jezus użył tutaj liczby mnogiej. I nikt z Jego otoczenia temu nie zaprzeczył. Ten młodzieniec tutaj najwidoczniej nie był jedynym takim przypadkiem, jaki się do tej momentu zdarzył. Był on być może tylko przykładem tego, co Jezus potrafił, opisanym przez Łukasza. Jak to się stało, że tak mało tak spektakularnych wydarzeń zostało spisane przez ewangelistów?

[dalej - ZDETERMINOWANY OPĘTANY Z GERAZY]
[poprzednio - SETNIK MYŚLĄCY KONSEKWENTNIE]
[do początku tej serii] 






wtorek, 1 maja 2018

Setnik myślący konsekwentnie

Kiedy już to wszystko powiedział ludowi, wszedł do Kafarnaum. Tam sługa pewnego setnika chorował i był już umierający. Setnik bardzo go cenił. Słysząc o Jezusie, posłał do niego starszyznę żydowską z prośbą, aby uzdrowił jego sługę. Oni, stanąwszy przed Jezusem, prosili Go bardzo: Zasłużył sobie na to, abyś mu pomógł: Kocha nasz naród, to on właśnie zbudował nam synagogę. Jezus wyruszył więc razem z nimi. Ale kiedy był już blisko domu, setnik wysłał przyjaciół, mówiąc: Nie trudź się, Panie, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod mój dach. Nie czułem się też godny prosić Cię osobiście. Lecz wydaj tylko rozkaz, a mój sługa wyzdrowieje. Bo i ja mam władzę nad sobą, mam też żołnierzy pod sobą i mówię temu: Idź, a on idzie; a drugiemu: Przyjdź, to przychodzi, a słudze: Zrób to, a robi. Kiedy Jezus to usłyszał, pełen podziwu dla niego zwrócił się do tłumu, który szedł za Nim, i rzekł: Powiadam wam: nawet w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Wysłańcy powróciwszy do domu zastali sługę zdrowego.
Łuk. 7,1-10 BP

A kiedy wszedł do Kafarnaum, podszedł do Niego setnik i prosił Go: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. I mówi mu [Jezus]: Przyjdę go uzdrowić. A setnik powiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod mój dach. Ale wydaj tylko rozkaz, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo i ja mam władzę nad sobą. Mam też pod sobą żołnierzy i mówię temu: Idź - to idzie, a innemu: Przyjdź - to przychodzi, a słudze: Zrób to - a robi. Kiedy Jezus to usłyszał, zdumiał się i powiedział do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam, nie znalazłem tak wielkiej wiary w Izraelu. (...) A setnikowi Jezus powiedział: Idź, niech ci się stanie tak, jak uwierzyłeś. I w tejże chwili sługa został uzdrowiony.
Mat. 8,5-10.13 BP

Przyszedł więc Jezus ponownie do Kany Galilejskiej, gdzie przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum był pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, poszedł do Niego i prosił, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, bo już konał. A Jezus powiedział do niego: Jeśli nie ujrzycie znaków i cudów, to nie uwierzycie! Mówi do Niego urzędnik królewski: Panie, przyjdź, zanim moje dziecko umrze. Mówi mu Jezus: Idź, twój syn żyje. Ów człowiek uwierzył słowu, które Jezus powiedział, i poszedł. Kiedy był jeszcze w drodze, słudzy jego wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że jego syn żyje. Zapytał się więc, o której godzinie mu się polepszyło. Powiedzieli mu: Wczoraj o siódmej godzinie opuściła go gorączka. Ojciec więc uświadomił sobie, że była to godzina, w której Jezus powiedział mu: Twój syn żyje. I uwierzył on, i cały jego dom.
Jan 4,46-53 BP

Czasem czyta się pewne fragmenty Biblii tak ot, z rozpędu. Czasem tkwi się w swojej religii, swoich wierzeniach, ot tak, z tradycji, z przyzwyczajenia. Kiedy jednak człowiek zaczyna zadawać sobie pytania, jak to właściwie wszystko działa, często dochodzi się do zaskakujących odkryć.

Jak cały ten blog tutaj dla mnie.

W tej sytuacji gdzieś tam był jakiś setnik, centurion, dowódca oddziału armii rzymskiej składającego się ze stu osób. Centurionami stali się najbardziej doświadczeni i zasłużeni żołnierze. To centurion był bezpośrednim dowódcą żołnierzy walczących w danym miejscu, i to centurion był tam razem z nimi. Był kimś z jednej strony - żołnierzem jak wszyscy inni, a z drugiej - zaufanym dowódcy, przedłużeniem jego rozkazów, jego myśli, jego planów.

Coś jak zastępca szefa kuchni.

Centurionem więc - jak rozumiem - stawał się ktoś, kto potrafi logicznie rozumować. Tutaj centurionem był człowiek, który - być może nie wiedząc, jak postrzegać Jezusa, wytłumaczył to sobie w postaci bardzo prostej analogii: on jest dowódcą nad szeregowymi żołnierzami, i co on powie, to żołnierz musi zrobić. Takim samym dowódcą nad demonami powodującymi choroby - w jego mniemaniu - musiał być Jezus. Proste i logiczne.

Konsekwentnie do swojego sposobu myślenia ów centurion nie wymagał jakichś tajemniczych rytuałów, które miałyby uzdrowić jednego z jego ludzi. Nie wymagał przyjścia, wyszeptania modlitwy, dotknięcia ręką, posmarowania błotem oczu - chciał tylko, by Jezus wypowiedział rozkaz. Rozkaz dla niego to była rzecz święta - musiał zostać wysłuchany.

Taka konsekwencja w myśleniu to jest wg mnie to, co Bóg określa jako "bycie szczerym człowiekiem". Bo taki człowiek tak, jak myśli, tak i postępuje. Zamiast dostosowywać się do trendów niewiadomego pochodzenia, zwyczajów, których powodów ciężko się doszukać, czy tradycji, o których wiadomo, że pochodzą z zupełnie innego źródła - człowiek taki dochodzi do własnych wniosków, tłumaczy działanie świata na sobie dostępny sposób, i według tego żyje, wierzy, postępuje.

I według tego właśnie Bóg widzi, czy postępujemy zgodnie z naszym sercem, czy może bardziej stawiamy na dostosowanie się do ogółu, nawet jeśli jest to sprzeczne z tym, co wierzymy.

[dalej - WSKRZESZENIE ZMARŁEGO MŁODZIEŃCA]
[poprzednio - JEZUS CHCE]
[do początku tej serii]






sobota, 28 kwietnia 2018

Mojżesz podczas dwunastu plag

Bóg kontynuował swoją misję, przypominanie przymierza z protoplastami Izraelitów, przekonywał Mojżesza. Ten poszedł i opowiedział wszystko swoim rodakom, ale ci, z powodu dużego obciążenia pracą, nawet nie chcieli go słuchać. Bóg wysłał więc Mojżesza do faraona, żeby przekonywać faraona do wypuszczenia Izraelitów z Egiptu. Mojżesz jednak stawiał opór: Mojżesz zwrócił się wtedy do Jahwe tymi słowy: Oto [nawet] Izraelici nie słuchają mnie, jakże więc faraon ma mnie usłuchać przy mojej trudnej wymowie? (Wyj. 6,12 BP).

Ciągle wracał ten sam problem. I ciągle Bóg miał to samo rozwiązanie: Ale Jahwe rzekł do Mojżesza: Uważaj! Ja ustanawiam cię [jakby] Bogiem dla faraona, natomiast brat twój Aaron będzie twoim prorokiem. Ty masz mu powtórzyć wszystko, co Ja ci poleciłem, a twój brat Aaron ma przemawiać do faraona, aby wypuścił synów Izraela ze swego kraju (Wyj. 7,1-2 BP).

Z drugiej strony Bóg ciągle powtarzał Mojżeszowi: Ja jednak sprawię, że faraon pozostanie nieugięty, będę więc mnożył znaki i dziwy w ziemi egipskiej. Faraon wprawdzie nie będzie chciał was słuchać, lecz Ja położę rękę na Egipcie i przez surowe wyroki wywiodę z Egiptu moje zastępy, mój lud, synów Izraela. Egipcjanie poznają, że to Ja jestem Jahwe, gdy wyciągnę rękę nad Egiptem i wywiodę spomiędzy nich synów Izraela (Wyj. 7,3-5 BP).

Po co Bóg podtrzymywał twierdzenie, że będzie ciągle sprawiał, że faraon będzie stawiał opór? Być może miał taki sam cel, jak ten, który lata później nakreślił Jezus w tej historii: [Jezus] przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: "Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy — on czy jego rodzice?" Jezus odpowiedział: "Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy/dzieła Boże" (Jan 9,1-3 BT).

Faraon oczywiście się nie zgodził, toteż Bóg polecił Mojżeszowi w końcu działać. Mojżesz wyszedł nad brzeg Nilu, uderzył swoją laską powierzchnię wody, po czym woda zamieniła się w krew. Wyginęły wszystkie ryby, woda stała się niezdatna do picia, a smród od tej wody musiał unosić się wszędzie. Jakiego rodzaju to smród - możemy sobie wyobrazić, jeśli staniemy gdzieś w okolicach jakiejś rzeźni.

Dla człowieka starożytnego, z umysłem pełnym magii i strachu przed klątwami, to musiała być poważna rzecz. Ale jednak na faraona nie podziałała, bo: Tego samego dokonali jednak wróżbiarze egipscy swoimi tajemnymi sztukami (Wyj. 7,22 BP).

Tydzień później Mojżesz z Aaronem sprowadzili żaby, mnóstwo żab. Tego samego jednak dokonali egipscy magicy, więc nie był to żaden powód dla faraona, że izraelski Bóg miałby być kimś więcej. Taka ilość żab była już jednak dla faraona na tyle upierdliwa, że prosił Mojżesza o "anulowanie czaru", a w zamian pozwoli im iść.

Potem jednak się rozmyślił.

Potem nadszedł czas na komary (ten wyczyn był już nieosiągalny dla owych nadwornych magików), muchy (bąki w BP), przy czym muchy te miały zaatakować wszystko, poza rejonami, gdzie mieszkali Izraelici. Tak, żeby było widoczne, kogo Bóg faworyzuje. Dalej nastąpiły plaga śmierci dla wszystkich zwierząt hodowlanych, wszystkich za wyjątkiem tych izraelskich. Tutaj zastanawia mnie fakt, czy ta plaga śmierci nie była raczej wykorzystaniem przez Boga naturalnego faktu konsekwencji pozostałych po ugryzieniu owej muchy, bąka, czy nawet tse-tse - cokolwiek by to nie było. Nie sądzę, żeby ówcześni ludzie mogli powiązać ten fakt, raczej częściej obciążyli by za to jakiegoś nieprzychylnego Boga, i możliwe, że to właśnie wykorzystał Bóg tutaj - pokazać ludziom swoją realność, że to naprawdę działa. Skoro Mojżesz miał powiedzieć, że taka plaga nastąpi, bo tak mówi mu jego Bóg, a taka plaga nastąpiła, i tak dwanaście razy z rzędu Mojżesz latał do faraona, by mu opowiadać o każdej kolejnej pladze, to nie było dla faraona innej opcji jak tylko uznać, że ten Bóg to naprawdę ma moc.

Potem nastąpiła plaga wrzodów, gradu, szarańczy, ciemności, aż na końcu - śmierci każdego najstarszego syna w każdej rodzinie.

Te wszystkie znaki/cuda dawane faraonowi, żeby ten uznał Boga za wyższy autorytet (w Egipcie to faraon był ucieleśnieniem Boga), znane są aż do dziś jako dwanaście plag. Nie byłoby tych historii, gdyby faraon nie był tak uparty, i gdyby Mojżesz - pomimo swoich wielu wątpliwości - nie zgodził się chodzić za każdym razem do faraona, żeby ten wypuścił jego lud z kraju. Dwanaście razy! Musiał być Mojżesz również uparty. I dwanaście też razy latał Mojżesz do faraona razem z Aaronem, więc jego wymowa tutaj nie stanowiła żadnego problemu.

c.d.n.
[dalej - TRUDNE POCZĄTKI]
[do początku]






sobota, 21 kwietnia 2018

Trudne początki

Potem Mojżesz spotkał się z Aaronem, opowiedział mu o wszystkim, po czym poszli razem i Aaron ogłosił to wszystko Hebrajczykom (Wyj. 4,27-31). Izraelitom spodobało się to i uczcili Boga.

Jednak pierwsza wizyta u faraona sukcesem bynajmniej nie była:

Potem Mojżesz i Aaron udali się do faraona i rzekli: Tak mówi Jahwe, Bóg Izraela: "Puść mój lud, aby mnie uczcili świętem na pustyni". Ale faraon odpowiedział: Kim jest Jahwe, ażebym miał głosu jego słuchać i wypuścić Izraela? Nie znam Jahwe ani Izraela też nie wypuszczę! Wtedy oni odpowiedzieli: Bóg Hebrajczyków ukazał się nam. Pragniemy odbyć trzydniowy marsz na pustynię i złożyć ofiary dla Jahwe, naszego Boga, by nas nie dotknął zarazą albo mieczem. Na to rzekł im król Egiptu: Dlaczego Mojżesz i Aaron odrywają ten lud od pracy? Idźcież do swojej roboty! I faraon dodał: Ten nędzny lud jest teraz tak liczny, a wy jeszcze chcecie odrywać go od roboty? Jeszcze tego samego dnia faraon wydał takie polecenie nadzorującym lud i pisarzom: Nie wydawajcie temu ludowi plew do wyrobu cegieł, jak to było dotychczas; niech sami idą i nazbierają sobie plew. Macie żądać od nich tej samej ilości cegieł, jaką wykonywali dotąd; nie umniejszajcie niczego, bo próżnują i dlatego wołają: "Chcemy iść, chcemy złożyć ofiary swemu Bogu".
Wyj. 5,1-8 BP

A tak pisarze izraelscy ujrzeli, iż znajdują się w żałosnym położeniu, skoro powiedziano: "Nie wolno wam umniejszać codziennej liczby cegieł". Gdy więc spotkali Mojżesza i Aarona, oczekujących na ich wyjście od faraona, powiedzieli do nich: Niech Jahwe was przejrzy i osądzi za to, że zepsuliście nasze dobre imię u faraona i jego dworzan, dając im miecz do ręki, by nas mordowali.
Wyj. 5,19-21 BP

Pierwsza wizyta u faraona zakończyła się nie tylko porażką, ale wręcz pogorszyła sytuację Izraelitów: wymagania wobec ich pracy zostały jeszcze bardziej zaostrzone. Z jednej strony efekt by więc przeciwny od zamierzonego, z drugiej strony - przecież dokładnie o takim efekcie Bóg informował Mojżesza: Jahwe rzekł do Mojżesza: "Gdy będziesz zbliżał się do Egiptu, pamiętaj o władzy czynienia wszelkich cudów, jaką ci dałem do ręki, i okaż ją przed faraonem. Ja zaś uczynię upartym jego serce, że nie zechce zezwolić na wyjście ludu (Wyj. 4,21 BT).

Jednym słowem: nawet jeśli Bóg obiecuje jakieś błogosławieństwa, to nie znaczy, że będzie lekko i przyjemnie. Józef spędził w więzieniu parę lat, zanim stał się zarządcą całego Egiptu. Uczniowie Jezusa musieli odczekać po Jego śmierci niemal dwa miesiące, zanim otrzymali Ducha Świętego, na którego tak czekali. Miesiące pełne wątpliwości, zagubienia, rozpaczy. Izraelitów tutaj, którym Bóg obiecał lepsze życie, najpierw przez 40 lat prowadzał po pustyni.

Inaczej: jeśli ktoś obiecuje jakichś specjalnych błogosławieństw, to musi liczyć się z tym, że początek może być jeszcze gorszy, niż by się tego ktokolwiek w ogóle spodziewał.

A mimo to, mimo tego, że Mojżesz teoretycznie wiedział, że lekko nie będzie, że faraon początkowo nie będzie chciał ich wypuścić, Mojżesz podłamał się: Wtedy Mojżesz zwrócił się do Jahwe i powiedział: "Panie, czemu zezwoliłeś wyrządzić zło temu ludowi? Czemu mnie wysłałeś? Wszak od tej chwili, gdy poszedłem do faraona, by przemawiać w Twoim imieniu, gorzej się obchodzi z tym ludem, a Ty nic nie czynisz dla wybawienia tego ludu" (Wyj. 5,22-23 BT).

Można więc gloryfikować Mojżesza, stawiać go za przykład przywódcy, ale trzeba mieć świadomość, że na początku był on człowiekiem z takimi samymi słabościami, jak my wszyscy.

[dalej - MOJŻESZ PODCZAS DWUNASTU PLAG]
[poprzednio - TRUDNA HISTORIA O PRÓBIE ZABICIA MOJŻESZA]
[do początku]







sobota, 7 kwietnia 2018

Trudna historia o próbie zabicia Mojżesza

A w drodze, podczas nocnego postoju, Jahwe rzucił się na Mojżesza i chciał go zabić...

Stop. Ta historia jest trudna, brzmi bezsensownie i absurdalnie. Najpierw Bóg wysyła Mojżesza z misją, a potem chce go zabić? Nic dziwnego, że mało kto czyta Stary Testament, skoro nie da się go zrozumieć, albo - co gorsza - taki właśnie obraz Boga się z niego wyłania.

Samemu nie rozumiawszy tej historii sięgnąłem nieco po inne źródła: fora pasjonatów i komentarze. I tak najczęściej zwraca się uwagę na to, że istnieje inna wersja tekstu, gdzie imię Mojżesza jako ofiary zajścia wcale nie występuje. Tekst w tej formie występuje w Biblii Warszawskiej:

W czasie drogi, na noclegu, natarł na niego Pan i chciał go zabić. Wtedy Sypora wzięła ostry kamień, odcięła napletek syna swego i dotknęła nim sromu Mojżesza, i rzekła: Jesteś mi oblubieńcem krwi. I zaniechał go. Wtedy ona rzekła: Oblubieńcem krwi przez obrzezanie.
Wyj. 4,24-26 BW

Wiele z nich sugeruje więc, że z racji, że jeden wiersz wcześniej Bóg mówił o pladze śmierci synów pierworodnych (tych najstarszych) w Egipcie: I powiesz do faraona: Tak mówi Pan: Moim synem pierworodnym jest Izrael. Mówię do ciebie: Wypuść syna mojego, aby mi służył. Jeśli będziesz się wzbraniał od wypuszczenia go, Ja zabiję twego syna pierworodnego (Wyj. 4,22-23 BW), toteż to wydarzenie, w kontynuacji tekstu, dotyczy najstarszego syna Mojżesza, który obrzezany nie był, a który według prawa obrzezany być powinien. Kontynuacja ta wydaje się dla nas być nieco pokrętna, ale pamiętajmy, że tekst ten został napisany ok. dwa i pół tysiąca lat temu, w zupełnie innej kulturze - zasady gramatyki i logiki są więc zupełnie inne, nie zawsze adekwatnie da się je przełożyć, zachowując jednocześnie wierność oryginałowi. A jeśli chodzi o logikę całokształtu - to tłumaczenie jest o wiele bardziej wiarygodne, niż to, że Bóg ni stąd ni zowąd chciał zabić Mojżesza. Bo pamiętajmy, że Biblię na język polski również przekładali zwykli ludzie, tacy jak my, po studiach, którzy studiowali zamiast ekonomii, geologii czy innej -ogii teologię, gdzie byli studentami dobrymi, ale czasami również popełniając błędy, czy stosując skróty myślowe, czasami być może zbyt duże. Nie każdy jest Barańczakiem. Gdzieś w detalach tłumaczenie może być nieadekwatne do faktycznego sensu i na dłuższą metę to zawsze wyjdzie. Tym bardziej wychodzi to wobec tak wielkich różnic pomiędzy naszymi kulturami, zwłaszcza pomiędzy naszym czasem a tamtym, sprzed paru tysięcy lat. Gdybyśmy rozmawiali o Słowianach sprzed tysiąca lat, to prawdopodobnie jeszcze więcej rzeczy z ich postępowania byłoby niejasnych.

Z drugiej strony wzmianka o sromie Mojżesza w tym tłumaczeniu brzmi co najmniej dziwnie...

Podobną wersję tekstu prezentuje również NKJV: And it came to pass on the way, at the encampment, that the Lord met him and sought to kill him. Jednak zarówno tutaj, jak i w pozostałych tłumaczeniach, Sypora przykłada ucięty napletek do nóg Mojżesza, nie do sromu.

Dlaczego obrzezanie miałoby ocalić życie syna Mojżesza? Dlaczego w ogóle nieobrzezanie miałoby powodem, dla którego Bóg chciałby go zabić? Najpopularniejsze wyjaśnienia mówią o tym, że obrzezany był sam Mojżesz, podobnie jak inni Izraelici urodzeni w Egipcie (Joz. 5,5), obrzezany został jeden z synów Mojżesza, ale drugi już nie. Sypora nie była Izraelitką, była Midianitką, mogło to mieć związek z brakiem obrzezania drugiego syna. Być może wyraziła sprzeciw, a Mojżesz, jako dobry mąż, uszanował to? Kto to wie... Tutaj jednak to ona sama go obrzezuje. Obrzezanie - zgodnie z wcześniejszymi zaleceniami Boga dla Izraelitów - było warunkiem bycia z Bogiem, przymierza z Bogiem. Było również warunkiem przystąpienia do paschy, która miała być jednym z elementów późniejszych plag egipskich. Mogło to być również wyrazem jej wiary wobec religii Mojżesza. Wiary, którą chce w nas cały czas widzieć nasz Bóg - to akurat nie zmieniło się od tysiącleci.

Inne wyjaśnienie mówi*, że faktycznie to Mojżesz zapadł na jakąś chorobę w trakcie początku tej misji, że Mojżesz nie był obrzezany (według Józefa Flawiusza Mojżesz wsławił się jako dowódca wojsk egipskich walce z wojskami etiopskimi, a nie mógłby zostać dowódcą, gdyby był obrzezany). Obrzezanie syna i ów "magiczny obrządek" Sypory mógł się wywodzić z jej midianickich zwyczajów, ale tak czy siak został on zaakceptowany przez Boga jako akt jej wiary. Posmarowanie nóg Mojżesza mogło się również wywodzić z innych zwyczajów izraelskich, których istnienie można dostrzec w Ks. Kapłańskiej 8,22-23, gdzie Mojżesz pomazał krwią baranka palec u nogi Aarona, swojego brata, podczas wprowadzania go w czynności kapłańskie.

Kolejne wyjaśnienie mówi, że na tę chorobę zapadł ów syn Mojżesza, nie sam Mojżesz. A że był tym pierwszym synem, pierworodnym, toteż w religii/kulturze żydowskiej był on szczególnie ważny, coś jak wzór, autorytet dla pozostałych, więc nie mógł pozostać nieobrzezany.

Tak czy siak - historia ta leży głęboko osadzona w hebrajskiej kulturze i trzeba naprawdę dużo kopać, żeby ją dobrze zrozumieć. Więcej można przeczytać pod podanym poniżej linkiem.


* - Źródło: http://biblia.webd.pl/forum/viewtopic.php?t=1962







niedziela, 1 kwietnia 2018

... a wyjaśnienia zostawia na później?

I odszedł Mojżesz, a powróciwszy do swego teścia Jetro rzekł do niego: Chciałbym pojechać i wrócić do moich braci, którzy są w Egipcie, aby zobaczyć, czy jeszcze żyją. Jetro odpowiedział Mojżeszowi: Jedź w pokoju! A Jahwe rzekł do Mojżesza w [ziemi] Midian: Jedź, wracaj do Egiptu, bo pomarli ci wszyscy, którzy nastawali na twoje życie. Mojżesz zabrał więc żonę i synów, powsadzał ich na osła i wyruszył z powrotem do ziemi egipskiej; do ręki wziął Mojżesz laskę Bożą. A Jahwe przemówił do Mojżesza: Udając się w drogę powrotną do Egiptu bacz, abyś te wszystkie dziwy, które ci dałem do ręki, ukazał wobec faraona. Ja zaś  sprawię, aby serce jego pozostało niewzruszone, tak iż nie będzie chciał puścić tego ludu. Powiesz wtedy faraonowi: Tak mówi Jahwe! Izrael jest moim pierworodnym synem, rozkazuję ci więc: Puść mego syna, by mi służył! Jeżeli będziesz się wzbraniał wypuścić go, Ja zabiję twojego pierworodnego syna.
Wyj. 4,18-23 BP

Rozmowa Mojżesza z Bogiem przy tamtym płonącym krzaku nie była jedyną ich rozmową. Jak się okazuje - później byli oni dalej w kontakcie. W kontakcie, o jakim dzisiaj tylko marzymy: bezpośrednia rozmowa z Bogiem, jasne wytyczne co do wskazanej misji.

Gdzieś po drodze Bóg wyjaśnił Mojżeszowi, że wszyscy ci, którzy chcieli go ukarać za owego zabitego Egipcjanina, już nie żyją. Cóż, czterdzieści lat zrobiło swoje. Nikt już nie pamięta o pojedynczym zajściu - jak by sobie to wyobrazić, jak dla nas: jak z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Tak więc ta obawa Mojżesza przed powrotem jest już nieaktualna.

I dalej Bóg wyjaśnia Mojżeszowi: co prawda wysyła go do faraona, ale to nie znaczy, że faraon zgodzi się na wszystko, co Mojżesz powie. Wręcz przeciwnie - nie zgodzi się na nic. A wszystko po to, by Bóg ukazał swoją moc, którą będą pamiętać wszyscy. I jak by nie patrzeć - taka strategia była na tyle słuszna, że pamiętamy owych dwanaście plag egipskich aż do dzisiaj. I to wszystko z powodu tego, że Mojżesz nie odmówił Bogu robienia rzeczy "bez sensu" - bo przecież jaki sens miało jego pójście do faraona i rozmowa z nim, skoro i tak z góry zostało założone, że faraon go nie wysłucha? Z perspektywy czasu widzimy, że ani Mojżesz, ani faraon nie byli tutaj głównymi postaciami tej historii, ale to sam Bóg, który postanowił posłużyć się jednym, który Go słuchał, i drugim, który ledwie miał pojęcie o Boga istnieniu, tylko po to, by ukazać swoją moc, o której ludzie już dawno zapomnieli. Bo fakt zarówno stworzenia świata jak i owego wielkiego potopu - rozmyły się już dawno gdzieś w odmętach historii, a te wszystkie przygody, których doświadczyli Abraham, Izaak i Jakub stały się niczym rodzinne legendy, również zarosłe kurzem. I jestem pewien, że Izraelici w tamtych czasach również zadawali sobie pytania typu: gdzie jest Bóg teraz, kiedy my tu kwitniemy w niewoli? Co z tymi wszystkimi cudami, których ciągle wysłuchujemy praktycznie co sabat, a dzisiaj nie dzieje się nic?

Wygląda więc na to, że Bóg wybiera czasy czy też momenty, w których chce "zasilić" pamięć o Jego mocy, zaktualizować ją.

A cokolwiek by Bóg nie postanowił, do czegokolwiek zrobienia by nas nie namawiał, to nawet jeśli to się wydaje bez sensu, ta historia pokazuje, że Bóg prędzej czy później wyjaśni nam to.

W tym całym świetle widzę to, że rzeczy, które są powodem naszych pytań dzisiaj, kiedyś zostaną wyjaśnione. Wystarczy tylko czekać.

[dalej - TRUDNA HISTORIA O PRÓBIE ZABICIA MOJŻESZA]
[poprzednio - BÓG MA GOTOWE ROZWIĄZANIA]
[do początku]





sobota, 31 marca 2018

Bóg ma gotowe rozwiązania

I dalej mówił Bóg do Mojżesza: Tak powiesz do synów Izraela: TEN, KTÓRY JEST, Bóg waszych ojców, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba posłał mnie do was. (...) Idź, zgromadź starszyznę Izraela i powiedz im: "Ukazał mi się Jahwe, Bóg waszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, i powiedział: Pilnie baczę na was i na to, co was spotyka w Egipcie. Dlatego postanowiłem: Wywiodę was z udręki egipskiej (...). Oni usłuchają twego głosu, a zatem ty i starszyzna izraelska pójdziecie do króla Egiptu i powiecie do niego: "Jahwe, Bóg Hebrajczyków, ukazał się nam. Teraz więc chcemy oddalić się o trzy dni drogi na pustynię i złożyć ofiarę swemu Bogu Jahwe". Wiem Ja, że król Egiptu nie pozwoli wam iść, jeśli nie zostanie [przymuszony] mocną ręką. Wyciągnę przeto rękę i dotknę Egipt wieloma niezwykłymi zjawiskami, które w nim dokonam. Dopiero potem was wypuści. Usposobię też życzliwie Egipcjan do tego ludu; a tak odchodząc, nie wyjdziecie z próżnymi rękoma. Każda kobieta wyprosi od swojej sąsiadki i od swojej gospodyni srebrne i złote ozdoby, a także szaty. Ubierzecie w to swoich synów i córki, i tak złupicie Egipt.
Wyj. 3,15-22 BP

Z jednej strony Bóg doskonale zna ludzi. Oczywiście. Każdego z nas stworzył, jest mądrzejszy i sprytniejszy niż ktokolwiek z nas, zna doskonale całą historię naszego życie, włącznie z myślami i zamiarami, tymi dokonanymi i tymi niedokonanymi. Zna więc każdego z nas lepiej niż ktokolwiek, ba, lepiej nawet, niż my sami, bo to, czego my w naszym własnym postępowaniu/zachowaniu/reakcjach nie możemy zrozumieć - On rozumie.

Tutaj Bóg przewiduje, że faraon się nie zgodzi na wypuszczenie Izraelitów z jego kraju. Oczywiście, dlaczego miałby się zgodzić? Wygląda na to, że dla niego była to wówczas najlepsza i najtańsza siła robocza. A plan budowania piramid był być może napięty na kolejne pięćdziesiąt lat...

Tyle że Bóg ma gotowe rozwiązanie odnośnie faraona: Wiem Ja, że król Egiptu nie pozwoli wam iść, jeśli nie zostanie [przymuszony] mocną ręką. Wyciągnę przeto rękę i dotknę Egipt wieloma niezwykłymi zjawiskami, które w nim dokonam. Dopiero potem was wypuści. Czyli jakkolwiek strasznie by ta misja nie wyglądała, Bóg miał gotowy plan na nią, i gotowe rozwiązania na możliwe do napotkania problemy. Wystarczyło tylko Go słuchać i trzymać się Jego planu.

Co dalej, Bóg zatroszczył się tutaj też o finanse Izraelitów. Nie wiem, być może nie dostawali oni należytego wynagrodzenia, może pracowali za grosze, albo zupełnie za darmo. A ponieważ według filozofii naszego Boga zasługuje robotnik na swą zapłatę (Łuk. 10,7), toteż zdradził Mojżeszowi kolejną cząstkę planu: Usposobię też życzliwie Egipcjan do tego ludu; a tak odchodząc, nie wyjdziecie z próżnymi rękoma. Każda kobieta wyprosi od swojej sąsiadki i od swojej gospodyni srebrne i złote ozdoby, a także szaty. Ubierzecie w to swoich synów i córki, i tak złupicie Egipt.

Mam pewne wątpliwości, czy takie rozwiązanie było do końca moralne. Pożyczone przecież należy oddawać. Chyba że ta pożyczana własność jest faktycznie zdobyta naszym kosztem, jest jakby zagrabiona z naszych zarobków... Tutaj jawi mi się sytuacja z naszego ZUS-u: x-dzieści lat odkładania do tej instytucji kwoty o wysokości przynajmniej połowy naszej pensji netto, a na koniec, jako emeryci, przez ostatnie 2-3, może 10 lat życia - otrzymujemy ochłapy, może połowę pensji, którą zarobilibyśmy normalnie. To jest grabież. Jeśli więc ktoś kiedyś opowie historię, że Bóg kazał mu wejść w dobre stosunki z ZUS-em, a potem poprosił ZUS o pożyczkę, i czuje się w porządku, gdy tej pożyczki nie odda - istnieje duże prawdopodobieństwo, że mu uwierzę....

Wracając do tematu. W ostatnim poście zostawiłem niedokończoną kwestię ostatniej wątpliwości Mojżesza w tym wezwaniu, które Bóg postawił przed nim. Mojżesz obawiał się, "bo kimże on przecież jest", że go starszyzna żydowska nie wysłucha, że faraon go nie posłucha, i że nie jest może jakoś specjalnie elokwentny czy wyrazisty w przemawianiu, może seplenił, mówił niewyraźnie...

I rzekł Mojżesz do Jahwe: "Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do twego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał". Jahwe zaś odrzekł: "Kto dał człowiekowi usta? Kto czyni go niemym albo głuchym, widzącym albo niewidomym, czyż nie Ja, Jahwe? Przeto idź, a Ja będę przy ustach twoich i pouczę cię, co masz mówić". Lecz Mojżesz rzekł: "Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego". I rozgniewał się Jahwe na Mojżesza, mówiąc: "Czyż nie masz brata twego Aarona, lewity? Wiem, że on ma łatwość przemawiania. Oto teraz wyszedł ci na spotkanie, a gdy cię ujrzy, szczerze się ucieszy. Ty będziesz mówił do niego i przekażesz te słowa w jego usta. Ja zaś będę przy ustach twoich i jego, i pouczę was, co winniście czynić. Zamiast ciebie on będzie mówić do ludu, on będzie dla ciebie ustami, a ty będziesz dla niego jakby Bogiem (Wyj. 4,10-16 BT).

Także i w tym momencie Bóg miał gotowe rozwiązanie. Nie stanowiło przeszkody na Boga, że Mojżesz miał jakąś wadę wymowy może. I też Bóg nie wybrał kogoś, kto potrafił mówić pięknie i porywiście. Ale po pierwsze: to cała reszta tego człowieka sprawiała, że Bóg go wybrał; a po drugie: nawet jeśli wada wymowy wydaje się być faktycznie nie do przeskoczenia w dotarciu do tłumów ludzi, to przecież Bóg - gdy On powołuje - mają gotową alternatywę, gotowe inne rozwiązanie problemu w zanadrzu. Naprawdę nie ma potrzeby się martwić.

W tym temacie chciałbym też pociągnąć jeszcze jeden cytat:

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mat. 6,25-34 BT).

Naprawdę nie ma potrzeby się martwić. Bóg ma gotowe rozwiązania.

[dalej - A WYJAŚNIENIA ZOSTAWIA NA PÓŹNIEJ?]
[poprzednio - WEZWANIE BOGA. I WĄTPLIWOŚCI MOJŻESZA.]
[do początku]






piątek, 30 marca 2018

Wezwanie Boga. I wątpliwości Mojżesza.

Ruszaj więc teraz! Wyślę cię do faraona, a ty wyprowadź z Egiptu mój lud, synów Izraela. Wtedy Mojżesz rzekł do Boga: Kim to ja jestem, żebym miał iść do faraona i wyprowadzić z Egiptu synów Izraela? [Bóg] odrzekł: Ja będę przecież z tobą! (...) A Mojżesz rzekł do Boga: Jeśli zatem udam się do synów Izraela i powiem im: "Bóg waszych ojców przysłał mnie do was", a oni mnie zapytają: "Jakie jest Jego imię?" - co mam im odpowiedzieć? Bóg odrzekł Mojżeszowi: JESTEM, KTÓRY JESTEM! I dodał: Tak odpowiesz synom Izraela: "JESTEM przysłał mnie do was". I dalej mówił Bóg do Mojżesza: Tak powiesz do synów Izraela: TEN, KTÓRY JEST, Bóg waszych ojców, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba posłał mnie do was. Takie ma być moje Imię na zawsze, takie upamiętnienie mojej [Osoby] z pokolenia w pokolenie. Idź, zgromadź starszyznę Izraela i powiedz im: "Ukazał mi się Jahwe, Bóg waszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, i powiedział: Pilnie baczę na was i na to, co was spotyka w Egipcie. Dlatego postanowiłem: Wywiodę was z udręki egipskiej do ziemi Kanaanitów (...), do ziemi mlekiem i miodem płynącej". 
Wyj. 3,10-17 BP

Bóg powołał Mojżesza. Ale jeśli komuś się wydaje, że takie powołanie to taka prosta sprawa, to nawet na przykładzie Mojżesza, jednego z największych przywódców wszechczasów chyba, widać, że tak nie jest. Bo po jednej stronie wezwania/rozmowy stoi Bóg, potężny, wszystko-mogący, mający moc zrobić cokolwiek Mu się spodoba i cokolwiek uzna za słuszne, o tyle po drugiej stronie stoimy my - ludzie. Bo Mojżesz, jak każdy najzwyczajniejszy człowiek, miał wątpliwości: Kim to ja jestem, żebym miał iść do faraona i wyprowadzić z Egiptu synów Izraela?. Wychowywany na dworze faraona przez pół swojego życia, potem kryminalista, potem emigrant, ukrywający się przed wymiarem sprawiedliwości, i wreszcie - pasterz i zwyczajna głowa rodziny przez kolejne pół swojego życia. I to on, jako pasterz, miałby pójść do faraona? Do miejsca, gdzie z miejsca może zostać skazany za zabicie Egipcjanina? Brzmi jak pomysł niedorzeczny.

Tymczasem Bóg wydaje się zupełnie ignorować ziemskie obawy Mojżesza. Zarówno to jego poczucie skromności, pokory, jakie uzyskał będąc wieloletnim pasterzem, jak i jego obawę o bycie aresztowanym. [Bóg] odrzekł: Ja będę przecież z tobą! - to wydaje się być lekarstwem i odpowiedzią Boga na wszystko. Oczywiście my, jako ludzie, nie mamy najmniejszego pojęcia, do czego możemy być zdolni, albo w czym mamy uczestniczyć, albo że faktycznie mamy być tylko jednym małym narzędziem, śrubokrętem, w planie, który Bóg ma już przygotowany. Bóg podał Mojżeszowi gotowe odpowiedzi na pytania, które może mu zadać Szacowne Grono z narodu żydowskiego. Może nie brzmią one przekonywająco dla nas samych, ale Bóg znał tamtych ludzi i wiedział, jaka odpowiedź jest im potrzebna, by zaakceptowali Mojżesza z tą misją.

To tak samo jak dzisiaj - czasem się zdarza, że gdy przychodzimy gdzieś do pracy tylko z czystym CV, pracy nie dostaniemy. Ale jeśli poleci nas dobry kolega, pracujący w tej firmie, który jednocześnie powie swojemu szefowi o naszych dobrych kwalifikacjach - mamy pracy niejako z polecenia. "Załatwioną" - jak to się lubi u nas nazywać.

W ten sam sposób zadziałało to tutaj - Bóg dał Mojżeszowi dobre polecenie, aby dostał tę "pracę".

Tyle że na tym wątpliwości Mojżesza się naturalnie nie kończą: Na to powiedział Mojżesz: "A jeśli nie uwierzą i nie usłuchają słów moich, mówiąc, że Jahwe nie ukazał mi się wcale?" Wówczas Jahwe zapytał go: "Co masz w ręku?" Odpowiedział: "Laskę". Wtedy rozkazał: "Rzuć ją na ziemię". A on rzucił ją na ziemię, i zamieniła się w węża. Mojżesz zaś uciekał przed nim. Jahwe powiedział wtedy do Mojżesza: "Wyciągnij rękę i chwyć go za ogon". I wyciągnął rękę i uchwycił go, i stał się znów laską w jego ręku. "Tak uczyń, aby uwierzyli, że ukazał się tobie Jahwe, Bóg ojców ich, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba" (Wyj. 4,1-5 BT). Do nas oczywiście ten argument nie trafia. Ale też nie my mieliśmy być targetem tutaj, ale ta starszyzna izraelska. Bóg dał Mojżeszowi możliwość zrobienia tego "cudu", aby ją przekonać, plus jeszcze jeden cudowny "numer" z ręką pokrytą trądem i jeszcze jeden, z wodą z rzeki zamienioną w krew (Wyj. 4, 6-9). Gdybyśmy to my mieli być targetem dzisiaj, prawdopodobnie otrzymalibyśmy jakiś numer z chodzeniem na wodzie albo wskrzeszeniem umarłego - coś, co w naszej świadomości faktycznie jest ewidentnym cudem. Pominąwszy iluzjonistyczne sztuczki.

Ale to nie był koniec, Mojżesz znalazł kolejną wymówkę: A Mojżesz rzekł do Pana: Proszę, Panie, nie jestem ja mężem wymownym, nie byłem nim dawniej, nie jestem nim teraz, odkąd mówisz do sługi swego, jestem ciężkiej mowy i ciężkiego języka. I rzekł Pan do niego: Kto dał człowiekowi usta? Albo kto czyni go niemym albo głuchym, widzącym albo ślepym? Czyż nie Ja, Pan? Idź więc teraz, a Ja będę z twoimi ustami i pouczę cię, co masz mówić (Wyj. 4,10-12 BW). I wraz z kolejną odpowiedzią Boga, że będzie z nim, i że to On będzie czuwał nad tym, co Mojżesz miał mówić, stracił on możliwość dalszego zwlekania.

Tylko że Mojżesz nadal oponował: Lecz Mojżesz rzekł: "Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego" (Wyj. 4,13 BT). Ach ta natura ludzka...

[dalej - BÓG MA GOTOWE ROZWIĄZANIA]
[poprzednio: CZTERDZIEŚCI LAT OCZEKIWANIA]
[do początku]






niedziela, 18 marca 2018

Czterdzieści lat oczekiwania

A [Bóg] mówił: Nie zbliżaj się tutaj! Zdejmij sandały z nóg, bo miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą. I dodał: Jam jest Bóg ojca twego, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba. Wtedy Mojżesz zakrył sobie twarz, gdyż lękał się spoglądać na Boga. A Jahwe rzekł: Przyjrzałem się dobrze udręce mego ludu, który jest w Egipcie, usłyszałem jęki [wydawane] przy nadzorcach, znam więc dobrze jego cierpienia. Dlatego zstąpiłem, aby go ocalić z ręki Egipcjan i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi pięknej i rozległej, do ziemi mlekiem i miodem płynącej, do kraju Kanaanitów, Chittytów, Amorytów, Peryzzytów, Chiwwitów i Jebuzytów. Bo doszło teraz do mnie wołanie synów Izraela i zobaczyłem, jak uciskają ich Egipcjanie. 
Wyj. 3,5-9 BP

Po tym, jak Bóg przedstawił się Mojżeszowi jako Bóg tego ludu, z którego Mojżesz się wywodził, Bóg oznajmił, że obserwował dzieje tego narodu podczas niewoli w Egipcie.

I co, można by się zapytać - tak stał Bóg z boku, widział te wszystkie smagania batem, tę całą niewolniczą niedolę, i nic z tym nie robił?

Coś musiał Bóg mieć na celu, że do pewnego stopnia na to pozwolił. Kogo bowiem Pan miłuje, tego smaga, jak ojciec swojego ukochanego syna - Przysłów 3,12 BW. Ten sam werset w tłumaczeniu BP: Jahwe doświadcza bowiem tego, kogo miłuje, jak ojciec syna, w którym ma upodobanie. Może nie o fizyczne smaganie chodzi, jak smaganie batem, bo tylko BW używa tego słowa; BT mówi o strofowaniu, BG o karaniu, a KJV o korygowaniu - w każdym razie chodzi chyba o wychowanie jako takie. Bóg jest Ojcem, któremu na nas zależy, dlatego uczy nas, koryguje, dopuszcza przeróżne przeżycia na nas, żeby w ten sposób "oszlifować" naszego ducha, nasze złoto - jak to mówi Ks. Objawienia. Żebyśmy mogli sobie radzić w różnych sytuacjach, zachowując wciąż spokój, zachowując właściwy stan wewnętrzny. Nie ulegając chwilowej złości. Kontrolując samych siebie.

Może to właśnie też miał na celu Bóg, wychowując swój naród, żeby - pod niewolniczym jarzmem - nabrali nieco ogłady, pokory, szacunku?

W każdym razie Bóg - po tym jak Mojżesz na własne oczy zobaczył, jak jego krajanie są traktowani - czekał kolejnych czterdzieści lat, by coś z tym zrobić. I to po tych kolejnych czterdziestu latach Bóg powiedział: dość, czas ich spod tych egipskich biczów uwolnić.

Mam wrażenie, że czekanie jest jednym z ulubionych czynności Boga. Bóg czekał długo, zanim wykorzenił do cna całe zło, jakie zalęgło się w Sodomie i Gomorze. Czekał z potopem, czekał po potopie, czekał zanim wprowadził Izrael do ich nowej, obiecanej im ziemi, czekał z wytryśnięciem wody, kiedy Mojżesz stuknął laską skałę, mimo że sam obiecał mu, że po stuknięciu woda wypłynie. Czekał z narodzinami Jezusa, potem ten czekał trzy dni, zanim poszedł ożywić Łazarza. Czekał z Jego zmartwychwstaniem, czekał nieco z Jego wniebowstąpieniem, czekał z zesłaniem Ducha Świętego, aż w końcu czeka z wypełnianiem tych wszystkich zapowiedzi, które znajdują się w Księdze Objawienia. I z tym ponownym przyjściem Jezusa. Czeka aż ludzie się nauczą, wychowają, czeka aż dokonają wyboru, czy chcą być z Bogiem czy nie. Daje czas. Wszystkiemu i wszystkim.

Pierwszych osiemdziesiąt lat życia Mojżesza jest tego doskonałym przykładem.

[dalej - WEZWANIE BOGA. I WĄTPLIWOŚCI MOJŻESZA.]
[poprzednio - SPOTKANIE Z BOGIEM]
[do początku]