niedziela, 14 stycznia 2018

Jezus chce

Kiedy zszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto trędowaty upadł przed Nim na twarz, mówiąc: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A Jezus, wyciągnąwszy rękę, dotknął się go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast został oczyszczony z trądu.
Mat. 8,1-3 BP

I przyszedł do niego trędowaty z prośbą, upadł na kolana i rzekł do niego: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął swoją rękę, dotknął się go i rzekł mu: Chcę, bądź oczyszczony!
Mar. 1,40-41 BW

Kiedy był w jednym z miast, pojawił się człowiek, cały pokryty trądem. Zobaczywszy Jezusa upadł na twarz i błagał Go, mówiąc: Panie, jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić! I wyciągnąwszy rękę dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I trąd natychmiast znikł.
Łuk. 5,12-13 BP

Tak jak już napisałem w ostatnim poście, Jezus uzdrawiał wszystkich. Przynajmniej wszystkich tych, którzy do Niego przyszli. Plus niektórych, którzy nawet może o tym nie myśleli.

Mało tego - Jezus nie robił tego z jakiegoś przykrego obowiązku. On CHCIAŁ. On chce pomagać, On chce, żebyśmy byli zdrowi, On chce, żebyśmy znali Boga i żebyśmy podążali do tego Królestwa, o którym ciągle mówił.

Inna sprawa - o dlaczego ten trędowaty przychodząc do Jezusa prosił Go o "oczyszczenie", nie "uzdrowienie"? Kiedy mówił on o oczyszczeniu, użył on słowa, które znamy dzisiaj jako "katharsis". My kojarzymy je dzisiaj jako duchowe oczyszczenie, okres pozbycia się pewnego balastu. Wg słownika biblijnego - słowo to oznacza również oczyszczenie fizyczne, obmycie, opłukanie. Jest to więc zarówno obmycie z kurzu, czy - tak jak w tym przypadku - z wrzodów zalegających na całym ciele, jak i obmycie z poczucia winy, czy jakiegoś innego balastu duchowego.

Kto wie więc, czy ten trędowaty, prosząc o oczyszczenie/obmycie - miał na myśli tylko i wyłącznie wrzody, będące efektem choroby fizycznej, czy również oczyszczenie/obmycie duchowe z nagromadzonego balastu, nagromadzonego poczucia winy ciążącego na nim z powodu przekonania, że taki ogrom trądu mógł spaść na niego tylko w konsekwencji jakiegoś potężnego przestąpienia prawa, grzechu, o którym może nawet nie miał pojęcia? Jego lub jego rodziców - zgodnie z ówczesnymi wierzeniami? Może przychodząc do Jezusa w tym całym swoim trądzie, znając już Go z opowieści, prosząc Jezusa o oczyszczenie/obmycie - w oczach miał to coś, po czym Jezus poznał, że nie tylko o trąd chodziło? I zrobił to, co miał zwyczaj robić w innych przypadkach - czyli przebaczył również grzech, jako czynność równoznaczną do uzdrowienia?

Stąd - ktokolwiek by miał jakiś balast na sumieniu - wystarczy spotkać Jezusa. Nie mówię nawet: przyjść do Niego, bo czasem trudno jest przyjść do kogoś, kogo się nie zna, w kogo istnienie nawet może się wątpi, ale gdy już trafi się okazja, że spotkamy Go na naszej drodze - po prostu chcieć pozbyć się tego balastu. Jezus ma moc i możliwość nam ulżyć. I chce.

c.d.n.





piątek, 12 stycznia 2018

"I uzdrowił ich wszystkich"

A gdy się o tym Jezus dowiedział, odszedł stamtąd i szło za nim wielu, i uzdrowił ich wszystkich.
Mat. 12,15 BW

A gdy Jezus dokończył tych mów, odszedł z Galilei i przyszedł na pogranicze Judei, po drugiej stronie Jordanu. I szło za nim mnóstwo ludu, a On ich tam uzdrawiał.
Mat. 19,1-2 BW

I rozbiegli się po całej tej krainie, i poczęli na łożach znosić chorych tam, gdzie, jak słyszeli, przebywał. A gdziekolwiek przyszedł do wsi albo do miast, albo do osad, kładli chorych na placach i prosili go, by się mogli dotknąć choćby kraju szaty jego; a ci, którzy się go dotknęli, zostali uzdrowieni.
Mar. 6,55-56 BW

Kiedy Jezus zszedł z nimi [z góry], zatrzymał się na równinie z wielkim tłumem uczniów, a mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem, i z nadmorskiego Tyru, i Sydonu przyszło, aby Go słuchać i odzyskać zdrowie. Także ci, których dręczyły duchy nieczyste, powracali do zdrowia. I cały tłum starał się Go dotknąć, bo moc wychodziła z Niego i uzdrawiała wszystkich.
Łuk. 6,17-19 BP

Tutaj z kolei przejawia się inny wątek.

Po pierwsze: Jezus uzdrawiał WSZYSTKICH. Czy to ktoś do Niego przyszedł sam, czy podążał za Nim słuchając Jego przemów, czy to został przyniesiony przez kogoś innego, czy wierzył w jakieś tajemnicze magiczne uleczające dotknięcie Jezusa - KAŻDY uzdrowiony został. Nie została zapisana ani jedna historia, w której Jezus komukolwiek by odmówił. Nie zdarzyła się ani jedna taka sytuacja.

Jak więc do tego doszło, że w obecnym czasie w uzdrowienia niemal nie wierzymy? Że nie znamy niemal żadnej historii, w której takie uzdrowienie by nastąpiło? Że przekonanie i nasze doświadczenie, w którym wyrośliśmy, tak jest różne od tego, co wynika z ewangelii?

Być może tamten czas jest charakterystyczny. Najpierw został stworzony świat, co było potężną manifestacją mocy Boga, a potem długo, długo nie działo się nic. Przez tysiące lat ludzie żyli "normalnie", bez żadnych wielkich cudów. Następnym kolejnym okresem, gdy nastąpiły takie manifestacje, był chyba dopiero czas wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej. Zakładając więc, że od stworzenia świata do narodzin Chrystusa minęło 4000 lat, a exodus Izraelitów miał miejsce około roku 1500 p.n.e.  - pomiędzy stworzeniem świata a plagami egipskimi minęło niemal 2500 lat. 2500 lat bez żadnych większych cudów/znaków!

Nieco przejawów Boga mocy miało miejsce za czasów Starego Testamentu, za czasów nowopowstałego państwa izraelskiego, a potem znowu była długa, długa, kilkusetletnia cisza. Taka cisza, że aż sami Izraelici narzekali, że nic się nie dzieje, Bóg ich znowu nie lubi etc.

Czyli jesteśmy dzisiaj w tym samym punkcie wyjścia, jak Izraelici w tamtych czasach. Nic się nie dzieje, dla niektórych nie wiadomo nawet, czy Bóg istnieje, no bo przecież nic się nie odzywa.

Jednak dla pojedynczych ludzi coś się działo. Owa historia Naamana - przyjemny przerywnik tejże ciszy. Podobnie i kilka innych historii będących w styku z życiem Eliasza czy Elizeusza - oto kolejne przyjemne przerywniki w tej cichej monotonii. Być może i dziś gdzieś są pojedyncze osoby, wybrane przez Boga, które są jak Eliasz czy Elizeusz, których Bóg wybrał do reprezentowania swojej mocy, do uzdrawiania ludzi. A może dzisiaj, w czasie bardzo zaawansowanej medycyny, nikt taki nie jest potrzebny. Bóg natomiast wypełnia lukę w innych zapotrzebowaniach. Jakiekolwiek to zapotrzebowanie jest, jakąkolwiek drogę Bóg wybrał - jest ona dostępna dla wszystkich.

PO DRUGIE: ludzie przychodzili, podążali, słuchali - każdy wykazał własną inicjatywę. Poza nielicznymi wyjątkami wspomnianymi w poprzednich postach. Znaczy się można zacząć wnioskować: "procedura" uzdrawiania, nawet o ile ma pewne punkty zahaczenia, to Jezus nie odmawia nikomu, kto by stanowił jakiś wyjątek od zasad.







niedziela, 7 stycznia 2018

Bohater uzdrowienia, który nie był głównym bohaterem

Kiedy odszedł stamtąd, wszedł do synagogi. A był tam człowiek z uschniętą ręką. [Faryzeusze], aby oskarżyć [Jezusa], zapytali Go, czy w szabat można uzdrawiać. On im powiedział: Któż z was, będąc właścicielem jedynej owcy, która by w szabat wpadła do dołu, nie chwyciłby jej i nie wyciągnął? A o ileż  więcej wart jest człowiek od owcy. Można więc czynić dobrze w szabat! Potem mówi do człowieka: Wyciągnij twoją rękę. I wyciągnął ją. I była zdrowa jak ta druga. A faryzeusze, wyszedłszy, naradzali się, jak by Go zgładzić.
Mat. 12,9-14  BP

I wstąpił znowu do synagogi; a był tam człowiek z uschłą ręką. I podpatrywali go, czy uzdrowi go w sabat, aby go oskarżyć. Wtedy rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Wyjdź na środek. A do nich rzekł: Czy wolno w sabat dobrze czynić, czy źle czynić, życie zachować czy zabić? A oni milczeli. I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serca, i rzekł owemu człowiekowi: Wyciągnij rękę! I wyciągnął, i ręka jego wróciła do dawnego stanu. A faryzeusze, wyszedłszy zaraz, naradzali się z herodianami, jak by go zgładzić.
Mar. 3,1-6 BW

W inny szabat wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę. Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go. On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: "Podnieś się i stań na środku". Podniósł się i stanął. Wtedy Jezus rzekł do nich: "Pytam was: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?" I spojrzawszy wkoło po wszystkich, rzekł do człowieka: "Wyciągnij rękę". Uczynił to i jego ręka stała się znów zdrowa. Oni zaś wpadli w szał i naradzali się między sobą, co by uczynić Jezusowi.
Łuk. 6,6-11 BT

Ten człowiek nie był głównym bohaterem tego uzdrowienia. Ten człowiek tutaj stał się tylko elementem politycznej rozgrywki między Jezusem a władzami ówczesnego tamtejszego społeczeństwa, kapłanami świątyni. Tuż wcześniej bardzo zbulwersowali się oni z powodu tego, że przechodząc w sabat przez pole ze zbożem, pozwolił Jego uczniom na zrywanie kłosów tego zboża i jedzenie ich.

Po pierwsze - kto kiedykolwiek żył na wsi, ten wie, że późnym latem, kiedy zboże jest dojrzałe, można je normalnie zrywać i zajadać się ziarnami, które są ciągle miękkie, soczyste. Dopiero później stają się one suche, twarde, możliwe do zmielenia na mąkę. Póki rosną na polu - stanowią całkiem niezły przysmak. Zwłaszcza kiedy się jest poza domem dość długo, a żołądek domaga się jakiegokolwiek napełnienia.

Po drugie - kultura żydowska w ówczesnym czasie była tak obwarowana religijnymi przepisami, że zostawało mało miejsca na jakąkolwiek wolność. Jednymi z przepisów były te, które mówiły, co jest zakazaną "pracą", której nie wolno wykonywać w sabat. I tak zrywanie kłosów było zakazane. Nawet jeśli ktoś był głodny i nie miał nic do jedzenia, według tychże przepisów powinien raczej czekać do zachodu słońca, póki sabat się nie skończy, żeby móc zerwać parę nasion zboża i zjeść. Sens życia zabity.

Najgorsze jest, że i w naszym współczesnym życiu sami się obwarowujemy różnego rodzaju przepisami, regułami czy zakazami, które wcale życia nam nie uprzyjemniają, a przestrzegamy ich z jednej jedynej przyczyny: bo tak robią wszyscy, bo tak robili nasi rodzice i dziadkowie, bo taka tradycja. A że logiki brak? Kto to w końcu dostrzeże i komu na logice i konsekwencji zależy, ten sam sobie te reguły/zakazy do życia dostosowuje, układając je według sensu i własnego wyboru.

W takich okolicznościach, w sytuacji, gdy Jezus został oskarżony o nieprzestrzeganie przepisów ustanowionych z dziada pradziada, bo przecież to święta tradycja, Jezus te przepisy złamał, bo dla Niego liczyło się dobro człowieka, dla Niego liczył się sens i logika, żeby człowiek głodny przecież nie chodził, zamiast satysfakcjonować innych wypełnianiem jakichś przepisów, które ni w pięć ni w dziewięć zostały ustanowione, mające sens może wieki temu, ale nie teraz. Mało tego - sami kapłani mogli w sabat jeść do woli, bo wszyscy im przynosili ofiary z pokarmów, których część przypadała kapłanom na spożycie, a Księga Kapłańska (III Księga Mojżeszowa) legalnie im na to zezwalała.

I tak, nawiasem mówiąc, można dostrzec tutaj sytuację, gdy kapłan sam MA, a innym mieć zakazuje, tłumacząc to względami religijnymi.

W tym wszystkim, pokazując zupełny bezsens i zagubienie tych przepisów, wziął Jezus jednego przypadkowego człowieka, owego naszego człowieka z uschłą ręką, który wcale główną postacią tego uzdrowienia nie był. Można by więc stwierdzić tak:
- nie przyszedł on do Jezusa sam
- nie przynieśli go przyjaciele
- wcale jakoś specjalnie może sam nawet nie chciał, ani nie myślał o uzdrowieniu
- wcale jakoś specjalną wiarą w uzdrowienie się nie wykazał.
Nie zrobił on nic, absolutnie nic, by być uzdrowionym. Po prostu nagle znalazł się na środku sceny w konflikcie między kapłanami a Jezusem, stając się elementem show. Elementem lekcji, którą Jezus chciał przekazać kapłanom i ludziom obserwującym ten konflikt. Człowiek ten został uzdrowiony - można by powiedzieć - absolutnie przypadkowo.

Skupiając się na tym uzdrowieniu o moment dłużej, zwróciłem tylko uwagę na to, W JAKI SPOSÓB Jezus dokonał tego uzdrowienia i co było jego efektem.

Po pierwsze więc - nie jest napisane ani słowem, że Jezus tej ręki dotknął, splunął, powiedział jakiekolwiek "magiczne" słowo, nawet nie wspomniał nic o przebaczaniu grzechów. Jedyne, co powiedział, to pytanie zadane kapłanom: czy można w sabat kogoś uratować, czy nie? Czy lepiej poczekać z tym, aż sabat się skończy? W domyśle: co stało się ważniejsze: przestrzeganie jakichś reguł, zasad, nawet jeśli ustanowione zostały one w imię jakiejś religii, czy ratowanie zdrowia drugiego człowieka?

Jezus kazał temu człowiekowi tylko tę rękę wyciągnąć. To, co dostrzegam w tym momencie, to to, że możliwe, że ten człowiek owej uschłej ręki wyciągać wcześniej nie mógł. Tak samo jak tamten paralityk nie mógł wcześniej wstawać z łóżka. A jednak kiedy Jezus powiedział mu, żeby z łóżka wstał, on to zrobił. Wstał, zabrał swoje łóżko, i sobie poszedł. Podobny wzór można by chyba stwierdzić tutaj, bo nie sądzę, żeby uschłą ręką udawało się robić wcześniej jakiekolwiek ruchy. Musiała ona być jak bezwładny kikut, tak to wygląda w mojej wyobraźni. A jednak ten człowiek tę rękę wyciągnął. Tzn.: Jezus powiedział mu coś zrobić, a on uwierzył w efekt i to zrobił.

To też daje nam dużo do myślenia. Cokolwiek by Jezus nam powiedział, naszą rzeczą jest uwierzyć i to właśnie zrobić.

Po drugie - jest taka historia w Biblii:

A Naaman, dowódca wojsk króla Aramu, był mężem znamienitym u swego pana i wielce poważanym, gdyż przez niego Pan dał zwycięstwo Aramowi. Lecz choć tak potężny rycerz, mąż ten nabawił się trądu. A gdy raz Aramejczycy wyruszyli na łupieżczą wyprawę, uprowadzili z ziemi izraelskiej małą dziewczynkę, która usługiwała żonie Naamana. Pewnego razu rzekła ona do swojej pani: Ach, gdyby to mój pan zetknął się kiedy z prorokiem, który mieszka w Samarii, to by go wnet uleczył z trądu. Wtedy Naaman poszedł i oznajmił to swojemu panu: Tak a tak mówiła dziewczynka, która pochodzi z ziemi izraelskiej. Król Aramu odpowiedział: Więc jedź tam, ja zaś poślę list do króla izraelskiego. Wyruszył tedy, wziąwszy ze sobą dziesięć talentów srebra, sześć tysięcy złotych monet i dziesięć szat na zmianę. Przyniósł więc list do króla izraelskiego tej treści: Gdy ten list dotrze do ciebie, to wiedz, że to ja wysłałem do ciebie Naamana, mojego sługę, abyś go uleczył z jego trądu. Lecz gdy król izraelski przeczytał ten list, rozdarł swoje szaty i rzekł: Czy ja jestem bogiem, aby śmierć zadawać i życiem obdarzać, że tamten przysyła do mnie, abym uleczył człowieka z jego trądu? Zastanówcie się tylko i zobaczcie, czy nie szuka zaczepki ze mną. A gdy do Elizeusza, męża Bożego, dotarła wieść, że król izraelski rozdarł swoje szaty, posłał do króla i kazał mu powiedzieć: Dlaczego rozdarłeś swoje szaty? Niech tamten przyjdzie do mnie i dowie się, że jest prorok w Izraelu. Przybył tedy Naaman ze swoimi końmi, i ze swoim powozem i stanął przed drzwiami domu Elizeusza. Wtedy Elizeusz wysłał do niego posłańca z takim poleceniem: Idź i obmyj się siedem razy w Jordanie, a twoje ciało wróci do zdrowia i będziesz czysty. Na to Naaman oburzył się i odchodząc powiedział: Oto myślałem sobie, że wyjdzie, stanie przede mną, potem wezwie imienia Pana, Boga swojego, podniesie swoją rękę nad chorym miejscem i usunie trąd. Czy rzeki damasceńskie Abana i Parpar nie są lepsze od wszystkich wód izraelskich? Czy nie mogłem w nich się obmyć i oczyścić? Potem odwrócił się i odszedł pałając gniewem. Lecz słudzy jego przystąpili do niego i przemówili tak: Ojcze! Gdyby prorok nakazał ci coś trudnego, czy nie uczyniłbyś tego? Tym bardziej więc powinieneś to uczynić, gdy ci powiedział: Obmyj się, a będziesz czysty! Poszedł więc i zanurzył się w Jordanie siedem razy według słowa męża Bożego, a wtedy jego ciało stało się znowu czyste jak ciało małego dziecięcia. (2 Król. 5,1-14 BW)

Co jest puentą tej historii tutaj, w tej sytuacji: Naamana skóra po tym uzdrowieniu stała się czysta "jak ciało małego dziecięcia" albo "jak ciało małego chłopca", jak jest przetłumaczone w BP. Ktoś kiedyś powiedział mi, że gdy Bóg uzdrawia, to ciało wraca do stanu perfekcyjnego, jak podczas narodzin, jak ciało dziecka, bazując na tej historii. Przez lata trwałem w tym przekonaniu perfekcjonisty. Tymczasem ta historia tutaj, z tym człowiekiem uzdrowionym zupełnie losowo, mówi inaczej: gdy wyciągnął on rękę przed siebie, "była ona zdrowa jak ta druga", albo wg innego tłumaczenia: "i ręka jego wróciła do dawnego stanu". Czyli niekoniecznie uzdrowienie Boga musi prowadzić do stanu perfekcyjnego, wystarczy, że wróci do stanu normalnego, sprzed zachorowania.

Było to jedno z pytań, które zadałem sobie, gdy moja matka zachorowała na raka. Czy uzdrowiona miałaby ciało "całkowicie odnowione"? Wg tej lekcji tutaj po uzdrowieniu wróciłaby ona do stanu sprzed choroby. Czyli jest tutaj jeden wniosek na przyszłość: nawet jeśli ktoś takiego uzdrowienia by doświadczył, to nie znaczy to, że będzie ono jak zresetowanie komórek, zresetowanie naszego ciała, że będzie ono wolne od wszelkich wad, nówka sztuka, jak z fabryki, jak zaraz po narodzinach. Nie. Konsekwencje naszego poprzedniego stylu życia pozostają. Przyczyny, które do choroby doprowadziły, nadal są takie same, i nawet będąc uzdrowionym, trzeba wykazać również i własną inicjatywę, by ten styl życia zmienić, zredukować niepotrzebne ryzyko.

Co też powinniśmy robić i przed zachorowaniem, profilaktycznie, nawet bez uzdrowienia. Bo uzdrowienie to nie magia Boga, ale tylko pokaz Jego mocy, żeby ktoś, ktokolwiek, w Niego uwierzył. Resztę decyzji i resztę wysiłku, żeby wszystko było w porządku, musimy podjąć sami.

c.d.n.






niedziela, 24 grudnia 2017

Mama

Tematyką uzdrowień Jezusa zająłem się z powodu choroby mojej mamy. Ostatni raz widziałem ją zdrową w maju, gdy mnie wspólnie z ojcem odwiedzali. W czerwcu była już nieustannie osłabiona, do tego stopnia, że nie była w stanie samodzielnie wysiąść z samochodu. Od lipca praktycznie cały czas spędzała już w łóżku, a komunikacja z nią stawała się coraz trudniejsza.

W lipcu modliłem się o uzdrowienie jej. O ile Bóg uznałby to za dobre dla niej. Aczkolwiek prywatnie wiedziałem o sprawach, które sprawiały, że życie dla mojej mamy stawało się nieznośne. Nie do uciągnięcia na dłuższą metę. A szanse, żeby jej pomóc, były nie za duże. Choroba z takim bardzo niewielkim stanem świadomości była dla niej właściwie wyzwoleniem.

Wiedząc z lektury ewangelii, że Jezus uzdrawiał ludzi nie dla fizycznej formy, ale żeby dać wyraz Jego mocy, a zarazem, a właściwie: przede wszystkim odpuszczał im grzechy, sprawiał, że czuli się lepiej, nie tak winni, pozwalał im pozbyć się niepotrzebnego balastu z serca - modliłem się, żeby Jezus zdjął również balast z serca mamy. A uzdrowienie fizyczne choroby aby nastąpiło dla tych wszystkich, którzy dbali o nią, którzy byli wokół niej. Tak, jak to miało miejsce, gdy uzdrawiał Jezus. Po to, żeby zobaczyli moc Boga. Fizyczną moc.

W połowie sierpnia została wreszcie postawiona diagnoza: chłoniak wewnątrznaczyniowy dużych komórek B. Paskudztwo ogarniające cały organizm bardzo szybko, ścinające człowieka z nóg w ciągu trzech tygodni. Rak krąży we krwi po całym krwiobiegu, zarażając wszystko, co napotka po drodze. Pada system nerwowy i system immunologiczny. W ciągu kolejnych miesięcy mama doznała udaru mózgu, zapalenia oskrzeli i kilkanaście innych chorób. Cud, że mama to wszystko przeżyła. Żywienie przez cztery miesiące odbywało się tylko i wyłącznie przez kroplówki. Porozumiewanie się ograniczało się do krótkich, pojedynczych sylab, przy czym nie wiadomo było, czy mama mówi je świadomie, czy z nawyku. Czasami, bardzo rzadko, udało się jej wypowiedzieć całe zdanie, stawiając lekarzy w zakłopotaniu: "czy ta osoba jest na pewno chora?...".

Po czterech miesiącach mama została wypisana do domu. Jednak i tutaj codziennie odwiedzały ją po dwie pielęgniarki. Pobyt w domu przerywany był również tygodniowymi pobytami w rejonowym szpitalu, aby wyleczyć tamte różne inne, pośrednie choroby.

Po trzeciej czy czwartej chemioterapii okazało się, że rak ustępuje. Triumf! Może uda się wyleczyć! Jednak przed każdą kolejną serią niezbędny stał się pobyt w szpitalu w celu podbudowania mamy kondycji kroplówkami.

Po piątej chemii wysiadła wątroba. Nie chciała już więcej przetwarzać. Do całkowitego wyleczenia raka brakowało jednej chemii plus może dwóch dodatkowych, jeśli by miała być taka potrzeba.

Po pięciu miesiącach choroby mama stała się spokojna. Patrzyła na ojca z miłością. Ojciec stał się w ciągu tego czasu najlepszym pielęgniarzem świata. Kruszył mamie pigułki, których mama nie chciała jeść, do słodkich danonków, które mama uwielbiała. Nauczył się przewijać, przewracać, dbać o rany odleżynowe, zmieniać woreczki z uryną, karmić, mówić do mamy tyle, ile się nie nagadał przez ostatnich dziesięć lat chyba.

7 grudnia mama się z ojcem pożegnała. Zamknęła oczy i zasnęła na zawsze. My z siostrą mieliśmy już bilety dawno wykupione na 8-9 grudnia, żeby mamę odwiedzić. Nie zdążyliśmy. Gdy przyjechaliśmy, mogliśmy tylko pożegnać ją śpiącą.

Uzdrowienie nie nastąpiło. Nie to fizyczne. Ale z opowiadanych przez ojca historii wiem, że nastąpiło to uzdrowienie duchowe: mama przestała mieć spojrzenie niespokojne, a raczej pełne uczucia. Jak nigdy wcześniej. Wodziła za ojcem oczami wszędzie. Myślę, że gdzieś w swoim wnętrzu zaznała w końcu pokoju jeszcze zanim zasnęła.

Mam nadzieję, że kiedyś, gdy Jezus przyjdzie i pobudzi nas wszystkich, zobaczę mamę pełną pokoju razem z Nim.


















niedziela, 3 grudnia 2017

Uzdrowienie sparaliżowanego, który nie pytał

Mało, że nie pytał, to nie był w stanie się samodzielnie poruszać, a jego ciało musiało być tak kruche i osłabione, że niemożliwym było wzięcie go nawet na ramiona, żeby go gdzieś ponieść. Tylko razem z łóżkiem.

A gdy znowu wszedł do Kafarnaum, gdy minęło trochę dni, usłyszano, że jest w domu. I zebrało się wielu, tak że już nawet przy drzwiach się nie mieścili; i mówił im słowo. I przychodzą niosąc do niego paralityka unoszonego przez czterech. A nie mogąc przenieść go w powodu tłumu, rozbili dach, gdzie był; wyłupawszy otwór spuszczając matę, na której leżał paralityk. A Jezus widząc ich wiarę mówi paralitykowi: Dziecko, twoje grzechy są odpuszczone. 

Byli zaś jacyś uczeni w Piśmie, siedzący tam i rozważający w sercach swoich: Dlaczego on tak mówi? Bluźni! Kto może odpuszczać grzechy, oprócz jednego Boga? A Jezus zaraz poznawszy w duchu, że tak w sobie rozważają, mówi im: Czemu tak rozważacie w swoich sercach? Co jest łatwiejsze, rzec paralitykowi "twoje grzechy są odpuszczone" czy "podnieś się, zabierz swoją matę i chodź"? A żebyście wiedzieli, że ma władzę Syn Człowieczy odpuszczać grzechy na ziemi - mówi paralitykowi: "Mówię ci, podnieś się, zabierz matę swoją i odejdź do swojego domu". I podniósł się, a zaraz zabrawszy matę, wyszedł wobec wszystkich, tak że wszyscy się zdumiewali, chwaląc Boga i mówiąc: Tego nigdy nie widzieliśmy. 
Mar. 2,1-12 NPP

Któregoś dnia nauczał w obecności faryzeuszy i nauczycieli Pisma, którzy przybyli ze wszystkich miejscowości galilejskich i z Judei, i z Jeruzalem. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. W pewnej chwili mężczyźni, dźwigając na noszach sparaliżowanego, próbowali go wnieść i położyć przed Jezusem. A nie wiedząc, jak się z nim przedostać przez tłum, weszli na dach i przez dach spuścili go z noszami do środka przed Jezusa. On, widząc ich wiarę, rzekł: Człowieku, twoje grzechy są odpuszczone. 

Nauczyciele Pisma i faryzeusze zaczęli się zastanawiać: Kimże jest ten bluźnierca? Czyż oprócz Boga może ktoś odpuszczać grzechy? Jezus zaś, poznawszy ich myśli, rzekł do nich: Nad czym się zastanawiacie? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Twoje grzechy są odpuszczone, czy: Wstań i chodź? Ale byście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi - powiedział do sparaliżowanego: - Mówię ci, wstań, weź nosze i idź do domu! I zaraz na ich oczach wstał, wziął nosze, na których leżał, i poszedł do domu, chwaląc Boga. A wszystkich ogarnęło zdumienie i chwalili Boga, i pełni bojaźni mówili: Widzieliśmy dziś rzeczy niewiarygodne!
Łuk. 5,17-26 BP/BT

Przeświadczenie o tym, że jakakolwiek choroba jest karą Boga za jakieś dokonane grzechy, czy to swoje, czy to kogoś z chorego ojców/dziadków, było tak głębokie, że widząc stopień zaawansowania choroby każdy mógł tylko ubolewać nad tym, jak ciężkie musiały być grzechy w tej rodzinie, skoro spadła na nią tak ciężka choroba.

Co z ludźmi, którzy mieli na sumieniu równie sporo rzeczy, ale ciągle chodzili zdrowi? "Smykło" im się? Upiekło? Zostali przez Boga przeoczeni? ...

W naszym przeświadczeniu zresztą również bardzo często pojawia się motyw, że coś jest "karą Boga za coś". Ludzie na wioskach żyją w strachu przed "karą Boską".

Przeświadczenie to musiało być głębokie do tego stopnia, że sam chory musiał być przekonany o tym, jak bardzo nagrzeszył, jak bardzo jest złym człowiekiem.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania - ja sam powinienem być obłożnie chory.

Tymczasem co robi Jezus? On nie tylko uzdrawia fizycznie. On odpuszcza grzechy. Bazując na poprzednich spostrzeżeniach zadaję sobie pytanie - jakie grzechy? Skoro choroba było tylko WYIMAGINOWANĄ karą za grzechy, to jakie grzechy odpuszczał Jezus? Jakie grzechy odpuścił Jezus temu sparaliżowanemu, który miał ciało tak kruche albo był tak osłabiony, że niemożliwe było go wziąć na ramiona, i który nawet nie wypowiedział do Jezusa żadnego słowa? Jak bardzo wielkie poczucie winy musiał ten chory na sobie nosić?

Wnioskuję tutaj, że:

1. W Biblii jest napisane, że Jezus "odpuszczał grzechy". Wyrażenie to brzmi nieco abstrakcyjnie. Ale jeśli zestawimy to z tym samym wyrażeniem, które sami używamy na co dzień, że czasem można coś komuś odpuścić, to łatwo zauważymy, że chodzi o to, że Jezus grzechy po prostu przebaczał. I to nawet nie rzeczywiste grzechy, które Jezus może widział na sercu tego chorego jak na jakimś indeksie, jak na jakiejś liście, ale te grzechy, które tak przytłaczały tego sparaliżowanego. Żeby poczuł się lepiej. Będące powodem tej wyimaginowanej "kary boskiej".

2. Idąc dalej: Jezus mówił o odpuszczaniu grzechów bliźnich cały czas. O przebaczaniu. Po to, żeby nasi bliźni czuli się lepiej, nie obwiniani, nie nosili na sobie jakichś ciężkich brzemień, ale żeby czuli się wolni. Żeby byli wdzięczni temu, który im przebaczył, który im wszystko odpuścił.


Stanowi to jakby preludium do tego, by uzdrawiać ludzi dookoła. Jakby pierwszy krok, który możemy uczynić my sami.

3. Nawet jeśli osoba sama nie przyjdzie do Jezusa, by otrzymać uzdrowienie/przebaczenie, bo jest i to możliwe, jeśli dana osoba jest przytłoczona zbyt dużym poczuciem winy, to posiadanie takich przyjaciół, jak tamtych czterech, opiekujących się tą osobą i przynoszących ją do Jezusa z ich własnej woli, nawet nie z woli chorego, bez osobistego pytania Jezusa, bez osobistego proszenia - umożliwia uzdrowienie.

[dalej - BOHATER UZDROWIENIA, KTÓRY NIE BYŁ GŁÓWNYM BOHATEREM]
[poprzednio - UZDROWIENIE TRĘDOWATEGO, KTÓRY PYTAŁ]
[do początku]






niedziela, 19 listopada 2017

Uzdrowienie trędowatego, który pytał

Gdy zaś zszedł z góry, towarzyszyły mu liczne tłumy. A oto trędowaty podszedłszy kłaniał się mu, mówiąc: Panie, jeśli zechciałbyś, możesz mnie oczyścić. A wyciągnąwszy rękę dotknął go, mówiąc: Chcę, zostań oczyszczony. I zaraz oczyszczony został jego trąd. 
Mat. 8,1-3 NPP

I przychodzi do Niego trędowaty, i woła (padając na kolana): Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić! I ulitowawszy się, wyciągnął rękę, dotknął go i mówi mu: Chcę, bądź oczyszczony! I zaraz trąd zniknął z jego ciała, i został oczyszczony.
Mar. 1,40-42 BP

Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: "Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić". Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: "Chcę, bądź oczyszczony". I natychmiast trąd z niego ustąpił.
Łuk. 5,12-13 BT

W dalszym ciągu tej historii Jezus przykazuje temu trędowatemu iść do świątyni i pokazać się kapłanowi (trąd w ówczesnej kulturze uważany był za chorobę zesłaną za karę za grzechy, bycie trędowatym oznaczało bycie wyrzutkiem społeczeństwa, życie w odosobnieniu, z dala od miasta), na dowód że nie jest już więcej chory ani grzeszny, i - zgodnie z ówczesną religią - żeby złożyć ofiarę oczyszczającą w świątyni, według obowiązującego wtedy prawa. Celem tego było wywarcie dobrego wrażenia na kapłanach, że Jezus nakazuje stosować się do obecnie obowiązującego prawa.

Musiało tam być więcej chorych, więcej ludzi oczekujących od Jezusa uzdrowienia. Co spowodowało, że spisana została akurat ta historia? Czym się ona wyszczególniła spomiędzy innych? Czy to, że wybił się z tłumu, że był na tyle odważny/śmiały, by podejść do Jezusa, pokornie, kłaniając się, pytając, czy Jezus nie chciałby go oczyścić? Czy mówiąc "oczyszczenie" ów pacjent miał na myśli tylko i wyłącznie oczyszczenie z choroby, oczyszczenie z wrzodów, czy może - bazując na dwuznaczności słów i tej choroby w świadomości tamtej kultury - miał na myśli również oczyszczenie wewnętrzne, oczyszczenie sumienia? I tak naprawdę tylko on i Jezus wiedzieli, o co chodzi?

Na pewno ten trędowaty szanował Jezusa, skoro podszedł do Niego kłaniając się. I pytając się o Jezusa wolę. Z tego można by wysnuć kolejne potencjalne wskazówki dla moich poszukiwań:
1. Szanuj Tego, kto daje ci wolę życia i możliwości.
2. Akceptuj wolę Jezusa. To On jest synem Boga i wie lepiej, nawet jeśli dla nas wydaje się to być absolutnie niezrozumiałe.

[dalej - UZDROWIENIA SPARALIŻOWANEGO, KTÓRY NIE PYTAŁ]
[poprzednio - UZDROWIENIA W GALILEI, CZYLI BYĆ W DOBRYM MIEJSCU]
[do początku]






środa, 15 listopada 2017

Uzdrowienia w Galilei, czyli być w dobrym miejscu

W zasadzie to tytuł tej serii jest całkowicie błędny i powinien raczej brzmieć "27 historii o uzdrowieniach dokonanych przez Jezusa, plus uzdrowienia dokonane bezimiennych osobach".

I obchodził Jezus całą Galileję, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania. 
Mat. 4,23 BT

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. 
Mar. 1,39 BT

A gdy nastał wieczór, wyszedł stamtąd i udał się na pustkowie. A tłumy szukały go i doszły aż do niego, i zatrzymały go, by nie odchodził od nich. On zaś rzekł do nich: Muszę i w innych miastach zwiastować dobrą nowinę o Królestwie Bożym, gdyż na to zostałem posłany. I kazał w synagogach galilejskich. 
Łuk. 4,42-44 BW

Zdarzenie z ostatniego tekstu, z ew. Łukasza, miało miejsce zaraz po uzdrowieniu teściowej Piotra i po uzdrawianiu ludzi z całego Kafarnaum. Stamtąd Jezus poszedł, żeby chodzić po całej Galilei. To tak jakby udać się z Poznania w rundę wokół całej Wielkopolski.

Na mapce widać, że Kafarnaum leżało w Galilei. Jezus udał się więc w najbliższe okolice miejsca, gdzie odniósł swój pierwszy sukces, zaraz po rozpoczęciu swojej działalności, tuż po powrocie z 40-dniowego pobytu na pustyni. Począwszy od owego wesela w Kanie, poprzez niepowodzenia w Nazarecie i powrót do Kafarnaum, gdzie Jego działalność cieszyła się największym powodzeniem, i nawet Jego pierwsi uczniowie właśnie tam zostali "zwerbowani" - Jezus obracał się w kręgach, które zapewniały Mu sukces: w Galilei.

Czy Jezus mógł zacząć inaczej? Owszem, Nazaret leżał na styku Galilei i Samarii, Jezus mógł więc zacząć tam. Przynajmniej jedną rozmowę z Samarytanką zresztą odbył.

Dalej, wg ew. Mateusza, jest napisane, że wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii oraz że szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania.

Syria leży w sąsiedztwie Galilei, podobnie Dekapolis. Judea i Jerozolima leżą już w pewnym oddaleniu, jednak zważywszy na to, że Jerozolima była stolicą, w której skupiało się również życie biznesowe - to wieści, które rozchodziły się z łatwością wokół Galilei, po Syrii i Dekapolis, równie łatwo mogły z kupcami czy innymi podróżnikami dotrzeć do stolicy i całego regionu wokół niej (Judea = jak Mazowsze).

Jaki z tego wszystkiego jest wniosek?
1. Znaleźć dobre miejsce zaczepienia i działać prężnie tam właśnie, aż się wieści o sukcesach same rozniosą wokół i ludzie z okolic sami zaczną się schodzić. Nie pchać się w miejsca typu "Nazaret", gdzie żadnego sukcesu osiągnąć nie można.

[dalej - UZDROWIENIE TRĘDOWATEGO, KTÓRY PYTAŁ]
[poprzednio - UZDROWIENIA CHORYCH W MIEŚCIE]
[do początku]






niedziela, 12 listopada 2017

Co wydarzyło się w Kafarnaum? - c.d.

Dociekając, o czym też to Jezus mówił podczas swojego przemówienia w synagodze w Nazarecie, mówiąc:

I rzekł do nich: Pewnie mi powiecie to przysłowie: Lekarzu, wylecz sam siebie. Tutaj w Twojej ojczyźnie dokonaj tych wielkich rzeczy, które - jak słyszeliśmy - działy się w Kafarnaum. (Łuk. 4,23 BP)

podczas gdy właściwie wszystkie cuda, jakich Jezus dokonał w Kafarnaum, miały miejsce już PO owym niepowodzeniu w Nazarecie, przewertowałem Synopsę ponownie, poszukując jakiejś chronologii wydarzeń.

I tak faktycznie, wg ew. Łukasza r. 4, i ew. Mateusza r. 4, i ew. Mar. r. 1 Jezus przyszedł do Kafarnaum zaraz po pobycie na pustyni, gdzie rozpoczął głoszenie ewangelii, co zostało też raczej dobrze przyjęte. Tutaj też Jezus napotkał Szymona, Andrzeja, Jakuba i Jana - swoich pierwszych uczniów, i tutaj też miał miejsce pierwszy cud/znak z wypełnieniem sieci rybami podczas połowów. Czy miało to miejsce przed Nazaretem, czy po Nazarecie - w każdym razie myślę, że Jezus odnosił się do owego głoszenia w Kafarnaum, które rozpoczął, i którego echo musiało się już rozejść po okolicy (zarówno Kafarnaum jak i Nazaret leżały w Galilei).





sobota, 4 listopada 2017

Syn Szefa

A gdy słońce zachodziło, wszyscy, którzy mieli u siebie chorych, złożonych różnymi chorobami, przyprowadzili ich do niego. On zaś kładł na każdego z nich ręce i uzdrawiał ich. Wychodziły też z wielu demony, które krzyczały i mówiły: Ty jesteś Synem Bożym. A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem.
Łuk. 4,40-41 BW

Jest jeszcze inna sprawa, wynikająca przy okazji studiowania okoliczności uzdrowień: z jednej strony demony, które będąc wyrzucane wykrzykiwały: "Ty jesteś tym Synem Bożym", mówiły prawdę, i to jest to, co się na pierwszy rzut oka widzi. Z drugiej jednak strony myślę, że - jak to złe demony - raczej chciałyby Jezusowi zaszkodzić niż Go wysławiać wniebogłosy. Dlaczego więc tak wykrzykiwały? Czy miałoby to Jezusowi w jakiś sposób zaszkodzić?

Izraelici to był naród religijny, uwikłany w masę religijnych rytuałów i zwyczajów, również kapłańskich, a więc przedstawicieli świątyni. Nazwanie kogoś SYNEM BOGA - to potwarz rzucony prosto w twarz. Niby komplement najwyższej klasy, ale jeśli ktoś by go przyjął i grzecznie podziękował, to tak jakby przytaknął: tak, jestem synem Boga. To było dla Izraelitan jak zbezczeszczenie. Jak przyznanie się pomiędzy współpracownikami: tak, jestem synem szefa (i w domyśle: i z tego powodu mam specjalne prawa tutaj, prawa i przywileje). Nikt nie lubi takich rzeczy, większość raczej znienawidzi taką osobę od razu, nienawidząc istnienie takiego rodzaju układu.

I faktycznie - o ile zwykli ludzie Jezusa pokochali, wędrując za Nim przez cały kraj wzdłuż i wszerz, o tyle Jego "współpracownicy" - czyli kapłani - szczerze Jezusa nienawidzili. Za przyznawanie się do bycia Synem Szefa, i za posiadanie specjalnych praw i przywilejów, i za używanie ich.

Czy cała historia wyglądałaby inaczej, gdyby demony wyrzucane z ludzi nie obwieszczały Jezusa Synem Szefa? Być może kapłani byliby zdystansowani, być może spoglądaliby spod oka, ale może nie byłoby takich gorących odczuć pomiędzy nimi jak szczera nienawiść, chęć zabicia etc.







Uzdrowienia chorych w mieście

A gdy nastał wieczór, przyprowadzili/przynieśli mu wielu opętanych przez demony, i wyrzucił te duchy samym słowem, i wszystkich źle się mających uleczył. Żeby zostało wypełnione to, co zostało powiedziane przez proroka Izajasza, mówiącego: On słabości/bezsiły nasze wziął i choroby/dolegliwości poniósł/podźwignął. 
Mat. 8,16-17 PD

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Mar. 1,32-34 BT

A gdy słońce zachodziło, wszyscy, którzy mieli u siebie chorych, złożonych różnymi chorobami, przyprowadzili ich do niego. On zaś kładł na każdego z nich ręce i uzdrawiał ich. Wychodziły też z wielu demony, które krzyczały i mówiły: Ty jesteś Synem Bożym. A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem.
Łuk. 4,40-41 BW

Najpierw Jezus, po przyjściu do Kafarnaum, uzdrowił jednego opętanego w synagodze, potem teściową jednego ze swoich nowych uczniów, po czym wieczorem, niczym do najlepszej rozrywki w mieście, zaczęli schodzić się do niego inni ludzie, by skorzystać z Jego mocy uzdrawiania. I Jezus robił to, czy to tylko przemawiając (wg ewangelii Mateusza), czy to kładąc ręce na chorego (wg. ew. Łukasza) - w każdym razie skutecznie, bo demony z opętanych wychodziły.

I tutaj jedno pytanie się nasuwa - do Jezusa zostali przyprowadzani chorzy, a potem mowa o wyrzucanych demonach. Czy można stąd wysnuć wniosek, że przyczyną chorób są demony? Mam na myśli: oczywiście że bakterie, zarazki, różne inne mechaniczne albo biologiczne przyczyny, ale czy za tym wszystkim - w tym duchowym wymiarze - stoi jakieś podłe coś, co tylko by chciało nam unieprzyjemnić życie?

Czy może po prostu między tymi chorymi było również tak wielu opętanych? A może opętani byli nazywani również chorymi?

W każdym razie kolejnym warunkiem do uzdrowienia wynikającym z tej historii jest:

1. Chcesz uzdrowienia, to sam przyjdź do Jezusa, albo pozwól się komuś do Niego przyprowadzić.