poniedziałek, 29 września 2014

Psalm 104 - psalm pełen ciekawostek

Uwielbiaj Boga, moja duszo!
Boże mój, Tyś jest tak wielki,
odziany we wspaniałość i majestat,
okryty światłością jakby szatą.

Rozciągnąłeś niebo jak zasłonę,
dźwigary swoich apartamentów zbudowałeś na wodach,
obłoki używasz za swoje wozy,
unosisz się na skrzydłach wiatru.
Wichry są Twoimi posłańcami,
a pioruny twoimi sługami/narzędziami.

Umocowałeś Ziemię na jej podstawach
tak mocno, że nigdy nawet się nie zachwieje.
Otchłanią morską ją przykryłeś,
wody stanęły ponad górami.
Ustąpiły na Twój rozkaz,
pomknęły na odgłos grzmotu Twojego.
Wzniosły się ponad góry,
a dolinami zstąpiły do miejsc, które im wyznaczyłeś.
Potem zakreśliłeś im granicę, by jej nie przekroczyły,
by nie wróciły znów zalać Ziemię.

Sprawiasz, że źródła tryskają strumieniami,
by spływały pomiędzy górami,
by gasiły pragnienie wszystkich dzikich zwierząt,
by gasiły pragnienie dzikich osłów1.
A ponad nimi ptaki mieszkają,
śpiewają spomiędzy gałęzi.

Z Twoich apartamentów zraszasz góry,
owocem swoich dzieł nasycasz Ziemię.
Sprawiasz, że trawa rośnie - dla zwierząt,
i zboże - na użytek człowieka,
aby otrzymywał chleb ze swojej ziemi.
I żeby miał wino, co rozwesela serce człowieka,
i oliwę, rozbłyszczającą twarz człowieka2,
i chleb, wzmacniający serce.

Obficie napojone są drzewa,
i libańskie cedry3, które Bóg zasadził,
a na których ptaki swoje gniazda budują.
Z kolei na cyprysach bociany budują swoje gniazda,
w wysokich górach mieszkają kozice,
a skały dają schronienie góralkom4.

Stworzyłeś księżyc dla wyznaczenia czasu [miesiąca],
słońce zna godzinę swojego zachodu.
Ty sprowadzasz ciemności,
w którą wychodzą dzikie zwierzęta.

Lwiątka ryczą za żerem,
szukają pokarmu od Boga,
a gdy słońce wschodzić zaczyna,
wracają i chronią się w swoich legowiskach.
A potem człowiek wychodzi do swej pracy,
trudzić się aż do wieczora5.

O jak liczne są Twoje dzieła, o Wiekuisty!
Ty wszystko urządziłeś według swojej mądrości,
ziemia pełna jest dóbr!6

Oto morze - rozległe, ogromne,
a w nim zwierząt bez liku,
małych i wielkich.
Po morzu krążą okręty,
oraz Lewiatan7, którego stworzyłeś,
by w morzu baraszkował.

Wszystko to spogląda ku Tobie
w oczekiwaniu na czas Twojego karmienia8.
Ty im go dajesz, a one zbierają,
Ty dłoń swą otwierasz, a one sycą się dostatkiem.

Ale gdy zasłonisz swoje oblicze - trwożą się,
gdy odbierasz im tchnienie -
- marnieją i w proch znów się obracają.
Gdy tchniesz Twego ducha - stwarzasz je na nowo
i odnawiasz oblicze ziemi9.

Niech chwała Pana trwa na wieki,
niech raduje się swoimi dziełami.
Kiedy spojrzy na Ziemię - ona zadrży,
a kiedy dotknie gór - one zadymią.

Póki mego życia starczy,
będę grał i śpiewał dla Boga,
póki istnieję.
Oby podobała Mu się moja pieśń,
a będę dzięki Niemu w dobrym nastroju.

Niech znikną z ziemi wszyscy ci świadomie grzeszący,
i niech już nie będzie ludzi podłych.
Wielbij, moja duszo, Wiekuistego,
alleluja!



  1. Dzikie osły - zwyczajne osły, żyjące dziko. Występują w północnej Afryce i środkowo-wschodniej Azji. Charakteryzują się bardzo niskimi wymaganiami pokarmowymi (źródło 1, źródło 2). Dlaczego Psalmista napisał tutaj właśnie o dzikich osłach?... Być może akurat takie zwierzę przebiegało mu przed namiotem, kiedy właśnie pisał ten psalm... Albo sentyment jakiś czuł - może taki właśnie osioł żonę uratował mu przed obtarciem stóp, dzięki czemu - szczęśliwa - padła mu w ramionach...
  2. Hm, tak sobie myślę, że ta oliwa była chyba jako kosmetyk używana, coś na wzór dzisiejszych pomadek, toników, błyszczków czy czegoś w tym stylu.
  3. Odmiana drzew iglastych, porastający tereny górskie na wysokości 1300-1500 m n.p.m. w Libanie, Syrii i Turcji - czyli na najbardziej zachodnim skraju Azji (źródło 1). (Coś dużo o górach jest w tym psalmie, musiał Psalmista w górach właśnie być i pisać ten psalm). Cedry generalnie są długowieczne (żyją do 500 lat) (źródło 2). Wzrastają do wysokości 40 m, ze średnicą pnia do 2,5 m. W czasach starożytnych drewno cedru libańskiego używane było do budowy dużych budowli, Fenicjanie używali je do budowania statków handlowych i okrętów wojennych, Egipcjanie używali żywicę do mumifikacji. W kulturze żydowskiej cedr libański kojarzony był jako znak "dumy świata" (źródło 3), czyli przypuszczam, że spełniał tę samą rolę, co dzisiaj np. Luwr, Mur Chiński, Wieża Eiffla etc.
  4. Chodzi o zwierzęta. Polskie tłumaczenia mówią o królikach, borsukach, świstakach... Sprawdziłem więc hebrajskie słowo, jakie występuje w tym miejscu, i co o tym mówi hebrajska wikipedia: góralki, a to polska wersja informacji o góralkach. Jest to szczegół, mało ważny, ale fajnie jest wiedzieć i dobrze rozumieć, o co chodzi :)
  5. Pamiętajmy, że jest to Azja Mniejsza, na południe od Europy, czyli słońce zachodzi wcześniej nawet latem, a wahania między długością dnia zimą i latem są o wiele mniejsze. Werset ten nie jest żadnym wytłumaczeniem do pracy do po 12 godzin dziennie ;)
  6. W sensie - wszystkiego, co Bóg stworzył, "wynalazł".
  7. Lewiatan - co to było? Lewiatan.
  8. Nie troszczcie się o to, co będziecie jeść czy pić, albowiem o to wszystko Ojciec wasz, będący w niebie, się troszczy.
  9. Gdy tchniesz swego ducha, stwarzasz je na nowo... - tutaj przypomina mi się momentalnie rozmowa Jezusa z Nikodemem: Z ducha musicie się narodzić... - czyli o ile ze zwierzętami różnie bywało, raczej chodziło pewnie o te nowo narodzone, o tyle z człowiekiem w tym przypadku - można tu dostrzec paralelę do odrodzenia się człowieka na nowo. Do "nawrócenia się". A jeśli tak, to znaczy, że ta idea istniała w przyrodzie już dawno, dawno temu, na długo przed Jezusem i Janem Chrzcicielem, i nie jest to nic "ponadnaturalnego", ale naturalna, zgodna z prawami przyrody, kolej rzeczy.


[inne Psalmy]




sobota, 27 września 2014

Czy Bóg rezygnuje z człowieka? - cz. 1

Andrzej Sieja
kazanie pt. "Czy Bóg rezygnuje z człowieka?"
dostępne w wersji audio tutaj:
http://www.slupsk.adwent.pl/index.php/andrzej-sieja/

Chciałbym, żebyśmy dzisiaj zagłębili się w kolejną historię. Wydarzyła się ona całkiem niedawno.

Kiedy pojawiły się pierwsze skurcze, 30-letnia Melisa Morales powtarzała sobie, że to jest niemożliwe. Miała rodzić dopiero za trzy miesiące. Bóle jednak stawały się coraz silniejsze I częstsze.

Chłopiec. Ważący niespełna 800 gramów i nie większy od dłoni. Urodził się przez cesarskie cięcie, w bostońskim szpitalu w USA. Dziecko to przyszło na świat z licznymi wadami, nie mogło normalnie żyć. W związku z tym rodzice musieli podjąć dramatyczną decyzję. Trudną decyzję. Melisa powiedziała: "Słyszałam jego pierwszy krzyk, ale nigdy nie słyszałam jego płaczu". Potem go zabrano.

George, bo tak został nazwany ten chłopiec, urodził się z wadą tchawicy i przełyku - między nimi była szczelina na tyle duża, że spożywane jedzenie mogło dostawać się do płuc. Lekarze zawyrokowali operacje. Wiele operacji. Nic jednak nie chcieli obiecać.

Po trzech godzinach od porodu chłopiec był operowany aż trzy razy. Po pierwszej operacji chirurg stwierdził, że była udana. Potem jednak zmienił zdanie i zaczął wyliczać schorzenia... Oprócz przetoki w tchawicy dziecko miało nie w pełni wykształcony przełyk, nieprawidłowo wytworzony rdzeń kręgosłupa, złożoną wadę serca, brakowało odbytu i jednej nerki. Miał wadliwy uklad moczowy i układ krążenia. Tak naprawdę w opinii lekarzy George miał zdrowe tylko kończyny.

Kolejne badania wykazały krwawienie wewnątrzczaszkowe. Chłopiec miał skrzep, który uciskał mózg. Czekało go więc kolejnych 9 operacji. Na dziecku, które mieściło się na dłoni. Wszystkie były skomplikowane, o różnym stopniu ryzyka. Do tego dochodziło zagrożenie wadami wzroku, porażeniem mózgowym, upośledzeniem.

Ojciec chłopca, płacząc, powiedział: "Mój syn nigdy nie zagra w piłkę".

Potem było jeszcze gorzej. Najpierw lekarz mówił o pewnym szczęściu w operacjach. "Najpierw miało być ich 9, potem - nikt nie wiedział, ile tych operacji go czeka. Miał być przycinany tu i tam, ale czy to da mu zdrowie? Czy będzie chodził? Czy mnie rozpozna?" - mówiła Melisa.

Dwa razy dziennie miał wykonywaną punkcję. Wymagał częstego podłączania do respiratora.

10 stycznia Moralesowie spotkali się z Cristine Michelle, przewodniczącą komisji etyki lekarskiej. Usłyszeli, że jedną z dróg wyjścia, którą mogą wybrać, jest też zgoda na śmierć. Jednak doktor operujący dziecko był przekonany, że wszystkie anomalia dziecka, co do jednej, można naprawić. To musi jednak potrwać. Może 5 lat.

Zastanawiali się, ile jeszcze tych operacji musi być przeprowadzonych, żeby dziecko żyło. "Co pan zrobiłby, gdyby George był pańskim synem?" - zadali pytanie chirurgowi. Lekarz odmówił odpowiedzi. Potem odbyło się decydujące spotkanie, trwające półtorej godziny, z 15 lekarzami-specjalistami i po osobistej naradzie państwo Moralesowie podjęli ostateczną decyzję. Nie zgodzili się na kolejne operacje. Wszyscy zrozumieli ich stanowisko. Oprócz tego chirurga, który nigdy się nie poddawał. Powiedział: "Nadzieja to przecież potężna siła. Jeśli jeśli jest chociaż cień szansy, że ktoś, kogo kochasz, będzie żył, chwytasz się jej z całych sił! Który lekarz proponowałby z tym walczyć, próbowałby? Który powiedziałby matce: Przykro mi, ale dla pani syna już nie ma nadziei? Jednak zdarza się, że tej nadziei po prostu nie ma - a wtedy lekarz powinien to powiedzieć."

Kolejnego dnia po podjęciu tej decyzji Melisa przyszła odwiedzić swojego synka. Z głowy zdjęto mu część bandaży i wenflonów. Po raz pierwszy od urodzenia wzięła swoje maleństwo na ręce. Powiedziała: "Było mi bardzo, bardzo ciężko podjąć taką decyzję". George został odłączony od respiratora o godz. 18:00 i Melisa kołysała go w ramionach, dopóki biło mu serce. Zatrzymało się o 20:05.

Tyle historii. Jakże trudno podjąć TAKĄ decyzję. Nawet jeśli nawet logika podpowiada, że TRZEBA coś zrobić. Może zrozumieć to tylko matka, która urodziła i musi taką decyzję podjąć. Co dzieje się w sercu przy podejmowaniu TAKIEJ decyzji? Najtrudniej jest przecież zrezygnować z tego, co jest "nasze", a już absolutnie najtrudniej - zrezygnować z własnego dziecka.

00.01-08.38

c.d.n.




piątek, 26 września 2014

Dobra Nowina Marka, 5.2.

Kiedy Jezus powrócił przez jezioro łodzią z powrotem na drugą stronę jeziora, zebrał się tam znowu wielki tłum ludzi. Gdy jeszcze był przy brzegu, przyszedł jeden z uczonych z synagogi, Jair. Kiedy tylko zobaczył Jezusa, rzucił mu się do stóp i błagał go:
- Moja mała córeczka umiera. Przyjdź i połóż swoje ręce na nią, żeby wyzdrowiała i mogła żyć.
Jezus poszedł z nim, a za nim podążał ten duży tłum, nacierający na niego.

Była tam pewna kobieta, która miała krwawienia od dwunastu lat. Nachodziła ona mnóstwo lekarzy, wydała na nich wszystko, co posiadała, bez uzyskania jakiejkolwiek pomocy. A nawet było jeszcze gorzej. Pewnego razu usłyszała o Jezusie, i zbliżyła do niego, od tyłu, przeciskając się przez ten tłum, a potem dotknęła jego kapoty. Myślała sobie bowiem: "Jeśli tylko dotknę jego ubrania, stanę się zdrowa". Jej krwawienie ustało wtedy od razu, i poczuła też po swoim ciele, że została całkowicie uzdrowiona ze swoich dolegliwości.

Równocześnie też i Jezus uświadomił sobie, że jego "moc" nagle "została użyta", obrócił się i spytał w tłum:
- Kto dotknął mojego ubrania?
- Widzisz, jak tłum naciera na ciebie ze wszystkich stron - odpowiedzieli uczniowie - i pytasz się, kto cię dotknął?!
Ale Jezus rozejrzał się wokół, żeby dostrzec tego, który to zrobił. Kobieta zlękła się i zadygotała, bo wiedziała dobrze, co się z nią nagle stało, a potem podeszła do Jezusa, rzuciła mu się do nóg i opowiedziała o tym wszystkim.

A wtedy Jezus powiedział do niej:
- Twoja wiara cię uzdrowiła, córko. Idź w pokoju. Jesteś uzdrowiona, pozbyłaś się swoich dolegliwości.

Podczas gdy on jeszcze mówił, nadeszli ludzie z domu owego uczonego i powiedzieli:
- Twoja córka umarła. Dlaczego więc jeszcze "zawracasz głowę" Mistrzowi?
Jezus usłyszał to, co zostało powiedziane, i powiedział do tego uczonego:
- Nic się nie bój, tylko wierz!
A potem pozwolił podążyć za nim Piotrowi, Jakubowi i Janowi, bratu Jakuba. A kiedy przyszli do domu tego uczonego i zobaczył płacz i lamenty, wszedł do środka i powiedział do nich:
- Dlaczego tu płaczecie i zawodzicie? Dziecko nie jest martwe, ona śpi.
A oni go wyśmiali. Ale on wyprosił wszystkich, wziął ze sobą tylko rodziców dziecka oraz tych, którzy z nimi byli, a potem wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Potem wziął on je za rękę i powiedział:
- Talita kumi!
A znaczyło to tyle co: "Dziewczynko, wstań!". Wtedy nagle dziewczynka podniosła się i obeszła dookoła. Miała ona dwanaście lat. I wszyscy osłupieli z tego zdziwienia. Ale on polecił im stanowczo, że nikt nie powinien wiedzieć o tym, i że powinni dać jej coś do jedzenia.

na podstawie: Mar. 5,21...43

[dalej]
[do początku]



środa, 24 września 2014

Apokalipsa, 2 - Czy "apokalipsa" to koniec świata?

Odsłonięcie Jezusa Chrystusa, które dał mu Bóg, by pokazać Jego sługom... (Obj. 1,1 NBG)

Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał mu Bóg, aby ukazać sługom swoim to, co ma się stać wkrótce... (BW)

Objawienie Jezusa Pomazańca, które dał mu Bóg, by pokazać tym Jego sługom, co jest konieczne, by stało się szybko i wskazał wysławszy przez zwiastuna/posłańca Jego słudze Jego, Janowi (PD)

Hm, widzę, że najciekawiej jest czytać bezpośrednią transkrypcję grecką... Znając m.in. gramatykę rodzajników określonych, która nie istnieje w języku polskim, można nieco inaczej/głębiej zrozumieć tekst... Potraktujmy to jako zabawę.

Przykładowo - słowo objawienie to po grecku apokalypsis. Stąd Apokalipsa. Czyli generalnie pierwotne znaczenie słowa "apokalipsa" to nie był koniec świata, jakiś pogrom, ogrom zniszczenia etc., ale... "objawienie" właśnie. Objawienie, czyli odkrycie pewnych faktów, wyjawienie ich, "odsłonięcie" - jak to nazywa NBG. Stąd nazwa księgi: "Objawienie apostoła Jana".

... Jezusa Pomazańca... Greckie słowo, z którego pochodzi określenie "Chrystus", to inaczej "Pomazaniec", czyli "wybraniec", "wybrany przez Boga", "pomazany" przez Boga. "Pomazany" współcześnie można by rozumieć jako "namaszczony". A namaszczenie polega na .... Nie, nie na posmarowaniu olejkiem czy oliwą. Namaszczenie to "namaszczenie Duchem Świętym", co też stało się z Jezusem, podczas Jego chrztu w Jordanie. Może ta oliwa to tylko symbol Ducha, tak jak woda i chleb bardzo często są symbolem Jezusa?... Tak czy siak - "Chrystus" to po polsku "Pomazaniec", "Wybraniec", "Namaszczony".

... co jest konieczne, by stało się szybko... - jak szybko? Inne tłumaczenia mówią: "wkrótce", "niebawem". Od tamtego czasu minęło... niemal dwa tysiące lat. Jak szybko jest "wkrótce"? O ile dobrze pamiętam, gdy czytywałem fragmenty Apokalipsy kiedyś - mowa tam jest o bardzo rozciągniętych czasach, począwszy od średniowiecza, czy od wczesnego kościoła chrześcijańskiego nawet. Tak więc czas realizacji tej księgi, proroctwa (takiego typowego, mówiącego o przyszłości), nadszedł praktycznie bardzo szybko, niedługo po śmierci Jana.

Konkrety - mam nadzieję, że dojdę do nich później. Ale generalnie studiuję to z nastawieniem przeczytania "Ewangelii Samego Jezusa", więc będę starał się wyciągnąć więcej przesłania Jezusa, niż jakichś odniesień do dziejów historii... Chyba zresztą nie jestem w tym dobry, za mało faktów historycznych pamiętam.

Tak czy siak - o ile czas realizacji proroctwa z Apokalipsy rozpoczął się niedługo po śmierci Jana, a więc "szybko", o tyle jest on bardzo rozciągnięty w czasie. Jeśli więc dzisiaj, w roku 2014, wciąż nie widzimy, żeby działa się jakaś "apokalipsa" (w tym katastroficznym sensie) na świecie, to nie znaczy to, że Księga Apokalipsy to jakaś legenda.

Chociaż z drugiej strony... Czy faktycznie nie mamy dzisiaj "apokalipsy"?... Każdy zna tę historię o żabie - jeśli wrzucić żabę do gotującej wody, to wyskoczy. Od razu. Ale jeśli wrzucić ją do zimnej wody, a potem powoli tę wodę podgrzewać i na końcu zagotować - żaba ugotuje się razem z nią. Pamiętajmy, że człowiek ma potężne możliwości adaptacyjne, łatwo mu się przystosować do otaczającej rzeczywistości. Bardzo łatwo jest przestać zauważać, że coś jest nienormalne.

Przykładowo - obejrzałem niedawno kilka filmów amerykańskich. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak tam powszechne jest mówienie o Bogu, mówienie o "przyjęciu Jezusa" etc. Widać to na wielu filmach. W USA odsetek ludzi wierzących w teorię ewolucji jest o wiele mniejszy, niż w Europie. Podobnie - miałem okazję być w Indonezji. Kraj azjatycki, leżący prawie koło Australii, w którym panują zupełnie inne realia życia. Kraj w 85% muzułmański. Objawy religijności (muzułmańskiej co prawda) są tam widoczne wszędzie - na dworcach kolejowych i lotniskach znajdują się specjalne pomieszczenia do modlitw, podobne można spotkać w centrach większych miast (byłem w trzech takich miastach). W hotelach można spotkać namalowaną na suficie strzałkę wskazującą kierunek na Mekkę (muzułmanie modlą się z twarzą zwróconą w kierunku Mekki właśnie). Na ulicach bardzo często porozstawiane są głośniki z dobiegającą z nich pięć razy dziennie modlitwą.

To wszystko jest co prawda o muzułmanach, ale za to spotkałem tam pewną rodzinę, rodzinę chrześcijańską. Będąc z tą rodziną mogłem tylko podziwiać, jak naturalne są modlitwy przed każdym posiłkiem, poranne "chwalenie Boga", wieczorne rozmowy o Nim... Bóg jest tam obecny cały czas. Jest częścią ich życia. I nie miało żadnego wpływu to, że poszczególni członkowie tej rodziny należą do trzech zupełnie różnych denominacji.

A potem wróciłem do Europy. I zobaczyłem TO. Temat Boga w Europie to prawie jak temat tabu. Przyznanie się do wiary w Boga, to jak świadome narażanie się na pośmiewisko: "co??? taki zacofany jesteś? zobacz, całe średniowiecze ludzie wierzyli w Boga, przecież to ciemnota jest, głupota...". Nawet jeśli ktoś wierzy, to "ukradkiem" chodzi do swojego kościoła i tam rozmawia o Nim. A jak tu potraktować słowa Jezusa: "Idźcie i nauczajcie narody z całego świata"? Jak, skoro tutaj, w Europie, nikt nie chce słuchać o Bogu? Bo to przecież takie niemodne, zacofane... Dodatkowo tak wielu jest ludzi, którzy przychodzą do drzwi wiele razy, chcąc mówić o Nim, nawet niechciani, nie szanując tego, że ludzie nie chcą rozmawiać - nachodzą ich wiele razy, i chcą mówić o Biblii... Ale czy to o Biblii powinniśmy rozmawiać? Jaki w tym sens, skoro ludzie nie czują potrzeby czytania Biblii? Ludzie potrzebują wsparcia, potrzebują zobaczyć opiekę Boga w życiu codziennym, potrzebują mieć komu zaufać w kryzysowych sytuacjach... To właśnie jest "nasza" ewangelia, "dobra nowina", o której powinniśmy rozmawiać. Tak uważam.

Inną przyczyną jest też to, że dzisiejsza nauka mówi, że Boga nie ma, a świat powstał z Wielkiego Wybuchu małej kropki. Wszyscy ludzie, zwierzęta, robaki, rośliny - wszystko pochodzi od paru białek powstałych w amoniakowej zupie... Notabene - do dzisiaj nie ustalono, jak to mogło się odbyć, bo o ile prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zdarzenia jednorazowo jest niewiarygodnie małe, to już prawdopodobieństwo wystąpienia całego ciągu takich zdarzeń wystarczająco długo, by z owych połączonych aminokwasów mogło wykształcić się cokolwiek organicznego - jest absolutnie znikome. Prawdopodobieństwo wygrania głównej nagrody w Toto Lotka przy tym to prawie jak pewność...

Tak więc świadomość istnienia Boga w Europie jest bardzo znikoma. Wręcz nawet gorąco zaprzecza się temu przy każdej możliwej okazji. Ja rozumiem, że wielu ludzi łączy Boga z Kościołem Powszechnym, i wielu ludzi kojarzy Kościół Powszechny głównie z błędami, zacofaniem ze średniowiecza etc.... ale bez przesady. Zima też jest kojarzona głównie ze śniegiem, ale to nie oznacza, że każdej zimy jest śnieg, i że śnieg pada tylko zimą. Są to dwie oddzielne rzeczy, które łączy tylko to, że istnieje duże prawdopodobieństwo wystąpienia ich razem. Ale przecież niekoniecznie - jak wiele było zim, podczas których śnieg nie spadł w ogóle, i jak często zdarza się zobaczyć śnieg jeszcze jesienią, w listopadzie, albo nawet wiosną, nawet w maju!

Podobnie jest z wiarą w Boga i istnieniem kościoła, jakiegokolwiek kościoła, nie tylko Powszechnego - są to dwie oddzielne rzeczy, których prawdopodobieństwo wystąpienia razem jest duże, ale nie jedyne. Może wystąpić prawdopodobieństwo istnienia kościoła bez wiary, a może również wystąpić prawdopodobieństwo istnienia wiary, bez przynależności do kościoła.

Chcę przez to wszystko powiedzieć, że tak bardzo oddaliliśmy się od Boga, tak bardzo usilnie zaprzeczamy choćby możliwości Jego istnienia, tak bardzo przywykliśmy do naszych "faktów naukowych" (nie wnikając w - czy wręcz nawet ignorując - błędy w datowaniu, w historię pochodzenia "milionów lat" egzystencji wszechświata etc.), tak bardzo zrażeni jesteśmy często postawą osób uznawanych powszechnie za duchowne (tak, media bardzo lubią nagłaśniać wszelkie wpadki czy to księży, czy to innych osób związanych z religią; za to skrzętnie lubią pomijać wszelkie dobre strony religijnych osób), że jesteśmy jak ta żaba wrzucona do zimnej wody. Nawet nie zauważamy, że woda jest wciąż gorętsza i gorętsza. Jeśli nie spostrzeżemy tego w porę, zostaniemy ugotowani na twardo...






"Dobrze wiem, czego ci potrzeba"

Przyszło mi do głowy pewne porównanie. Otóż jak powiedzieć komuś pochodzącemu z tropików, w jaki sposób ma się ubrać na zimę, gdyby miał przybyć tutaj, w północne rejony świata? Jak wytłumaczyć wełniany szalik na usta, kaptur chroniący przed zamiecią, getry chroniące przed wpadaniem śniegu do butów, parujące okulary przy każdorazowym wejściu do sklepu czy autobusu? Nie da się. Jedyna droga to powiedzieć: nie martw się o to. Nie zdołasz pojąć tutejszych warunków, zanim tu nie przyjedziesz. Zostaw to na mojej głowie - ja znam tutejsze realia doskonale i dobrze wiem, czego ci potrzeba. Nikt lepiej ode mnie nie zdoła Ci przygotować odpowiedniej odzieży czy warunków do mieszkania. Skup się tylko na utrzymaniu kontaktu ze mną, i na znalezieniu sposobu, by się tutaj dostać - samolotu, wizy etc.

W tym momencie słowa te wydały mi się znajome: mi się znajome: Bo któż z was, troszcząc się, może dodać jeden łokieć do swojego wzrostu? I dlaczego martwicie się o ubranie? Przypatrzcie się kwiatom polnym, one nie pracują i nie przędą, a powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany, jak jeden z nich. Jeżeli więc Bóg tak przystraja polną trawę, która dziś jest, a jutro w piec będzie wrzucona, to o ileż bardziej was (...)? Nie troszczcie się zatem, mówiąc: Co będziemy jedli, albo: Co będziemy pili, albo: W co się ubierzemy, bo o to wszystko zabiegają poganie. A Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Ale szukajcie najpierw Królestwa Boga, i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane (Mat. 6,27-33 NBG/BP/BW).

"Czy możesz dodać coś do twojego wzrostu? Skoro nawet na to nie masz wpływu, to dlaczego się tak zamartwiasz? Nie rób tego, nie zdołasz pojąć tego, co przyniesie ze sobą życie. Pozwól mi to zrobić, pozwól mi przygotować ubranie i warunki dla ciebie, nikt inny lepiej ode mnie tego nie zrobi. Skup się tylko na byciu ze mną, utrzymaniu kontaktu, i obierz za cel przybycie tutaj, do Państwa Boga..."



wtorek, 23 września 2014

KŁAMLIWE FAKTY, 13., Początek teorii Darwina

Kent Hovind
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 13

Kolumna geologiczna to bujda. To jedno z największych kłamstw, jakie pojawiły się w historii ludzkości. Gdy zaczęto tego nauczać w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku, to ludzie stopniowo oddalali się od nauczania biblijnego do poglądu lansowanego przez szkockiego prawnika Lyalla, że każda warstwa ma inny wiek. To nauczanie miało naprawdę silny wpływ na młodego kaznodzieję z Anglii. Dopiero co ukończył szkołę biblijną. Nazywał się Karol Darwin.

Jedyny stopień naukowy, jaki Darwin zdobył, był z teologii. Nazywa się go wielkim naukowcem, ale faktycznie wszystko co zdobył, to stopień naukowy z teologii. To oczywiście nic złego. Tyle jednak, że on nie był naukowcem!

Karol Darwin wypłynął w rejs dookoła świata, aby zbierać owady. Zdecydował się wziąć ze sobą kilka książek, bo miał wyjechać na pięć lat. Zabrał Biblię i książkę Charlesa Lyella "Zasady geologii". Ta książka zmieniła jego życie na zawsze. Napisał potem do przyjaciela: "Niewiara wdzierała się we mnie bardzo powoli, ale skutecznie. Na tyle wolno, że nie czułem zagrożenia"*.

Tak przy okazji - kiedy zmarł, to jego żona powiedziała, że na łożu śmierci pokutował. Ta pogłoska krąży do dziś, nikt nie wie tego na pewno.

Darwin, żeglując wokół świata, zatrzymał się na wyspach Galapagos. Tam zauważył, że jest 14 różnych odmian ziarnojadów, które różniły się kształtami dziobów.

Karol nie bardzo lubił ptaki. Hodował co prawda gołębie, ale lubił też robaki. Taak, był nieco dziwny... Wystrzelał wszystkie ptaki, myśląc, że pomoże robakom... Zebrał więc wszystkie te ptaki i zauważył, że było 14 odmian ziarnojadów. Zbadał je uważnie i powiedział: "Myślę, że wszystkie te ptaki mają wspólnego przodka".

Tak, Karol, na pewno. I to był ptak.

A potem Karol powiedział: "Może to dowodzi, że ptaki są spokrewnione z bananami?" Powiesz: "O nie, tego nie powiedział". Ależ tak! Mam tu jego książkę! Darwin napisał: "To prawdziwie cudowny fakt, że wszystkie zwierzęta i rośliny, przez cały czas i w całej przestrzeni, są ze sobą spokrewnione"**. Czy więc nie znaczy to, że uważał, że ptaki i banany są ze sobą spokrewnione? Zdecydowanie tak!

Ale to jest kłamstwo. Nie ma żadnego dowodu, żeby jakieś zwierzę było spokrewnione z innym rodzajem zwierzęcia, chyba że związane ze wspólnym "projektantem"...

40.11-43.27

* - List do Russella Wallace z roku 1868. 
** - Karol Darwin, O pochodzeniu gatunków, s. 170. 




Dlaczego używam różnych tłumaczeń Biblii?

Dlaczego używam różnych tłumaczeń Biblii?

BW, Biblia Warszawska - na niej się wychowałem, ale ponieważ tłumaczy było wielu, to jedne fragmenty są przetłumaczone lepiej, inne gorzej. Co później wychodzi w praniu, podczas dociekania i porównywania tekstów z innymi tłumaczeniami, a zwłaszcza z Przekładem Dosłownym.

BG, Biblia Gdańska - chyba najwierniej oddane tłumaczenie, pierwsze zresztą w języku polskim, ale pisane w mowie staropolskiej - wiele rzeczy dzisiaj jest niezrozumiałych lub ma nieco inne znaczenie.

BGU, Biblia Gdańska Uwspółcześniona - uwspółcześniony tekst Biblii Gdańskiej. Wadą jest to, że tłumaczenie to było pisane na bazie Biblii Gdańskiej, a niezrozumiałe fragmenty pisane na bazie innych polskich tłumaczeń metodą "większościową" lub "priorytetu zrozumienia tematu wg BG" - czyli w zasadzie metodą wg uznania piszącego. Używałem tego tłumaczenia do pewnego czasu, potem przestałem.

NBG, Nowa Biblia Gdańska - wcześniej pomijałem to tłumaczenie, ale jakiś czas temu odkryłem jego zalety. Pisana na bazie Biblii Gdańskiej, z przełożeniem na język współczesny, w wątpliwych kwestiach/wyrażeniach - tłumaczone ponownie z języków oryginalnych, a nie - jak w przypadku BGU - na podstawie innych tłumaczeń, czy "literackiej większości".

BT, Biblia Tysiąclecia, wyd. II - tłumaczenie najbardziej znane, a wczesne wydanie gwarantuje znikomość różnych zmian dokonanych "pod teorię" Kościoła Katolickiego (nie studiowałem dokładnie, ale spotkałem się z opiniami, że wyd. dziewiąte ma już sporo takich zmian). Z tego samego względu nie używam Przekładu Nowego Świata.

BP, Biblia Poznańska - piękny przekład, bardziej przyjazny czytelnikowi niż BT, ale zawiera fragmenty przetłumaczone wg światopoglądu tłumacza. Np. dar prorokowania został przetłumaczony jako dar przemawiania pod natchnieniem Bożym - co częściowo jest prawdą, bo faktycznie prorokowanie odbywa się ściśle pod natchnieniem Ducha i nie jest to możliwe w żaden inny sposób, nie jest to jednak konkretnie dar przemawiania, ponieważ przemawianie kwalifikuje się bardziej pod dar nauczania, natomiast dar prorokowania to również dar podbudowywania społeczności (wspierania) czy "widzenia" czegoś w sercu innego człowieka.

PD, Przekład Dosłowny - dostępny jest tutaj: Ewangeliczny Przekład Interlinearny Biblii. Przekład bardzo ceniony przeze mnie ze względu na możliwość śledzenia występowania poszczególnych słów w języku greckim (większościowo oryginalnym języku Nowego Testamentu), dopuszczalnych ich znaczeń, pozwala "wyśledzić" formę gramatyczną, pozwala też stwierdzić, czy w danym tekście możliwe jest inne jego zrozumienie pod względem logicznym, niż w oficjalnie podanych przekładach. Piękny przekład dla lubiących rozgryzać łamigłówki :)

Nie korzystam z BR (BWP), czyli Biblii Romaniuka (inna nazwa: Biblia Warszawsko-Praska), ponieważ jest to przekład chyba najbardziej przyjazny, gładki, przyjemny, najlepiej zrozumiały dla czytelnika, ale często w najmniej wierny sposób oddający pierwotną myśl. Czasem co prawda dobrze byłoby zacytować coś akurat z tego przekładu (kiedyś bardzo go lubiłem), ale w "trybie dociekania", jaki tutaj prowadzę, na tym blogu, mijałoby się to z celem - zależy mi tutaj na tekście jak najbardziej precyzyjnym, wiernym, a nie pięknym i gładkim, do "lekkiego" poczytania.

Czasami, gdy mowa o Starym Testamencie, uciekam się do pomocy tego serwisu: Biblia - wydanie interlinearne. Za pomocą dostępnego tam tekstu hebrajskiego oraz translatora google można się tym tekstem nieco "pobawić", o ile pomoże to w lepszym zrozumieniu... Robię to raczej rzadko.

Dodatkowo, w seriach typu "Jan prosto" etc., używam przekładu norweskiego (2011), tłumacząc go na język polski. Jaki w tym sens? Otóż taki, że tłumacząc muszę skupić się nad sensem niemal każdego słowa, nad użytą formą, a porównując potem różnice między tym tekstem a tekstem polskich przekładów, oraz Przekładu Dosłownego - czasami dochodzę do ciekawych dla mnie wniosków. Taka forma studiowania motywuje mnie też do dokładnego czytania tekstu, a nie "przelecenia" całego rozdziału w minutę czterdzieści sekund, i nie pozwala za prędko zapomnieć o treści, która była tam zawarta.

Dodatkowo czasami dzielę się moimi przemyśleniami z pewną osobą, robię to w języku angielskim, a wówczas posługuję się przekładem NKJV, New King James Version, ponieważ uznaję go za tego samego typu przekład, co NBG. I mam nadzieję, że nie jestem w błędzie. W każdym razie - nawet wówczas czasami widzę jakieś słówko/zwrot stawiające treść w nieco innym świetle, będące bodźcem do powstania kolejnych refleksji.

Tak czy siak - wszystko to tutaj jest moim subiektywnym odbiorem, subiektywnymi myślami, wnioskami opartymi na mojej własnej wiedzy, czasem na informacjach wyszukanych gdzieś w czeluściach internetu, książek etc., oraz na moich własnych doświadczeniach życiowych. Każda inna osoba, czytając te same teksty, może je odebrać zupełnie inaczej, zobaczyć zupełnie coś innego, może skojarzyć je z zupełnie czymś innym... Jeśli tak, to zapraszam to podzielenia się* tymi myślami, wnioskami, niech każda wspierająca myśl ujrzy światło dzienne i ma szansę kogoś wesprzeć, podbudować :)






Apokalipsa, cz. 1 - Ewangelia Samego Jezusa

Pewnego dnia czytałem siedziałem i czytałem coś sobie. I nagle przeczytałem: Ja, Jezus, posłałem mojego anioła... (Obj. 22,26 BP) Zaraz zaraz, pomyślałem. "Ja, Jezus"? Przyzwyczaiłem się, że w Starym Testamencie pełno jest zwrotów typu "Tak mówi Bóg", ale tutaj tak bezpośrednio: "Ja, Jezus"? Przyzwyczajony do czytania ewangelii, gdzie Jezus zawsze jest osobą trzecią, ten zwrot tutaj wprawił mnie w lekkie osłupienie. Zaraz, a czy nie jest na początku Apokalipsy - pomyślałem dalej - napisane, że jest to księga samego Jezusa?...

No i jest, pierwsze słowa tej księgi to: Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał mu Bóg, aby ukazać swoim sługom to, co wkrótce musi się stać, a (co) przez posłanie swego anioła wskazał (On) swemu słudze Janowi (Obj. 1,1 PD*).

Czyli - przyszło mi do głowy - Księga Objawienia Apostoła Jana to właściwie nie jest to Objawienie Jana, ale Objawienie Samego Jezusa, Księga Samego Jezusa Chrystusa, Jego własna Ewangelia, Jego własna "dobra nowina" ("dobra nowina" to znaczenie słowa "ewangelia" z greckiego). To wszystko, co mówił On podczas swojego pobytu na ziemi, ten ogólny sens - czyli Bóg jest naszym Najlepszym Ojcem, który czeka na nas w Państwie Boga, w "domu, w którym jest wiele mieszkań", i nawet konkretne rzeczy, jak to, co ma się zdarzyć (jak w Ew. Mateusza r. 24), i jeszcze coś... Nie wiem dokładnie co, bo w zasadzie nigdy nie przeczytałem tej księgi tak ot, jednym ciągiem. Ale skoro jest to Ewangelia Samego Jezusa, to zróbmy to...

* - http://biblia.oblubienica.eu/interlinearny/index/book/27/chapter/1/verse/1

[dalej]



poniedziałek, 22 września 2014

Dobra Nowina Marka, 5.1.

Potem przybyli na drugą stronę tego jeziora, do kraju Gerazeńczyków. Gdy tylko Jezus uczynił krok wychodząc z łodzi, przybiegł do niego z grobowców człowiek. Miał on w sobie "nieczystego ducha" [demona], i w tych grobowcach mieszkał. Nikt nie był w stanie go związać, nawet porządnymi linami. Zakuwano często jego nogi w kajdanki i krępowano linami, ale zarówno jedne jak i drugie zrywał on z siebie. Nikt nie mógł nad nim zapanować / go poskromić. Dniem i nocą jego krzyk wypełniał okolicę grobowców i gór, i tłukł sam siebie kamieniami / tłukł się o skały.

Kiedy tylko więc zobaczył Jezusa, przybiegł do niego, rzucił się do nóg i zawołał:
- Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam cię w imieniu Boga: nie dręcz mnie!
Bo Jezus powiedział do niego wcześniej:
- Opuść tego mężczyznę, ty nieczysty duchu!
A teraz zapytał się go Jezus:
- Jak się nazywasz?
- Nazywam się Legion - odpowiedział - bo jest nas wielu.
I zaklinał Jezusa, żeby nie wyrzucał go z tej okolicy.

A było tam, w okolicy, duże stado świń, które pasło się pod górami. Te nieczyste duchy prosiły go:
- Wyślij nas do tych świń, możemy wejść w nie!
Jezus na to pozwolił. Opuściły więc te nieczyste duchy tego mężczyznę i wypełniły tamto stado świń, około dwóch tysięcy zwierząt, a potem skoczyły w dół zbocza, wprost do wody, i się potopiły.

A ci, którzy te świnie paśli, uciekli z tego miejsca do miasta i do okolicznych wiosek, a ich mieszkańcy z miejsca ruszyli zobaczyć na własne oczy, co się stało. Kiedy przyszli przed Jezusa, zobaczyli tego, który wcześniej miał w sobie ów "Legion", siedzącego ubranego i przy zdrowych zmysłach. Wtedy chwycił ich strach. Ci, co widzieli, opowiadali pozostałym o tym, jak to wszystko było z tym, co miał te nieczyste duchy, i z tymi świniami. Wtedy błagali Jezusa, żeby odszedł z ich okolicy.

Jezus wszedł więc do łodzi, a ten, co miał te nieczyste duchy, prosił, by móc z nim zostać. Ale Jezus nie pozwolił mu na to. Powiedział:
- Idź do domu, do swoich, i powiedz im wszystko, co Pan zrobił dla ciebie, i jak zlitował się nad tobą. Odszedł więc z tego miejsca i zaczął rozsławiać w okolicy Dekapolis wszystko, co Jezus dla niego zrobił. A wszyscy się temu dziwili.

na podstawie: Mar. 5,1...20

[dalej]
[do początku]



niedziela, 21 września 2014

List Jakuba, 5.3., Wstawiennictwo o opiekę

Czy jest tam ktoś między wami, kto cierpi? To niech się modli. A jeśli jest ktoś, kto w naturalny sposób jest zadowolony z życia, bo ma takie usposobienie, to niech śpiewa coś pozytywnego. Jeśli ktoś jest chory, niech poprosi do siebie starszych ze swojego zboru, a ci niech się modlą za niego, namaszczą go olejkiem w imieniu Pana. Wówczas modlitwa płynące z wiary uratuje tego chorego, a Pan podniesie go [z łóżka?]. Jeśli popełniał jakieś grzechy, zostaną mu one wybaczone.

Wyznawajcie więc wasze grzechy sobie nawzajem i módlcie się za siebie - tak możecie zostać uleczeni. Bo modlitwa człowieka sprawiedliwego naprawdę działa i wiele dokonuje. Eliasz był człowiekiem podlegającym takim samym warunkom jak my. Prosił głęboko, żeby nie padało, a wtedy trzy i pół roku nie spadł żaden deszcz na ziemię. Potem modlił się znowu, na nowo, a wtedy niebo dało deszcz, a ziemia znowu wydała plon.

Moi najdrożsi! Jeśli ktoś z was pobłądzi od prawdy, a ktoś inny da mu zawrócić, wtedy wiedzcie: ten, który da grzesznikowi zawrócić z tych jego własnych dróg, ocala jego duszę od śmierci i przykrywa wiele grzechów.

na podstawie: Jak. 5,13...20




czwartek, 18 września 2014

"Mały plecak" - dlaczego potrzebuję Boga?

Błogosławiony Pan każdego dnia! On dźwiga nasze brzemię, On, Bóg, wybawieniem naszym. 
Ps. 68,20 BP

Bóg, który dźwiga nasze brzemię. Doceni to tylko ten, kto zdaje sobie sprawę, jak wielki bagaż obciążeń na sobie ma - jak wiele jest rzeczy nabytych w przeszłości - mam tu na myśli wszystkie te nasze przeżycia, doświadczenia etc., które mają wpływ na rodzaj i sposób podejmowanych decyzji dzisiaj. Oraz na dzisiejszy nasz sposób myślenia. Tzw. "bagaż doświadczeń".

Jak wielki "plecak" mam? Każdy ma jakiś. Czy jest możliwe pozbyć się plecaka całkowicie?... Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mat. 11,28 BT) - to słowa Jezusa. Czy Jezus pomaga nosić nasz "bagaż"? Skoro Jezus zaprasza nas do siebie, obiecując pokrzepienie... Czy Jezus pomagał ludziom znosić ich choroby? Dawał im tabletki przeciwbólowe pomagające znosić ból czy coś takiego? Nie, on całkowicie zdejmował z nich te choroby. Ba - nie tylko fizyczną chorobę, ale także oczyszczał wewnętrzną, duchową stronę człowieka. Oczyszczał "bagaż doświadczeń"?...

Jednak czasami, mimo wielu modlitw, starań etc. - cały czas nosimy w sobie coś, czego nie potrafimy się pozbyć. Czyżby nasza wiara była za mała? Modlitwy "za słabe"? Nie sądzę... Paweł napisał: Abym zaś ogromem objawień nie pysznił się, w moje ciało został wbity kolec, jakby wysłannik szatana, który mnie policzkuje, abym nie unosił się pychą. Dlatego trzy razy prosiłem Pana, aby odstąpił ode mnie, ale Pan mi odpowiedział: "Wystarcza ci moja łaska. Moc okazuje swoją skuteczność w słabości" (2 Kor. 12,7 BP). Co to znaczy? Otóż... Moglibyśmy jeść tylko raz w roku. Ale wtedy niepotrzebna byłaby nam kuchnia. Aby więc istnienie kuchni miało sens - jemy trzy razy dziennie. Oczywiście, że związek przyczynowo-skutkowy jest tutaj zupełnie inny, ale parafrazując - tak to właśnie wygląda. Są ludzie, którzy - gdyby im zabrać wszystkie ich słabości - zaczęliby zadzierać nosa wyżej, niż znamy kosmos w tej chwili.

Jak w tej historii z Nebukadnezarem: To wszystko wydarzyło się Nebukadnesarowi: gdy bowiem król Nebukadnesar po upływie dwunastu miesięcy przechadzał się po pałacu królewskim w Babilonie, odezwał się król i rzekł: Czy to nie jest ów wielki Babilon, który zbudowałem na siedzibę króla dzięki potężnej mojej mocy i dla uświetnienia mojej wspaniałości? Gdy słowo to było jeszcze na ustach króla, zagrzmiał głos z nieba: Oznajmia ci się, królu Nebukadnesarze, że władza królewska zostaje ci odjęta. Będziesz wypędzony spośród ludzi, będziesz mieszkał ze zwierzętami polnymi, trawą jak bydło będą cię karmić i siedem wieków przejdzie nad tobą, aż poznasz, że Najwyższy ma władzę nad królestwem ludzkim i że je daje temu, komu chce. W tej chwili spełniło się słowo na Nebukadnesarze: Wypędzony został spośród ludzi i jadał trawę jak bydło, a rosa niebieska zraszała jego ciało, aż jego włosy urosły jak u orłów pierze, a jego paznokcie jak u ptaków pazury. A po upływie dni ja, Nebukadnesar, podniosłem oczy ku niebu; a gdy znowu rozum mi powrócił, wtedy błogosławiłem Najwyższego, a Żyjącego wiecznie chwaliłem i wysławiałem, gdyż jego władza jest władzą wieczną... (Dan. 4,25-31 BW). Ta historia pokazuje doskonale - jeśli ktoś staje się zbyt pyszny, by wciąż trwać przy Bogu, to Bóg sprawia, że przychodzimy do Niego z powodu jakiejś potrzeby. Czasem tak jest - jeśli dorosłe dziecko nie dzwoni do rodziców porozmawiać chwilę ot tak, to na pewno zadzwoni, gdy będzie czegoś od nich potrzebować. Wtedy oni mają szansę okazać swoją miłość do dziecka.

Ja należę do tego typu ludzi, którzy "muszą" pamiętać, że wciąż potrzebują Boga. Nie chcę "musieć", ale tak się dzieje automatycznie. Od czasu do czasu więc odzywa się we mnie coś, co sprawia, że nawet jeśli przez chwilę zaczynam lekceważyć moje stosunki z Bogiem, to potem przykładam do nich większą wagę.

Dlaczego "musimy" potrzebować Boga? Tu odzywa się w nas buńczuczna niezależność - wcale nie musimy, niczego nie musimy...

Tyle, że owszem, musimy. Bolesna prawda. Musimy. Dlaczego? Bo:

1. Bóg stworzył nas nie tylko jako ciało, ale... I tak WIEKUISTY, Bóg, utworzył człowieka z prochu ziemi oraz tchnął w jego nozdrza dech życia, a człowiek stał się istotą żyjącą (Rodz. 2,7 NBG). Tak więc człowiek został stworzony nie tylko jako ciało, ale jako zespół: ciało + dech życia (tchnienie życia, oddech żywota - nazewnictwo wg innych tłumaczeń). Tak więc, aby nasze ciało było wciąż żywe, funkcjonuje w nas wciąż ów "dech życia". Tak, wystarczy go "odjąć", by ciało stało się tylko martwymi tkankami leżącymi na ziemi (lub - parę dni później - już w ziemi). A więc potrzebujemy Boga, ponieważ to On daje ów "dech życia".

2. Potrzebujemy do życia wody. Woda jest nam niezbędna. Bez wody możemy przeżyć mniej czasu, niż bez pożywienia. Tą ilustracją posłużył się Jezus, mówiąc o sobie, że jest "Wodą Życia", wodą, która zaspokaja pragnienie na zawsze (zob. historia o rozmowie z Samarytanką, Jan 4)). Nie tylko zresztą tego rodzaju wodą - Żydzi używali wody do rytualnego oczyszczania, i parę razy Jezus zasugerował, że jest On również tego rodzaju wodą, wodą oczyszczającą. Również i chrzest - czyli zanurzenie w wodzie - jest symbolem/obrazem "zanurzenia" się całkowitego w wodzie-Jezusie, a potem odrodzenia się / powstania z wody do nowego już życia (zob. historia o narodzeniu się na nowo, podczas rozmowy z Nikodemem, Jan 3). I dalej, Księga Objawienia (de facto - nie jest to Objawienie apostoła Jana, ale objawienie Jezusa - tak jest tam napisane, na początku i parę wierszy przed końcem; jest to więc tylko treść "spisana" przez Jana; więc - gdyby myśleć o tym dalej, to jest to jak piąta ewangelia, podyktowana Janowi bezpośrednio przez Jezusa...)... Tak więc wracając do tematu - w Księdze Objawienia (tzw. "Apokalipsie") napisane jest również: Potem ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma. Potem przyszedł jeden z siedmiu aniołów, (...) i tak się do mnie odezwał: "Chodź, ukażę ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka". Potem ukazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. I kto spragniony, niech przyjdzie, kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie (Obj. 21,1.9; 22,1.17 BP). Stąd można wysnuć wniosek - nawet Tamże będziemy potrzebować wciąż tej wody. Jak oddechu, jak powietrza. Nie da się tego uniknąć. Potrzebujemy Boga (lub Jezusa, na jedno wychodzi) jak oddechu, jak powietrza.

Tak więc, reasumując to wszystko - mimo usilnych starań i modlitw, by pozbyć się czegoś niechcianego z naszego organizmu/głowy/serca/życia - czasem Bóg zostawia to coś, jak ów kolec w ciele Pawła, byśmy wciąż czuli pragnienie bycia blisko Boga, byśmy wciąż potrzebowali "naładowania bateryjki".

Bardzo często, praktycznie zawsze, gdy wychodzę gdzieś z domu, mam ze sobą swój mały plecak. Jest tam zawsze woda do picia, wilgotne serwetki, klucze, coś do czytania, plastry, parę innych, w pewnych sytuacjach życiowych - niezbędnych rzeczy. Coś jak damska torebka. Nawet gdy wyjeżdżam gdzieś daleko i zabieram swój mega duży plecak z zapasami ubrań i różnych różności, to mam też swój mały plecak jako bagaż podręczny. Duży plecak pozostaje wówczas w miejscu noclegowym, a mały służy jako... zapas wody i innych "niezbędności" właśnie.

I tak to właśnie widzę - nawet gdy Jezus mówi: "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni jesteście", nawet gdy wtedy On bierze na siebie nasze duże plecaki, nasze życiowe bagaże, bagaże życiowych doświadczeń - to nawet wtedy zostawia nam często nasz "mały plecak" z wodą do picia, jakimś podręcznym prowiantem i paroma innymi "niezbędnościami" - paroma naszymi życiowymi doświadczeniami potrzebnymi, by pamiętać o naszej zależności od Niego. Dlatego nie ma się co nękać, że mimo wielu modlitw my nadal nie potrafimy się czegoś pozbyć, jakiejś paskudności naszego charakteru lub organizmu (wierzcie mi, mam swoje paskudności i w charakterze, i w organiźmie...) - bo być może Bóg właśnie wtedy mówi: "Dosyć masz, gdy masz łaskę moją"..., a wszystko to w celu uchronienia nas od naszej własnej pychy.




środa, 17 września 2014

Gdzie były inne łodzie?

Zastanawiałem się nad tym wczorajszym fragmentem z Ewangelii Marka (tutaj). Jest tam napisane, że uczniowie z Jezusem opuścili tłum, który został na jednym brzegu jeziora, żeby przeprawić się na drugi brzeg. Ale za nimi podążyły inne łodzie. Czy było ich kilka, czy kilkadziesiąt - nie wiem. W każdym razie - gdy gwałtowna burza napędziła strachu uczniom, którzy w końcu obudzili Jezusa (w sumie tak się zastanawiam - po co? Spał sobie to spał... Chyba znieść nie mogli, że oni z wiadrami tam szaleją, żeby wodę z łodzi wylewać na bieżąco, a ten tu śpi?... Tak spokojnie?...) - Jezus tę burzę uciszył.

A potem jest napisane, że uczniowie mówili między sobą: "Kimże on jest, że nawet woda i wiatr są mu posłuszne?"... Ten sam typ reakcji jest opisany w Ew. Łukasza (Łuk. 8,25). W Ewangelii Mateusza ta historia również jest opisana, z tym że powyższe słowa przypisane są już nie uczniom, a "jakimś ludziom": A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mat. 8,27 BT).

Myślę, że w tej chwili nie jest istotne, czy pytali o to uczniowie, czy ludzie. Może i jedni, i drudzy. Mateusz tam był. Marek i Łukasz spisali relację zasłyszaną od innych. Może jedni zwrócili uwagę tylko na siebie samych, i na Jezusa, a ktoś inny "zarejestrował" coś więcej.

Tak czy siak - gdy w Ew. Marka pojawiła się wzmianka, że razem z uczniami i Jezusem wyruszyły inne łodzie, zastanawiałem się, co się potem z nimi stało. Czy płynęły wytrwale? Czy wycofały się pod wpływem burzy? Sądząc po fragmencie z Ew. Mateusza - nadal wokół nich były inne łodzie. A ludzie w nich, pracowicie wydobywający wodę ze swoich łodzi, również widzieli śpiącego Jezusa. Może właśnie to było powodem, dla którego uczniowie Jezusa obudzili? Nie chcieli, żeby "ich Mistrz" wyglądał tutaj na śpiocha? Już widzę te zniesmaczone spojrzenia z innych łodzi, w poszukiwaniu tego, co zrobi "ich Mistrz"... A On spał!

A gdy Jezus burzę uciszył, rozległy się okrzyki zdumienia. Słyszalne bardzo dobrze - bo przecież było już po burzy. Zewsząd: "Ale jak?...." Przypomina mi to takie same okrzyki zdumienia, wydawane przez tłum, przy okazji wielu uzdrowień - wskrzeszenia Łazarza, uzdrowienia paralityka opuszczonego przez dach...

I tutaj powstaje pewna refleksja - skoro tamte uzdrowienia nie były typowymi "cudami", ale ZNAKAMI wskazującymi na Tego, który opowiadał o Państwie Boga (więcej - tutaj), wskazującymi na Tego, który miał władzę nad wszelkiego typu bakteriami, zarazkami, a nawet długoletnimi schorzeniami (zwyrodnienia genetyczne? cokolwiek to było...), to wygląda mi na to, że również uciszenie burzy nie było takim sobie zwyczajnym cudem, ale ZNAKIEM dla ludzi będących wokół - znakiem wskazującym na Tego, który był władny również nad siłami natury. A to już jest gruba sprawa...

[ciąg dalszy rozmyślań o ludziach z tamtych innych łodzi]




wtorek, 16 września 2014

Dobra Nowina Marka, 4.4.

Tego samego dnia, gdy nastał wieczór, powiedział Jezus do nich:
- Przeprawmy się na drugą stronę tego jeziora.
Opuścili więc tłum, który znowu się zebrał, a potem wzięli Jezusa do łodzi. Podążyły też za nimi inne łodzie. Wtedy nadeszła nadzwyczaj silna burza, tornado, a fale uderzały w łódź tak mocno, że wystarczyło ich, by tę łódź napełnić.

Tymczasem Jezus leżał i spał na jakiejś poduszce, z tyłu łodzi. Zbudzili go i powiedzieli do niego:
- Mistrzu, nie martwi cię w ogóle ta burza, w której środku jesteśmy??
Wtedy on się podniósł, zgromił wiatr i powiedział do wody:
- Cisza! Bądźcie spokojni!
Wtedy wiatr się skończył i nastała cisza. Potem powiedział on do uczniów:
- Dlaczego się tak boicie? Czy nie macie jeszcze żadnej wiary w sobie?

A oni, opanowani przez przerażenie, powiedzieli między nimi samymi:
- Kimże on jest?! Zarówno wiatr, jak i woda są mu posłuszne!

na podstawie: Mar. 4,35...41

[dalej]
[do początku]




niedziela, 14 września 2014

KŁAMLIWE FAKTY, 12., Skamieniałości współczesne

Kent Hovind
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 12

Oto skamieniały pies wewnątrz drzewa (poniżej, pośrodku), w Georgii. "Ścinałem drewno do ogniska. Nagle ktoś powiedział: Czekajcie, nie ścinajcie tego, tam w środku jest pies, zamieniony w kamień!"

Oto skamieniały but kowbojski (poniżej), ciągle jeszcze z nogą w środku. But wykonany był w latach pięćdziesiątych.

Oto skamieniała ryba (poniżej). Rodząca! [Podpowiadam - jeśli proces kamienienia miałby trwać miliony lat, to w jaki sposób możliwe byłoby znalezienie skamieniałej RODZĄCEJ ryby? Życie ryby nie trwa milionów lat, a już tym bardziej sam poród... Skamienienie musiało więc nastąpić nagle, pod wpływem jakichś czynników]. I skamieniały kapelusz z Nowej Zelandii.



To z kolei to skamieniały korniszon (powyżej). Nie żartuję! Ktoś mi to wysłał, mówiąc: "Znaleźliśmy stary dom. Stał pusty przez co najmniej 30 lat. Zeszliśmy do piwnicy, a tam było mnóstwo słoików z przetworami. Przykrywka jednego ze słoików zardzewiała, a korniszon w środku zmienił się w kamień". Skamieniały korniszon! Ten słoik wyprodukowano między rokiem 1930 a 1960, to właśnie wtedy produkowano takie słoiki. Nie wiem, kiedy ten korniszon trafił do środka. Ale nie daj sobie wmówić, że proces skamienienia trwa miliony lat!

Znaleziony został też skamieniały worek mąki, znaleziony w Eureka Springs, w Arkansas. Znaleziony w młynie, który został zalany bodajże w 1910 roku.


Dzieci, jeśli ktoś wam mówi, że warstwy mają różny wiek - jest to kłamstwo, nie wierzcie w to.

Na 80-85% powierzchni Ziemi nie znajdziesz nawet trzech okresów geologicznych, położonych we "właściwej" kolejności. Jest to czysta fantazja, stająca się powszechną praktyką tylko po to, by możliwe było wciąż podtrzymywanie teorii wykresów geologicznych.

38.27-40.10

[dalej]
[do początku]



Kain, patologiczna rodzina, grzech pierworodny

Czytając książkę "Uratuj mnie" Rachel Reiland, natknąłem się na ciekawą teorię o tzw. grzechu pierworodnym. Samo pojęcie brzmi dosyć abstrakcyjnie - każdy o tym słyszał, ale nikt nie widział i nikt nie wie, co to właściwie jest. A już tym bardziej nikt nie ma pojęcia, dlaczego niby każdy człowiek na ziemi miałby być tym obciążony i być z tego powodu winny... ;)

Otóż rozpoczynając od początku - każdy zna historię o Kainie i Ablu i jej finał: A Kain rzekł do brata swego, Abla: Chodźmy na pole! Kiedy zaś znaleźli się już na polu, Kain rzucił się na brata i zabił go (Rodz. 4,8 BP). Kain zabił człowieka.

A teraz, zastanawiając się nad tym, jak do tego doszło, można by zadać sobie parę pytań.

Adam i Ewa byli stworzeni przez Boga, żyli w świecie idealnym, nie zbrukanym przez nic złego, bezsensownego, kłamliwego, obłudnego. Ich winą było tylko to, że jednego razu Ewa - pod wpływem rozmowy z "obcym" - zwątpiła w to, że mogłaby umrzeć, zgodnie z tym, co Bóg im powiedział: I wziął Bóg człowieka, i osadził go w ogrodzie Edenu, aby go uprawiał i strzegł. I przykazał mu Bóg: Możesz jeść do woli ze wszystkich drzew ogrodu, ale z drzewa, które daje wiedzę o dobru i złu, jeść nie będziesz! Gdybyś z niego zjadł, czeka cię pewna śmierć! (Rodz. 2,17 BP). Stawiając się w sytuacji Ewy - faktycznie, jak to możliwe jest nawet wyobrazić sobie, że można umrzeć? Przecież do tej pory jeszcze nikt ani nic nie umarło? (Pamiętajmy, że do tej pory Ewa żyła w świecie idealnym, gdzie nic nie umierało, nie więdło, żadne zwierzę nie pożerało jedno drugie). Co to więc znaczy - umrzeć? To musi być jakaś abstrakcja, jakaś ściema.

Jak często dzisiaj mówimy, że - skoro czegoś nigdy nie widzieliśmy - to znaczy, że to jest niemożliwe? Jak często ludzie dziś mówią, że Boga nie ma, bo Go nigdy nie spotkali? (Albo nie widzieli, że Go spotkali). Jak często ludzie dziś mówią, że fakt wystąpienia potopu jest absolutnie niemożliwy, i że musiała to być jakaś lokalna powódź? Dlaczego taki potop nie nastąpił nigdy później? (Nawiasem, odpowiedź brzmi: Potem przemówił Bóg do Noego i jego synów tymi słowami: Zawieram przymierze z wami! Żadna istota cielesna nie zostanie już nigdy zgładzona przez wody potopu, bo nigdy już nie będzie potopu niszczącego ziemię - Rodz. 9,8.11 BP). Albo jak często mówi się dzisiaj, że to niemożliwe, że świat został stworzony w ciągu jednego tygodnia? Dlaczego się tak mówi? Bo nikt tego nie widział? Nikt też nie widział Wielkiego Wybuchu Małej Kropki, a jednak mnóstwo ludzi w to wierzy... Biblia mówi też o ponownym przyjściu Jezusa. Mnóstwo ludzi uważa to za abstrakcję. Dlaczego? Bo nigdy nie widzieli czegoś takiego? Bo - skoro tego nie widzieli - uważają to za niemożliwe? Bo gdy Biblia mówi przy tym, że "niebo zostanie wtedy zwinięte, jak zasłona", patrząc na dzisiejsze dowody naukowe - wydaje się to absolutnie niemożliwe, totalnie abstrakcyjne?

Tak więc postawa Ewy wówczas to nie jest tylko jakaś bajka, jakaś jednostkowa sprawa - to jest postawa, która powtarza się do dzisiaj: niewiara w coś, czego się nigdy nie widziało, mimo że Biblia nam o tych rzeczach mówi. A Biblia, Słowo Boga, to nasza jedyna podstawa, której powinno się bezgranicznie ufać, i na podstawie której zostanie osądzone nasze życie, i nawet w sytuacji, gdy są tam zawarte jakieś błędy - nasze życie zostanie osądzone na podstawie tego, co wiedzieliśmy i do czego się stosowaliśmy, a nie na podstawie tego, "co powinno tam być". (Nawiasem - to nie Bóg osądza nasze życie, ale Ten Zły, który nas wiecznie przed Nim oskarża. Bóg widzi nas tylko w dobrym świetle, o ile przyjmiemy "linię obrony" udostępnioną przez naszego "adwokata" - Jezusa).

Bóg, jako ktoś, kto stworzył Ewę, był dla niej jak rodzic. Spotykali się osobiście, realnie, jak my z naszymi rodzicami przy obiedzie czy kolacji. Jeśli rodzic mówi dziecku - uważaj na to, bo to jest gorące - dziecko może posłuchać rodzica. Albo sprawdzić samemu... Dziecka winić nie można za to, że chciało to zrobić. To jest dziecko. Ale Ewa nie była dzieckiem, Ewa była dojrzałą kobietą, stworzona jako dojrzała kobieta (tak mam podstawy przypuszczać, skoro na dzień dobry oboje usłyszeli od Boga: "Idźcie i rozmnażajcie się, i zaludniajcie całą Ziemię"), była więc zdolna do kontroli nad samą sobą, nad swoją ciekawością, i do podjęcia decyzji, czy sprawdzić coś samemu, czy może polegać na czyichś słowach. Mówimy tutaj o słowach rodzica, o słowach kogoś, kto stworzył cały świat tak mądrze, że to wszystko do dzisiaj trzyma się kupy...

Ewa jednak dopuściła do siebie zwątpienie. Na podstawie rozmowy z kimś absolutnie obcym, nieznanym, niewiadomego pochodzenia, bez żadnej podstawy, by mu zaufać. Kimś "spotkanym na ulicy". Totalnie ciemnej ulicy. Ale ona to zrobiła. Samo to już zakrawa na pewną nienormalność - przecież to jest absolutnie nienormalne, by zwątpić w słowa kogoś, kto nas kocha, uczy, wychowuje, chce dla nas jak najlepiej, a zaufać komuś... byle komu, napotkanemu przy jakiejś okazji gdzieś tam... Jak to możliwe, że tak się stało? Co się musiało stać w umyśle Ewy, że tak postąpiła?...

Idąc dalej - Adam zrobił to samo, co Ewa. Z miłości do niej. Zwyciężyła miłość do kobiety, zamiast rozsądek podpowiadający: "Ale zaraz, przez Ojciec powiedział, że...". To było jak świadome skoczenie w ogień za najdroższą, jak świadome samobójstwo. W sumie nic dziwnego - bez Ewy Adam nie wyobrażał sobie życia.

Tyle że w tym wszystkim zapomniał, kto jest w tym życiu najważniejszy. Że najważniejsze jest, by być z Nim (nie, nie jestem singlem, to nie jest takie tylko sobie czcze gadanie). I zapomniał, że Ojciec, który z jego własnego żebra dał mu Ewę, mógł przecież bez żadnego problemu to powtórzyć... Ale z drugiej strony - jak tu myśleć o "tej następnej", jeśli jest się zakochanym po uszy w tej jedynej? To jest możliwe tylko z pozycji osoby trzeciej. Jak ja teraz ;)

Suma summarum - Adam nie za bardzo miał wyjście.

Idąc więc dalej - najczęściej wyobrażamy sobie, albo trwamy w przekonaniu, jaką to cudowną rodziną byli Adam, Ewa i ich dzieci. Śmiem oponować. Dlaczego? Ponieważ - skoro Ewa zwątpiła w słowa najbardziej kochającej osoby, mogła również w ciągu ich długiego życia nie raz zwątpić w słowa swojego męża, Adama. Mogła, nie musiała. Chcę tylko zaznaczyć tutaj, że mogła wystąpić taka możliwość. Niejednokrotnie. Co zazwyczaj następuje, kiedy żona podaje w wątpliwość słowa męża?... Nie trzeba zgłębiać się w psychologię, żeby wiedzieć, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca, a gdy już ma, to szkodzi ona wszystkim - zaczynają się kłótnie, poczucie własnej wartości męża - jako mężczyzny - jest zbrukane, w związku z tym nie jest on wtedy w stanie dobrze okazać swojej miłości swojej żonie, a wtedy żona zaczyna czuć się niekochana, co sprawia, że staje się marudna, pełna pretensji o wszystko... A na to wszystko patrzą dzieci. Na przykład Kain.

I teraz moje pytanie - na co musiał się napatrzeć Kain, że po latach dzieciństwa, będąc już dorosłym, był w stanie ZABIĆ człowieka? Że był w stanie zabić swojego BRATA? Kogoś, z kim się wychował, bawił, współpracował, z kim łączyła go szczególna, rodzinna więź?... Tak, wiem, czasami można stwierdzić, że właśnie kogoś z rodziny najłatwiej jest "zabić" ;)

To powyższe pytanie, i całe te powyższe przemyślenia, powodują powstanie kolejnego pytania: na ile  patologiczna musiała stać się rodzina Adama i Ewy, że stało się tam możliwe popełnienie morderstwa?...

O tym właśnie mówi teoria o grzechu pierworodnym z tamtej książki. Określa ona grzech pierworodny jako fakt istnienia patologicznej rodziny. A jak to jest z rodzinami patologicznymi - każdy słyszał. Z patologicznej rodziny wywodzą się patologiczne dzieci, zdolne do najgorszych przestępstw, kłamstw, braku szacunku, tworzące następne patologiczne rodziny etc.... Oczywiście, jest możliwe wyjście z tego "zaklętego kręgu" i stworzenie normalnej rodziny, opartej na wzajemnym zaufaniu i szacunku. I respektowaniu wzajemnych potrzeb. Bazującej na odpowiednich fundamentach etycznych. Ale nawet jeśli dwoje ludzi da radę taką rodzinę stworzyć, ich dzieci będą oglądały świat wokół - seriale pełne bezdennej głupoty, gry pełne zabijania tylko w celu zdobycia kolejnych punktów, inne dzieci "radzące sobie lepiej" w życiowych sytuacjach - za pomocą oszustw, kłamstw etc.... A nie każde, dorosłe już potem dziecko, wybierze drogę swoich rodziców. Czasami wybierze drogę "łatwiejszą": utorowaną oszustwami, nadmiernym kombinowaniem, kłamstwami...

Stąd uważam, że teoria z tej książki jest całkiem prawdopodobna. Całkiem możliwe jest, że piętno "patologicznej rodziny" ciągnie się za nami od wieków, jak jakieś stare, ześmierdłe spaghetti. I nawet jeśli dzisiaj termin "patologiczna rodzina" oznacza rodzinę skrajnie nienormalną, to uważam, że można objąć tym terminem każdą rodzinę, w której ma miejsce brak zaufania wobec osób, które najbardziej kochamy i przez które jesteśmy kochani (jak u Ewy), kłamstwa wobec partnera, oszustwa bazujące na własnych "zachciankach", a nawet brak wzajemnej komunikacji czy nawet woli komunikacji, wynikający z.... Nie wiem, z czego. Z "nie chce mi się"? Przecież to jest totalny brak szacunku dla drugiej osoby. Ale takich przykładów widzę mnóstwo - mnóstwo niedopowiedzeń, nieporozumień, bo komuś nie chciało się powiedzieć kilku słów więcej.

Takie piętno, czyniące nasze życie paskudniejszym, nosi w sobie w mniejszym lub większym stopniu chyba każdy z nas. Taki rodzaj "grzechu pierworodnego" - piętna, czyniącego nasze życie nieznośnym, wyniesionym z domu, do którego nasi rodzice wnieśli to z kolei ze swoich domów, i tak w kółko, przez pokolenia, w mniejszym lub większym stopniu...

Dzisiaj mogę powiedzieć, że w całym moim trzydziestokilkuletnim życiu poznałem jednego (sic! - tak, jednego) człowieka, wywodzącego się z całkowicie patologicznej rodziny, który jest dzisiaj normalnym człowiekiem, którego dzisiaj szanuję za jego postawę życiową. Poznałem też do tej pory dwie rodziny, będące prawdziwym wzorem do naśladowania. Mam tu na myśli ich wewnętrzne relacje rodzinne, rodzice-dzieci, bo życie samych dzieci potoczyło się już różnie, niekoniecznie różowo, wiadomo.

Wszystko to pokazuje, że obojętnie, w jakiej rodzinie się wychowaliśmy - mocno czy lekko "patologicznej", czy bardzo normalnej, wzorowej wręcz - nasze dalsze życie i tak jest uzależnione od naszych własnych decyzji. Można być wychowanych przez patologicznych rodziców, a potem - korzystając z pomocy innych - stać się normalnym człowiekiem. Kwestia woli, otwarcia umysłu, wytrwałości i wsparcia odpowiednich przyjaciół. A można pochodzić z wzorowej rodziny, i samemu stworzyć rodzinę mniej wzorową, napiętnowaną brakiem zaufania, przesadnym przywiązaniem do "o, jak dużo już MAMY", etc....

Dlatego - niezależnie od tego, w jakiej rodzinie zostaliśmy wychowani, skąd pochodzimy i co robimy - ZAWSZE nosimy w sobie jakieś piętno, coś, co powoduje, że zawsze jest w nas jakaś namiastka czegoś złego. Dlatego każdy z nas, prędzej czy później - gdy już zda sobie sprawę, co złego w sobie ma - potrzebuje odnowienia, pozbycia się tego złego. Potrzebuje kogoś, kto to zrozumie, zaakceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy, pomoże wyjść na prostszą drogę, pomoże być lepszym człowiekiem. Kogoś, kto przebaczy nam to złe, które narobiliśmy. Kogoś, kto jest zdolny to przebaczyć, kogoś, kto to zrobił już dawno temu, ponieważ czas nie był dla niego żadną barierą i wiedział o naszym "złym ziarnie" już wtedy, gdy to On wziął na siebie konsekwencje tego "złego ziarna". Kogoś, kto wciąż żyje, i broni nas przed Tym Złym, oskarżającym nas przed Bogiem: "A widzisz tego tutaj, ten to jest naprawdę zły, nie zasługuje na to, by być z Tobą Tam, u Góry...". Dlatego każdy z nas potrzebuje Jezusa jako Tego, który rozumie wszelką patologię (tak, on też miał dziwną rodzinę, nie do końca normalną), wszelkie pochodzenie owych "złych ziaren", jako Tego, który potrafi nas uleczyć, przejść przez to wszystko, który może nauczyć nas, jak żyć inaczej, lepiej. I stworzyć lepszą rodzinę.

Tak więc, jeśli to czytasz, nie dodawaj Temu Złemu kolejnego argumentu do oskarżenia Ciebie przed Bogiem: "Widzisz, a ten to nawet nie wierzy w Ciebie, nie wierzy w Jezusa, w Jego istnienie, w to, że Jego przebaczenie mogłoby mu pomóc być lepszym człowiekiem". Po prostu powiedz Bogu w myślach, nawet nie klęcząc ani "przeżegnując" się czy coś - On doceni sam fakt, że chcesz się do Niego odezwać - coś jak: "Boże, wiem, że mam w sobie coś złego, co czasem robi ze mnie paskudnego człowieka w niektórych sytuacjach, wobec niektórych ludzi. Przepraszam za to, nie chcę tego, żałuję tego, i potrzebuję jakiejś odnowy, odrodzenia, Twojego wsparcia, by się tego pozbyć. Proszę, pomóż mi. Proszę Cię o to imieniu Jezusa".



piątek, 12 września 2014

List Jakuba, 5.2., Czekać na Pana

Więc bądźcie cierpliwi, moi drodzy, aż do przyjścia Pana! Rolnik musi czekać na ten cenny plon pochodzący z ziemi i musi być cierpliwy oczekując opadów deszczu zarówno jesiennego, jak i wiosennego. Również i wy musicie być cierpliwi, i wzmacniać wasze serca, bo Pan przyjdzie wkrótce. Nie przychodźcie ze skargami jeden na drugiego, drodzy, żebyście nie byli osądzani. Tylko spójrzcie - "osąd" już stoi u drzwi [chyba chodzi o ten "sąd" u Boga]. Weźcie sobie proroków za wzór, drodzy, tych, którzy nawoływali w imieniu Boga. Wytrwali w tej cierpliwości, nawet kiedy musieli znosić ból. O tak, tych, którzy to wytrzymują, nazywamy błogosławionymi! Słyszeliście o tym, co musiał wytrzymać Hiob, i znacie zakończenie, które przygotował dla niego Pan, bogaty we współczucie i dobroduszność.

Przede wszystkim nie możecie przysięgać, moi drodzy, ani na niebo, ani na ziemię, ani na nic innego. Pozwólcie tylko, by wasze "tak" znaczyło "tak", a "nie" znaczyło  "nie", wtedy żaden sąd was nie dotknie.

na podstawie: Jak. 5,7...12

[dalej]
[do początku]



Dlaczego biblijny dzień zaczyna się wieczorem - 2

Dlaczego tak? Dlaczego te żydowskie dni nie mogłyby trwać od północy do północy, jak to jest w dzisiejszym kalendarzu? Idąc za wikipedią* - można by nazwać dobę żydowską jako "dobę zmierzchową" - mającą swój początek podczas zmierzchu jednego dnia i koniec podczas zmierzchu kolejnego dnia. Czyli dowolnie ustalona doba, 24-godzinny odcinek czasu, umowny dla danej społeczności. Skomplikowane? Przykładowo: w hotelu doba trwa zazwyczaj od godz. pierwszego dnia do godz. 12 kolejnego dnia. To tzw. "doba hotelowa". Ustawiona w ten sposób, aby było wygodniej zarówno dla gości, jak i dla obsługi hotelowej. Umowny odcinek czasu, wygodny dla gości i obsługi hotelowej.

Czy doba rozpoczynająca się o zmierzchu była "wygodna" dla Judejczyków? Dla nas dzisiaj zupełnie naturalnym jest, że doba rozpoczyna się o północy, a dzień (czy też: "doba dniowa/dzienna", doba naszego trybu życia) rozpoczyna się wcześnie rano, jeszcze przed świtem, a kończy późno w nocy, wraz z ostatnimi informatykami kładącymi się spać ok. 4 nad ranem ;)

Dlaczego więc wieczór jest początkiem doby w judejskim rozumieniu?

Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. A ziemia była niekształtowna i próżna, i ciemność była nad przepaścią, a Duch Boży unaszał się nad wodami. I rzekł Bóg: Niech będzie światłość; i stała się światłość. I widział Bóg światłość, że była dobra; i rozdzielił Bóg światło i ciemność. I nazwał Bóg światło dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak nastał wieczór, i nastał poranek, dzień pierwszy (Rodz. 1,1-5 BG, BP). A więc - wg tego schematu, powtarzającego się potem podczas kolejnych dni stwarzania, każdy dzień określany był jako "nastał wieczór, i nastał poranek - dzień kolejny".

Ale dlaczego Bóg stworzył to tak, że dzień zaczyna się od wieczora, nie od poranka, nie od świtu?... Zobaczmy jeszcze raz: dopiero co stworzona ziemia była ciemna. Nie było jeszcze światła, jasności, nie było niczego. Ciemno jak w czarną noc. Żadnych gwiazd, księżyca, latarni, świetlików, zapalniczki, komórki - niczego. Tylko ciemność. Czarność. A w tym wszystkim tylko Duch Boga, tylko Bóg. Tak rozpoczęło się "życie" Ziemi. Ba - patrząc po opisach, co zostało stworzone podczas kolejnych dni - nawet nie Ziemi, ale całego wszechświata (tak, wszelkie gwiazdy, oraz słońce i księżyc, i wszelkie planety odbijające choć część światła od innych gwiazd - zostały stworzone dopiero podczas czwartego dnia). Życie Ziemi, czy nawet życie świata, rozpoczęło się od ciemności i bezpośredniej obecności Boga tamże, a dopiero potem nastała jasność, dzień - jakkolwiek by to teraz zdefiniować.

Podobnie Adam i Ewa - stworzeni tuż przed końcem ostatniego dnia stworzenia, szóstego dnia, swoje życie rozpoczęli od wieczoru, od nocy i od siódmego dnia tygodnia, w którym Bóg odpoczywał po całym stwarzaniu świata. A to oznaczało, że nie był niczym zajęty i mógł spędzić ten dzień w całości z Adamem i Ewą - tak patrząc na to w zupełnie ludzki sposób rozumowania. A więc życie pierwszych ludzi również rozpoczęło się od wieczora, nocy, a nawet od sabatu - dnia odpoczynku, a dopiero potem przyszły "dni pracy" - pozostałe dni tygodnia.

Czyli, patrząc na to wszystko, można by wysnuć wniosek, że mimo że obecnie nasz naturalny rytm to "najpierw praca, a potem odpoczynek", najpierw świt a potem noc, najpierw sześć dni tygodnia pełnych zajęć, a potem dopiero odpoczynek po całym tygodniu - można by wysnuć wniosek, że pierwotna kolejność była zupełnie odwrotna. Mianowicie: najpierw odpoczynek (wieczór, noc, sen), a potem dopiero dzień pełen pracy. Najpierw sabat, jako dzień odpoczynku, dzień spędzony z Bogiem, a dopiero potem cały kolejny tydzień pracy. Najpierw odpoczynek, potem praca. Najpierw czas spędzony z Bogiem, a potem dopiero praca.

Biorąc pod uwagę, że faktycznie - pamiętając, że Jezus jest Chlebem Życia, i Wodą Życia, i że to Bóg daje nam każde tchnienie, i że lepiej jest czytać Biblię wcześnie rano, jeszcze przed wszystkimi zajęciami, niż późno wieczorem, będąc zmęczonym, próbując skupić się nad tekstem resztkami sił i koncentracji - mimo że przewraca to nasz sposób myślenia totalnie do góry nogami - jakiś sens to ma...

* - http://pl.wikipedia.org/wiki/Doba

[do początku]



czwartek, 11 września 2014

Dlaczego biblijny dzień zaczyna się wieczorem - 1

Zastanawiała mnie długo jedna rzecz. Mianowicie: dlaczego Żydzi rozpoczynali swój sabat od piątkowego zmierzchu, i ten sabat trwał przez piątkową noc i przez całą sobotę, aż do sobotniego zmierzchu?

Z relacji ukrzyżowania Jezusa wynika, że Jezus umarł w piątek po południu, w żydowski Dzień Przygotowania (do sabatu). Ponieważ był Dzień Przygotowania, Judejczycy [nie chcąc], aby ciała pozostawały przez szabat na krzyżu, bo dzień tego szabatu był wielkim świętem, poprosili Piłata, aby połamano golenie skazańcom i zdjęto ich (Jan 19,31 BP). I dalej: Gdy nastał już wieczór, a było to Przygotowanie, to jest (dzień) przed szabatem*, przyszedł Józef z Arymatei, szanowany radny, który sam też oczekiwał Królestwa Bożego. Odważnie wszedł (On) do Piłata i prosił o ciało Jezusa (Mar. 15,42-43 PD). Czyli Józef chciał uzyskać ciało Jezusa i pochować je jeszcze tego samego wieczoru.

... przy czym można by tutaj zadać sobie pytanie dotyczące nomenklatury: czy wieczór to czas, który już jest po zmroku, czy może czasu zmierzchu? W obecnej nomenklaturze, popularnej zwłaszcza w wielkich miastach, gdzie życie toczy się do później nocy, wieczór to po prostu czas po powrocie z pracy, już w domu. Często ok. godz. 20-22. Ale na wsi? W małych miejscowościach? Tam życie wymiera wraz z godziną 17, godziną zamknięcia sklepów. Wieczór to faktyczny wieczór, czyli czas około zachodu słońca, a gdy już jest ciemno, to jest po prostu noc.

Tak więc gdy Józef z Arymatei przyszedł po ciało Jezusa WIECZOREM, to było to jeszcze około zmroku, czy może już podczas nocy?... A gdy się skończył sabat, i już świtało na pierwszy dzień onego tygodnia, przyszła Maryja Magdalena i druga Maryja, aby grób oglądały (Mat. 28,1 BG) - stąd można by wysnuć wniosek, że sabat skończył się rano. ALBO - że rano było już po sabacie. Logicznie rzecz biorąc, jeśli sabat skończył się rano, to o świcie było po sabacie. A jeśli sabat skończył się przed nocą, czyli poprzedniego wieczoru, to... rano też było już po sabacie, tak czy siak sabat już minął. A pierwszego dnia po sabacie, gdy się zebraliśmy na łamanie chleba, Paweł, który miał odjechać nazajutrz, przemawiał do nich i przeciągnął mowę aż do północy (Dz. 20,7 BW) - tutaj zebranie miało miejsce już po sabacie, w pierwszy dzień po sabacie, i Apostoł Paweł przemawiał aż do północy. Od rana do północy? Od wieczora do północy?...

Gdy Jezus przyszedł do uczniów, był to wieczór: Gdy nastał wieczór tego właśnie dnia, pierwszego po szabacie, i - z obawy przed Żydami - drzwi były zamknięte tam, gdzie przebywali uczniowie, zjawił się Jezus, stanął pośrodku i powiedział: Pokój wam!** (Jan 20,19 PD). Użyta terminologia pozwala tutaj zasugerować się, że był to wieczór pierwszego dnia po sabacie - czyli ten pierwszy wieczór, "rozpoczynający" dzień wg żydowskiego rozkładu dnia, czy ten wieczór następujący PO całym dniu, od którego zaczyna się kolejny dzień?... Lekka kołomyja. Tylko z chronologii wydarzeń wiemy tutaj, że chodziło o wieczór PO całym dniu - w piątek o zmierzchu Jezus został zdjęty z krzyża, przeleżał w grobie przez cały sabat, a w niedzielę rano już Go tam nie było, o czym dowiedziała się pierwsza Maria Magdalena. A ponieważ Maria Magdalena wiedziała o tym pierwsza, to pozwala to wywnioskować, że Jezus przyszedł do uczniów PO tym wydarzeniu, czyli w niedzielę wieczorem.

Co jeszcze można znaleźć w Biblii? W owych dniach widziałem także, iż ludzie z pokolenia Judy w dzień szabatu tłoczyli prasę, znosili snopy, objuczali osły winem, jagodami winnymi oraz wszelkiego rodzaju ładunkiem i przywozili w szabat do Jeruzalem. Upominałem ich, gdy w tym dniu sprzedawali swoje towary. Ganiłem zatem możnych Judy, mówiąc im: Jakże gorszącej rzeczy dopuszczacie się, bezczeszcząc szabat! Skoro więc przed nastaniem szabatu mrok zapadł w bramach jerozolimskich, nakazałem je zamykać i poleciłem otwierać je dopiero nazajutrz po szabacie. Postawiłem również w bramach niektórych z moich ludzi, aby w dzień szabatu nie wnoszono [do miasta] żadnego towaru (Neh. 13,15.17.19 BP). Tutaj jest już jakaś konkretna wskazówka: Skoro więc przed nastaniem szabatu mrok zapadł w bramach jerozolimskich... (BP) / A gdy okrył cień bramy Jeruzalemskie przed sabatem... (BG) / Skoro przed szabatem mrok pokryje bramy Jerozolimy... (BT) - a więc tuż przed nastaniem sabatu zapada mrok. To tłumaczy, dlaczego - podczas gdy Żydzi nie chcieli, żeby ciała przez sabat wisiały na krzyżu - Józef z Arymatei przyszedł wziąć Jezusa ciało pod wieczór - tuż przed "rozpoczęciem" się dnia sabatu. A koniec owego dnia sabatu następuje - wg powyższego fragmentu z Ks. Nehemiasza - "nazajutrz", czyli po upływie doby, kolejnego wieczora.

Jak na mój gust - trochę brakuje w Biblii jednolitego nazewnictwa odnośnie który wieczór należy do którego dnia.

A może wszystko jest zależne do tego, kto to pisał? Śledząc wszystkie powyższe biblijne fragmenty można by tutaj zauważyć, że:
- Jan (Żyd) pisał o piątku jako o Dniu Przygotowania
- Marek (Żyd) pisał o Dniu Przygotowania przed sabatem
- Mateusz (Żyd) pisał o świcie mającym miejsce pierwszego dnia po sabacie
- Jan (Żyd) pisał o niedzielnym wieczorze jako o wieczorze pierwszego dnia po sabacie
- Nehemiasz (Żyd) pisał o zmroku tuż przed nastaniem sabatu
- Łukasz, ewangelista, lekarz, jedyny nie-Żyd tutaj (Kol. 4,9-14), napisał tylko: A był to dzień Przygotowania i nastawał sabat (Łuk 23,54 BW).

Nie, tym razem tą drogą do niczego nie dojdę.

* - http://biblia.oblubienica.eu/interlinearny/index/book/2/chapter/15/verse/42
** - http://biblia.oblubienica.eu/interlinearny/index/book/4/chapter/20/verse/19




Dobra Nowina Marka, 4.3.

Mówił [Jezus]:
- Z Państwem Boga jest tak: to jest jakby pewien człowiek zasiał ziarno w ziemi. Potem kładzie się spać i wstaje, nadchodzi noc i dzień, a ziarno kiełkuje i wzrasta, ale ten człowiek nie ma pojęcia, jak to się dzieje. Ziemia sama z siebie wydaje plon: najpierw źdźbło, potem kłos, a na końcu w kłosie dojrzałe ziarno. I gdy tylko plon jest dojrzały, zaraz człowiek zaczyna machać sierpem, bo nadeszła pora żniwa.

Mówił dalej:
- Do czego możemy przyrównać Państwo Boga? Jaką metaforę moglibyśmy użyć?... To jest jak ziarno gorczycy. Zanim jest zasiane, jest ono mniejsze niż jakiekolwiek inne ziarno na ziemi. Ale kiedy już jest zasiane, to wzrasta i staje się większe niż jakiekolwiek rośliny w ogrodzie i ma tak duże konary, że ptaki latające po niebie mogą budować tam gniazda i chować się w ich cieniu.

I tak, w wielu opowieściach / obrazkach / metaforach opowiadał On im, póki byli w stanie Go słuchać. A On nie mówił do nich inaczej, jak używając takich właśnie słownych obrazów / porównań. Ale kiedy był sam, tylko z uczniami, tłumaczył im wszystko.

na podstawie: Mar. 4,26...34

[dalej]
[do początku]



środa, 10 września 2014

Na bocznym torze - cz. 7, ostatnia

Pan Jezus kocha nas i darzy zaufaniem mimo kompletnej wiedzy o naszym życiu, naszej osobowości, naszych błędach, grzechach, a nawet naszych myślach.

Czy uzmysławiamy sobie to, że Pan Jezus zna nasze myśli? Chcę zacząć od tyłu, już nawet nie będę wspominał tych rzeczy z początku. A mimo to - ciągle nas kocha i chce darzyć nas zaufaniem. Czyż to nie jest zdumiewające? Powinniśmy kochać kogoś nie dlatego, że zasłużył, ale dlatego, że jest - i właśnie tak jesteśmy kochani przez Jezusa Chrystusa.

Zadajmy więc sobie dzisiaj pytanie - dlaczego kochamy? Nie dlaczego kochamy Boga - bo to dość łatwo jest zadeklarować, ale: dlaczego kochamy tych, którzy są wokół nas? Może zacznijmy od domu: dlaczego kocham mojego partnera? Dlaczego kocham moje dziecko? Dlaczego kocham mojego rodzica? I dalej - dlaczego kocham moich przyjaciół, czy kogokolwiek, kto jest dla mnie ważny - dlaczego? Czy dlatego, że coś zrobił? Czy dlatego, że sobie na taką miłość zasłużył? Że sobie to wypracował? Czy może kocham tę drugą osobę właśnie dlatego, że po prostu jest?

Chciałbym, żebyśmy zakończyli to rozważanie fragmentem z II Listu do Koryntian, rozdział 5, wiersz 21: On dla nas zrzucił winę na Tego, który nie popełnił żadnego grzechu, abyśmy w Nim osiągnęli sprawiedliwość Bożą (BP). A więc Chrystus, jak tutaj napisano - nie znał grzechu, dla zbawienia nas samych został potraktowany jak grzech. Już nawet nie jak grzesznik, ale jak bezwzględny grzech. To jest coś niesamowitego!

Kiedy myślimy o ukrzyżowaniu naszego Zbawiciela, to bardzo często rozpatrujemy to w kontekście jego fizycznego cierpienia, tej męki, którą znosił na krzyżu. Ale tym największym cierpieniem Jezusa było to, że na pewien czas został rozdzielony od swojego niebiańskiego Ojca. A tym drugim z największych cierpień było to, że chociaż był tak czysty i nieskalany, to wtedy, na tamten czas, zostały złożone na niego grzechy z całego świata - ówczesnego, tego z przeszłości i tego z przyszłości również. Grzechy, których się brzydził. Które dla niego były czymś zupełnie niepojętym. Tam, na Golgocie, został potraktowany jak grzech, i stało się to w pewnym szczególnym celu - abyśmy i my cieszyli się sprawiedliwością Bożą.

Czyż to nie jest pocieszające? Przyjmując ofiarę Jezusa Chrystusa, przyjmując ten Jego akt oddania na Golgocie, stajemy się współuczestnikami Bożej sprawiedliwości, Bożej miłości.

I tego właśnie doświadczył Piotr. Po raz drugi. Za pierwszym razem stało się to podczas jego pierwszego powołania przez Jezusa, też przy jeziorze, można przeczytać o tym w 5 rozdziale Ew. Łukasza. A teraz, w tej historii, którą czytaliśmy, Piotr doświadczył tego samego ponownie, drugi raz w swoim życiu. To niesamowite! I tego możemy też doświadczyć my wszyscy, każdy z nas.

Moi kochani, kiedy patrzymy na Piotra, gdy patrzymy na jego życiorys, to myślę, że częściej powinniśmy spoglądać na to, co stało się później - na to, że Piotr stał się naprawdę wspaniałym filarem wczesnego kościoła Bożego. To Piotr napisał dwa listy, a być może nawet więcej, a dwa znalazły się w kanonie listów uznanych za natchnione przez Ducha Świętego. Te dwa zachowały się dla nas, abyśmy budowali naszą wiarę, abyśmy polegali na Jezusie Chrystusie.

W tym 5 rozdziale II Listu do Koryntian czytamy też, wiersze 17-19: Kto jest w łączności z Chrystusem, ten staje się nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa, a nam zlecił posługę pojednywania. To znaczy, że Bóg pojednał w Chrystusie świat ze sobą, nie zaliczając im ich upadków / nie pamięta o grzechach ludzi, a nam nakazał głosić pojednanie (miks tłumaczeń).

A potem wiersz 20 w niezwykły sposób pokazuje, za kogo chce nas mieć Bóg: Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem (BT). Czyż nie jest to niesamowite wyróżnienie nas?

A więc czy chcesz przebaczenia i nowego życia? Czy chcesz Chrystusa i Jego nowej miłości/przyjaźni? Czy chcesz odpowiedzieć na wezwanie Zbawiciela do służby dla Niego?

Moi kochani, gdy będziemy jeszcze kiedyś czytać o Piotrze, apostole Piotrze, i śledzić jego życie, to popatrzmy na niego jak na człowieka, któremu Pan Jezus otwierał nowe perspektywy, dając swoją dobroć i przebaczenie. I patrząc na Piotra spoglądajmy również na nasze własne życie i budujmy się w tym przekonaniu, że Pan ZAWSZE ma dla nas tylko to, co jest najlepsze.

Niech będzie błogosławione Boże imię, amen.

25.50-31.35

[do początku]
[inne kazania spisane]



wtorek, 9 września 2014

Psalm 142 - Gdy nie pozostaje nic innego...

Dumanie Dawida, 
modlitwa, gdy pozostawał w jaskini.

Głośno do Pana wołam, głośno błagam Wiekuistego. 
Przed Nim wylewam swój żal, przed Nim wypowiadam swoją udrękę.
Gdy duch mój ledwie się we mnie kołacze, Ty znasz moją ścieżkę.
A na tej drodze, po której teraz kroczę, ktoś zastawił na mnie sidła.
Patrzę na prawo i widzę - nie ma nikogo, kto by się o mnie zatroszczył.
Znikła dla mnie możność pomocy, nikt się nie ujmie o moją duszę.
Wołam do Ciebie, Wiekuisty, mówiąc: Tyś moją nadzieją, moim działem w Krainie Życia,
zwróć uwagę na moje błaganie, bom bardzo znędzony,
ocal mnie od mych prześladowców, gdyż są ode mnie mocniejsi. 
Wyprowadź z więzienia moją duszę, bym sławił Twoje imię,
i będą się mną chlubić sprawiedliwi, gdy mi swą dobroć okażesz. 
Ps. 142, miks tłumaczeń

Czasami można jakiś fragment czytać, a po przeczytaniu nic konkretnego do głowy nie przychodzi. No bo co - siedział sobie Dawid, przestraszony, i sobie piosenkę napisał. I co w tym głębokiego?

Ale jednak. Faktycznie - dobrze jest czasem w chwilach obaw czy jakiejś udręki usiąść i skierować myśli ku Temu, który może ukorzyć nasze serce, który może dodać nam otuchy, nadziei, wlać w serce pokój. Dobrze jest wtedy usiąść i przypomnieć sobie, co w życiu jest najważniejsze - cokolwiek się dzieje, to i tak to wszystko jest niczym - to tylko zajawka, mniej lub bardziej niedoskonała. A prawdziwe życie dopiero na nas czeka, Tam, u Góry.

I to jest właśnie rola Ducha Świętego - pokrzepianie. I wtedy właśnie można stworzyć taki właśnie kawałek, jak Dawid stworzył, albo nawet zacząć sobie coś podśpiewywać...

===

To był tekst stworzony podczas mojego urlopu, i ostatni tekst Biblii czytany podczas urlopu. Nic z niego nie wyciągnąłem. Zamknąłem Biblię i poszedłem dalej. Później tylko zapisałem owe powyższe myśli.

Tymczasem po powrocie z urlopu czekało mnie prawdziwe wyzwanie... Sytuacja z pracą gwałtownie się pogorszyła, dodatkowo przyszło parę innych obciążających czynników. "Co ja tu robię?" - myślałem. "Może - póki jeszcze jestem spakowany - po prostu kupić bilet powrotny i wracać?"

Wołam do Ciebie, Wiekuisty, mówiąc: Tyś moją nadzieją, moim działem w Krainie Życia,
zwróć uwagę na moje błaganie, bom bardzo znędzony,

Tak, co tam to wszystko. Najważniejsze jest czekać na tę Krainę Życia Tam, w Górze, i tylko się modlić:

Wyprowadź z więzienia moją duszę, bym sławił Twoje imię,
i będą się mną chlubić sprawiedliwi, gdy mi swą dobroć okażesz.

[inne Psalmy]