sobota, 31 stycznia 2015

Niewidomy mężczyzna - historia dla dzieci

Był sobie pewien mężczyzna. Nie mógł widzieć, był niewidomy. Wszystko, co widział, to była ciemność. Zamknijcie teraz oczy - i co widzicie? Nic - dokładnie. Ciemność. Czarność. Tak właśnie widział tamten mężczyzna. W dzień i w nocy, ciągle to samo. Jego oczy były chore. Nie widział słońca, nie widział przyjaciół, nie widział żadnych ludzi. Nie widział jedzenia, drogi, swojego łóżka, rodziców - nic nie widział.

Mężczyzna ten bardzo chciał widzieć. Wy też, gdy zamknęliście oczy, zaraz szybko je otworzyliście. Czy chcielibyście tak cały czas chodzić z zamkniętymi oczami? Tamten mężczyzna bardzo chciał widzieć.

Pewnego razu usłyszał on o kimś, kto uzdrawia. O Jezusie. Nie widział Go jeszcze, ale słyszał o Nim. To tak samo, jak Wy: nie widzieliście Jezusa jeszcze, ale słyszeliście już o Nim - od rodziców, nauczycieli, kogoś innego.

Pamiętacie, jak latem czasem przyjeżdża na wasze osiedle samochód z lodami? Pamiętacie tę melodyjkę? Wszyscy wtedy wiedzą, że można kupić lody, prawda? I wszyscy wiedzą, że ten samochód, gdy nie ma go tutaj, to jest gdzieś indziej.

I tak samo było z Jezusem. Ten mężczyzna dowiedział się, że Jezus ciągle chodził. Raz był w jednym mieście, raz w innym. Jak ten samochód z lodami - raz u nas, innym razem gdzieś indziej. I nigdy nie wiadomo było, gdzie będzie kolejnego dnia.

Ten mężczyzna bardzo chciał Go spotkać. Ale jak to zrobić? Nie mógł do Niego iść, bo nie wiedział, gdzie będzie. A nawet gdyby, to jak - z zamkniętymi oczami - znaleźć kogokolwiek w tłumie ludzi? Ale mimo wszystko on marzył o tym, marzył o tym, żeby Jezus go uzdrowił.

I pewnego dnia Jezus przechodził tuż obok miejsca, gdzie ten mężczyzna siedział. Skąd ten mężczyzna o tym wiedział? Przecież nie widział? Jak myślicie? Tak, bo ktoś mu powiedział. Wokół Jezusa było tam wielu ludzi, cały tłum. Jak gdzieś na ulicy, albo na jakimś festynie. Poza tym mężczyzna ten słyszał też dużo głosów tych ludzie. I wiecie co? To było jak tamta melodyjka od tamtego samochodu z lodami - gdy jesteście w domu, to go nie widzicie, nie wiecie, że przyjechał, ale poznajecie po melodyjce. I ten niewidomy też po tych głosach poznał, że jest tutaj dużo ludzi, więc dzieje się coś specjalnego, niecodziennego. A ktoś inny, siedzący obok, powiedział mu, że to Jezus idzie.

Co robicie, gdy siedzicie, czekacie na kogoś, i nagle ten ktoś przychodzi? Biegniecie do niego, prawda? Ale ten mężczyzna nie mógł pobiec. Bo nie wiedział, dokąd. Przecież nic nie widział. Zamknijcie oczy i spróbujcie pobiec do kogoś - nie da się, prawda? Od razu byście się wywrócili, albo wpadli na jakiś słupek, albo na kogoś innego... A ten mężczyzna nie wiedział też przecież, jak Jezus wyglądał. Przecież nigdy nie widział.

I wiecie co? Myślę, że my też czasami jesteśmy jak ten mężczyzna - nie możemy zobaczyć Jezusa, nie wiemy, jak On wygląda, nie wiemy, w którą stronę pobiec.

Co zrobił więc mężczyzna? Zaczął wołać Jezusa. Głośno. I wiele razy. Tam już było głośno, bo przecież było wielu ludzi. Głośno, jak na festynie. Każdy coś mówił. Więc ten mężczyzna krzyczał bardzo głośno. Ale wiecie co? Niektórzy mówili mu, żeby był cicho. Ale on chciał, żeby Jezus go usłyszał! Wołał więc głośniej. Głośniej i głośniej, coraz głośniej.

Aż - wiecie, co się stało? Jezus go usłyszał! Usłyszał, a potem kazał mu podejść do siebie, i zapytał: W czym mogę ci pomóc?

A potem sprawił, że ten mężczyzna zaczął widzieć. Że zaczął mieć otwarte oczy. Że mógł zobaczyć twarz swojego przyjaciela, kolegi, koleżanki, mógł zobaczyć słońce, wodę...

I wiecie co? Powiem wam jeszcze jedną rzecz. My też czasami jesteśmy jak ten mężczyzna. Bo nie możemy widzieć Jezusa. Nie możemy zobaczyć Jego twarzy, choć bardzo byśmy chcieli. Ale wtedy - jeśli bardzo tego chcemy - zacznijmy Jezusa wołać! I nawet, jeśli inni ludzie będą nas uciszać, albo będą mówić, że Jezusa nie ma, że Boga nie ma - to nieprawda! Wołajmy Jezusa, gdy chcemy Go zobaczyć. A potem - tak jak ten mężczyzna - podejdźmy do Niego, nawet Go nie widząc. Bo ten niewidomy mężczyzna podszedł do Jezusa, kompletnie Go nie widząc. Tylko wierzył, że On tam jest, że to Jego głos. I my - tak samo - podejdźmy do Jezusa, starajmy się Go usłyszeć, rozpoznać Jego głos.

I pamiętajmy, że zawsze - nawet, gdy Jezusa nie widzimy - On jest niedaleko nas, i nas słyszy. Słyszy, jak o coś Go prosimy, i gdy Mu za coś dziękujemy. Rozmawiajmy z Nim więc, modląc się po cichu, gdy tylko tego potrzebujemy, nawet jeśli wokół jest tłum ludzi.





Ślepy mężczyzna

Stary był wystarczająco, żeby mieć już za sobą młodzieńcze porywy ideałów, kiedy to próbował zrobić coś ze swoim życiem. Nic z tego nie wyszło. Był społecznym wyrzutkiem. Bez wzroku - on nie widział innych, i praktycznie było tak, jakby on sam też dla innych nie był widoczny, nie istniał. Jak żyć, nie widząc? Ani pracować, ani coś porządnie załatwić...

W świątyni, gdy chciał zakupić jakiegoś gołąbka, żeby złożyć ofiarę, tak jak Bóg nakazał, wciskano mu najgorsze sztuki - bo przecież i tak nie widział. Bardzo mu to ciążyło, bo przecież chciał jak najlepiej wypełnić swój obowiązek, a podobno taka ofiara ma być pierwszej jakości. Stąd czuł, że ilekroć oddawał w ofierze takiego gołąbka, z którym - jak mu się wydawało - coś było nie tak, że to i tak idzie na marne.

Ciągle więc chodził ze swoim widmem nieodpuszczonego poczucia winy.

Czy wierzył w Boga? Trudno określić. Bóg był wpisany w tradycję miejsca, gdzie mieszkał. Wszystko opierało się na świątyni, na świętych księgach. Najwięcej do powiedzenia mieli oczywiście kapłani, i ci, co te księgi studiowali. Uczeni. Ciężko było wypełniać to wszystko, czego oni wymagali. Liczenie tych wszystkich kroków w sabat... Jak liczyć kroki, gdy się jest niewidomym i musi się siedzieć pod bramą? Przecież i tak musi tu dojść, tak czy siak.

Wierzył w dobroć ludzi. Gdy siedział na swoim stałym miejscu, koło bramy do Jerycha, i czekał na jakieś datki, które pozwoliłyby mu przeżyć - jakoś do tej pory szczególnie głodny nie był. Skądś więc ta dobroć ludzi musiała wypływać. Choć z drugie strony - uczeni mówili, że jest to wpisane w księgach, żeby rolnicy, najbogatsi w tym społeczeństwie, pewną część swoich dochodów przeznaczali na biednych. Ale i tak wierzył w tę dobroć.

Ach, gdyby tak mógł zaczął być w pełni człowiekiem... Gdyby mógł być komuś przydatnym, i pracować choćby dla takiego rolnika, żeby zbierać dla niego choćby jakieś resztki po żniwach... Gdyby mógł widzieć... I gdyby mógł wtedy samodzielnie wybrać jakiegoś gołąbka, żeby Bóg mu przebaczył, wyleczył z tego poczucia winy...

Inni żebracy, z którymi się spotykał, z którymi siedział też tu przy bramie, albo wędrowni trędowaci, mówili, że podobno powstał gdzieś w Galilei jakiś mężczyzna, nauczyciel czy coś takiego... Podobno jest Mesjaszem, podobno to on ma przegonić rzymskich żołnierzy z tego kraju. Tyle że on sam tak nie twierdził. On sam mówił o jakimś innym królestwie. I uzdrawiał ludzi. I mówił dużo o przebaczaniu. I podobno nawet sam grzechy odpuszczał! Kapłani byli oczywiście zbulwersowani, no bo jak to tak, przecież takie rzeczy to tylko w świątyni, tylko przez ród kapłanów z dziada pradziada, przez ród Lewitów... Ale tamten podobno się tym nie przejmował. Nawet przedyskutować go nie mogli. Nazarejczyk jakiś. Jezus, tak miał na imię.

Gdyby mógł dotrzeć w miejsce, gdzie Jezus akurat jest... Zobaczyć Go, zobaczyć ludzi, którzy dzięki Niemu widzą i słyszą... Zobaczyć ludzi, którym powiedział, że ich grzechy są odpuszczone, których poczucie winy zostało wyleczone...

Ale jak to zrobić? Był przecież niewidomym. Nawet gdyby trafił w to miejsce, gdzie On akurat był, to jak się przedrzeć do Niego? Podobno całe tłumy za nim chodzą. I ma jakichś dwunastu ludzi, którzy niby się uczą od Niego, słuchają Go, ale tak naprawdę, to otaczają Go w tym tłumie, jak ochroniarze jacyś. I jak rozpoznać, że to właśnie On jest?.... Tak bardzo chciałby widzieć...

Ale właśnie nadciągają jakieś głosy. Dużo głosów! Cały tłum chyba! Skąd taki tłum tutaj, w Jerycho?...
- Hej, słyszałeś? Jezus jest w mieście! Przechodzi tylko, ale wszyscy idą go zobaczyć!

Jezus! Wszyscy idą Go zobaczyć! Urgh.... Jak bardzo chciałby teraz widzieć, zobaczyć Jezusa, posłuchać, jak odpuszcza, jak uzdrawia z poczucia winy... Ale może idą tutaj gdzieś? Tak! Głosy są coraz bliższe i coraz głośniejsze! Jak??? Jak Go zobaczyć???
- Jezus! Bądź dobroduszny dla mnie! - nagle wyrwało mu się z gardła. I zaczął to powtarzać, głośniej i głośniej, mając nadzieję, że może Jezus będzie przechodził na tyle blisko, że go usłyszy. I że go nie zignoruje.
- Jezus! Tutaj jestem, potrzebuję cię!
- Cicho! Zwariowałeś?? Przecież to sam Mesjasz! Siedź tutaj i się nie odzywaj lepiej.

No tak. Przecież to był wielki człowiek. Każdy Go chciał zobaczyć, nie tylko on. Jak on, biedny, niewidzący żebrak spod jakiejś drogi miałby rozmawiać z Jezusem? Ale zaraz, przecież z celnikami też przebywał, tymi komornikami, krwiopijcami... I z prostytutką normalnie rozmawiał, jak z człowiekiem, nie jak tamci kapłani, z wyższością jakąś...

- Jezus! Proszę! Potrzebuję cię!
- Cicho bądź, ty stary, ślepy biedaku jeden!
- Jezus! Proszę!

Nagle coś się zmieniło. Wyczuł to raczej, niż wiedział. Coś w jego okolicy. Coś jakby ciszej? Adrenalina gwałtownie mu podskoczyła. Usłyszał?...

- Wstań. Jezus Cię usłyszał.
- Tak, właśnie powiedział, że chce rozmawiać z tobą.
- Ty to ale szczęściarz jesteś.
- No już, wstawaj, nie każ mu czekać.
- Tu, tędy, w tę stronę idź... Poprowadźcie go tam dalej do Mistrza! Na rozmowę idzie!

Poszedł. Przez tłum. Czuł to, że idzie przez tłum. Tysiące oczu na jego skórze. Czasami jakaś ręka czy jakiś głos skierowały go w bardziej poprawnym kierunku. Czasem odbił się o jakiś łokieć. Nagle jakaś ręka go zatrzymała.

- Witaj. Jak się nazywasz?
- Oj, Panie... - nagle zrozumiał, że oto stanął przed Jezusem. Tym wielkim Jezusem, który potrafił dać człowiekowi nowe zdrowie, który potrafił przebaczyć nawet prostytutce, który leczył z poczucia winy, i który mówił o Bogu jak o Ojcu, mieszkającym w niebie.
- Co chciałbyś, żebym zrobił dla ciebie?
- Oj, Panie... - nagle tylko jakaś pustka pozostała mu w głowie... Nagły stres, nagły odpływ jakichś sensownych myśli. Zaraz, co zawsze było jego najgorętszym pragnieniem? A tak, żeby móc samodzielnie wybrać najlepszego gołąbka dla Boga. Dla tego Boga, o którym Jezus mówił, że jest jak ojciec, a nie jak pięć tomów z przepisami. - Panie, tylko żebym widział...

Dookoła zrobiło się cicho. Wyczekująco.

- Proszę, twoja wiara cię ocaliła.

Nagły błysk. Nagle ciemność się skończyła. Zajęło mu to chwilę, zanim przyzwyczaił się do dziennego światła. Dzienne światło???? Ale... Tak! On to zrobił!!!!!!!

Przez łzy szczęścia praktycznie nie widział nic więcej, jak tylko dzienne światło. I mnóstwo ludzi, odchodzących właśnie na inne miejsce. Jezusa już nie było. Widział mnóstwo innych twarzy. Widział twarze! I ludzi! Niższych i wyższych!

Wciąż łzy leciały mu ze szczęścia, same. Na razie nic innego nie był w stanie zobaczyć, musiał się przyzwyczaić do nowego wymiaru świata, w jaki właśnie wkroczył. I do tego, co usłyszał od Jezusa. Chyba mało kto zwrócił na to uwagę, ale Jezus nie powiedział: "Jesteś uzdrowiony", jak zwykle, ale "Jesteś ocalony". Był ocalony! Odczuwał ulgę! Jakiś ciężar z jego serca nagle znikł! Koniec z kulawymi gołębiami! Tylko Jezus, który uzdrawia, który daje wzrok, i który daje też możliwość widzenia głębiej - wewnątrz siebie, szerzej - Boga jako tego najlepszego ojca, przyjaciela, troskliwego, słyszącego... Chwała Bogu!

Nawet nie wrócił po swoje rzeczy przy drodze. Poszedł za tym tłumem, poszedł za Jezusem. Umyje się gdzieś po drodze.





piątek, 30 stycznia 2015

Uzdrowienie czy ocalenie/zbawienie/uratowanie?

Zaś on odrzucił swój płaszcz, powstał i przyszedł do Jezusa. A Jezus odpowiadając, rzekł mu: Co chcesz, abym ci uczynił? Zaś ślepy mu powiedział: Mistrzu, abym odzyskał wzrok. Więc Jezus mu powiedział: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. I zaraz odzyskał wzrok oraz szedł drogą za Jezusem.
Mar. 10,50-52 NBG

Jezus mu powiedział: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Nad tym słowem się zastanowiłem. Dlaczego? Ponieważ wszystkie polskie tłumaczenia, z których korzystam na bieżąco (NBG, BP, BW, BG, BT II), używają tego właśnie słowa. Tymczasem w wersji norweskiej dostrzegłem słowo: "ocaliła, uratowała"... Ponieważ różnica między uzdrowieniem a ocaleniem jednak jest, choć w jakimś sensie znaczenia tych słów się zazębiają, to jednak musiał być jakiś powód, dla którego Jezus wypowiedział się właśnie tak, a nie inaczej. (A jeśli komuś wpadnie do głowy pytanie: a co, jeśli to ewangelista się pomylił? Moja odpowiedź w takim przypadku: na to już nie mamy wpływu. Musimy wierzyć według tego, co jest nam dostępne, bez rozważania innych opcji, które teoretycznie niby są dostępne, ale zastanawianie się nad nimi w niczym nie pomaga, a jedynie pogarsza sytuację).

Powędrowałem więc jeszcze, z czystej ciekawości, do anglojęzycznego tłumaczenia New Revised Standard Version (NRS lub NRSV), które zdobyło moje największe zaufanie... i tłumaczenie to mówi, że "twoja wiara zrobiła ci dobrze". King James Version (KJV) używa wyrażenia: "twoja wiara uczyniła cię całym/kompletnym". New International Version (NIV), taka międzynarodowa "brytyjka" (BW), używa słowa "uzdrowiła". Parę tłumaczeń używa określeń "uratowała/ocaliła", jedno nawet "oczyściła"*.

Finalnie, aby sprawdzić, jak to było naprawdę, powędrowałem do Przekładu Dosłownego. I tu - niespodzianka: Jezus powiedział mu więc: Idź, twoja wiara cię ocaliła.

W kolejnym kroku sprawdziłem więc, w jakich innych okolicznościach zostało użyte to samo słowo. Znalazłem siedem takich przypadków**, i każdy z nich został użyty albo w opisie tej samej historii w innych ewangeliach, albo w podobnych historiach, gdzie ktoś został uzdrowiony, ale Jezus powiedział mu, że "został ocalony". Byli to:

  1. kobieta, która z powodu jakiejś choroby wiecznie krwawiła od dwunastu lat (Mat. 9,22; Mar. 5,34; Łuk. 8,48); 
  2. kobieta-prostytutka, która - podczas wizyty w domu u jednego z faryzeuszy - nasmarowała Jezusa jakimś pachnącym olejkiem, która nie miała żadnej choroby fizycznej, ale do której Jezus - w kontekście rozmowy o odpuszczaniu grzechów - wprost powiedział, że jest ocalona/uratowana/zbawiona (Łuk. 7,50);
  3. jeden z dziesięciu trędowatych, uzdrowiony przez Jezusa, który wrócił do Niego, żeby Mu podziękować (Łuk. 17,19);
  4. i ów ślepiec, niewidomy mężczyzna, opisany w Ew. Marka 10,52 oraz Ew. Łuk. 18,42. 

Idąc dalej: szukając występowania danego słowa w Przekładzie Dosłownym, do tej pory byłem zdolny zrobić to, używając jedynie słowa występującego w tej samej formie odmiany (przypadku, osobie, czasie, liczbie etc.). Tymczasem ostatnio ktoś nauczył mnie posługiwać się słownikiem Stronga... I stwierdzam, że ten słownik jest niesamowity :) Otóż Strong był człowiekiem, który spisał i ponumerował wszystkie greckie słowa, jakie występują w NT, niezależnie od ich odmiany gramatycznej. Tak więc poszukując czegoś w greckim NT nie trzeba znać greckiej odmiany słów, wystarczy tylko wpisać nr słowa. I tu - po wpisaniu numeru 4982 pojawiły mi się 103 występowania tego słowa w greckim NT***... Nie, nie będę analizował każdego przypadku. pobieżnie tylko przeglądając widać, że jest to słowo o znaczeniu zamiennym: uratować/zbawić/ocalić. To, że słowo "zbawiony" oznacza "uratowany, ocalony", to wiadomo. Uratowany od teg finalnej śmierci, tego finalnego zniszczenia, finalnego spalenia w ogniu, który ma spalić wszystkie śmieci, brudy. Nie mówię o żadnym wiecznym ogniu, jak z tą gehenną - to ma być jednorazowe wydarzenie. To właśnie jest w Biblii nazywane Tą Śmiercią, albo Drugą Śmiercią. I gdy mowa w Biblii, że "karą za grzech jest śmierć", to mowa właśnie o tej drugiej, trwałej śmierci. I od tejże właśnie wybawił/uratował/ocalił nas Jezus.

A potem, po oczyszczeniu Ziemi ze wszystkich brudów, ma być wszystko rozpoczęte od nowa, już tylko z ludźmi, którzy zdecydowali się być z Bogiem.

Wracając do pierwotnego wątku - gdy Jezus mówił tym ludziom, których dopiero co uzdrowił, że ich własna wiara ich nie tylko uzdrowiła, ale i OCALIŁA - rozumiem, że sięgał po coś głębiej. Że owo uzdrowienie to nie było tylko odzyskanie wzroku czy ustanie krwawienia, ale ewidentne przebaczenie czegoś, co siedziało w człowieku głęboko, co nie dawało mu spokoju, co powodowało mu wyrzuty sumienia.

I teraz pytanie - czy ten ślepiec, siedzący przy tej drodze, który czekał i miał nadzieję, że Jezus pojawi się gdzieś w okolicy, żeby móc poprosi Go o uzdrowienie - czy on faktycznie oczekiwał TYLKO uzdrowienia? Czy może - słysząc całą tę otoczkę, słuchając historii o Nim, plotek etc., i wiedząc, że jest to człowiek, który uważa, że może wybaczać grzechy (rzecz niewyobrażalna w starożytnym Izraelu, gdzie "przebaczenie" grzechów można było otrzymać TYLKO i wyłącznie w świątyni, zanosząc tam ofiarę) - czy czekał on tylko na uzdrowienie, czy może po cichu miał też nadzieję na wybaczenie tego, co dręczyło go przez jakiś długi czas?







czwartek, 29 stycznia 2015

Dobra Nowina Marka, 10.5.

Przyszli do Jerycha, a kiedy Jezus, razem ze swoimi uczniami i wielkim tłumem, wychodził już z tego miasta, był tam pewien ślepy mężczyzna, posadzony przy drodze, by żebrać. Nazywał się Bartymeusz, był synem Tymeusza. Kiedy usłyszał, że to właśnie Jezus z Nazaretu przechodził obok niego, zaczął krzyczeć:
- Jezusie, synu Dawida, miej dobroduszność/łaskawość nade mną!
Wielu próbowało go zakrzyczeć i nakłonić do milczenia, ale to sprawiało tylko, że krzyczał jeszcze głośniej:
- Hej, synu Dawida, miej dobroduszność/łaskawość nade mną!
Wtedy Jezus zatrzymał się i powiedział:
- Niech on podejdzie do mnie.
A tamci zawołali ślepego, mówiąc:
- Bądź dobrej myśli! Podnieś się, on cię woła.
Wtedy mężczyzna odrzucił kapotę, którą był nakryty, podniósł się gwałtownie i podszedł do Jezusa.
- Co chciałbyś, żebym dla ciebie zrobił? - zapytał Jezus.
- Mistrzu - odpowiedział ślepiec - tylko wzrok mi przywróć!
- Idź! Twoja wiara cię ocaliła.
I od razu mógł on widzieć, a potem podążał on za Jezusem w Jego drodze.

na podstawie: Mar. 10,46...52

[dalej]
[do początku]





środa, 28 stycznia 2015

Nadarzająca się okazja

Kiedy usłyszał, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął krzyczeć i wołać: Synu Dawida, Jezusie, zmiłuj się nade mną! I wszyscy kazali mu milczeć, lecz on jeszcze głośniej krzyczał: Synu Dawida, zmiłuj się nade mną! 
Mar. 10,47-48 BP

Ilu ludzi siedziało przy drodze, żebrało, będąc ciężko chorymi? Ilu było niewidomych wtedy, albo głuchych, albo sparaliżowanych, albo niepełnosprawnych w jakikolwiek inny sposób? Nie mogących pracować, zmuszonych do żebrania? Ilu z nich, siedząc całymi dniami przy drodze, marzyło, by Jezus przeszedł właśnie tędy, gdziekolwiek, choćby i okolicą, żeby można było Go zawołać, poprosić o pomoc?

Ale nie było to takie proste. Porównując: to tak, jakby do małego miasteczka przyjeżdżał sam Kubica, i gdyby miał on otworzoną jakąś fundację charytatywną, pomagającą innym ludziom, niczym Bill Gates. I jakby ludzie z całego miasteczka zeszli się, bo każdy miałby nadzieję zobaczyć Kubicę na własne oczy, zdrowego oczywiście, jak zawsze, bez żadnego zadraśnięcia po tylu kraksach, a niektórzy nawet mieliby nadzieję usłyszeć jakieś wskazówki, jak można zostać dobrym sportowcem czy rajdowcem. I to tak, jakby nagle ktoś próbował się przebić przez cały ten tłum, i przez kordon ochroniarzy (uczniowie Jezusa byli chyba jak Jego ochroniarze w tym tłumie...), by prosić Kubicę o pomoc z jego fundacji. Nie było łatwo.

Tutaj, w tym przypadku, ten ślepy mężczyzna zdecydował się przekrzyczeć cały ten tłum, byle Jezus go usłyszał. Jak bardzo musiał być zdeterminowany? Jak bardzo i jak długo marzył, by Jezus przechodził obok, by nadarzyła się taka okazja?

Odnośnie "okazji"... Można czekać na okazję, że coś "samo przyjdzie". To tak, jakby czekać na Jezusa, idącego w tym całym wielkim tłumie, że zobaczyć pojedynczą osobę, stojącą przy drodze. A jestem pewien, że takich osób, jak ten ślepy, było tam o wiele więcej, cały rządek, kilku czy kilkunastu takich osób. Wystarczy przeczytać, co działo się wokół sadzawki Betezda - ile tam było osób. Ale tamten mężczyzna nie czekał na to, aż coś samo do niego przyjdzie - doczekał się najlepszych możliwych okoliczności, w których Jezus znalazł się w zasięgu jego głosu i po prostu wykrzykiwał prośbę o pomoc, próbując przekrzyczeć cały tłum.

A Jezus przystanąwszy powiedział: Zawołajcie go. 
Mar. 10,49 BP

A ktokolwiek Jezusa zawołał, temu Jezus nigdy nie odmówił udzielenia pomocy. Zawsze można było na Niego liczyć. Nawet jeśli inni próbowali zakrzyczeć ten głos wołający Jezusa o pomoc.






wtorek, 27 stycznia 2015

Czyny wysłanników, 4.1.

Podczas, gdy oni jeszcze mówili, zaskoczyli ich kapłani, szef straży świątynnej i saduceusze, którzy byli rozwścieczeni z powodu takiego wyjaśnienia dla ludu i głoszenia o zmartwychwstaniu Jezusa. Aresztowano ich i usadzono w więzieniu do kolejnego dnia, bo tego było już zbyt późno. Jednak wielu z tych, którzy usłyszeli to przesłanie, uwierzyło, a było tam około pięciu tysięcy osób.

Dzień później zebrała się w Jerozolimie razem: żydowscy przełożeni, starszyzna i uczeni w Piśmie. Byli tam także: arcykapłan Annasz, Kaifasz, Jan i Aleksander, razem z kilkoma innymi osobami, wszyscy z rodu kapłańskiego. Sprowadzili oni apostołów przed siebie i przesłuchiwali ich:
- W czyjej mocy / z czyjego upoważnienia i w czyim imieniu to zrobiliście?

Wtedy Piotr został wypełniony Duchem Świętym i odpowiedział im:
- Członkowie Rady i Starsi w ludzie! Kiedy będziemy dzisiaj przesłuchiwani ze względu na uzdrowienie pewnego chorego mężczyzny, i będziemy zapytani o to, dlaczego on został uzdrowiony, wiedzcie - wy i cały lud izraelski - że: gdy ten mężczyzna stoi zdrowy przed wami, stało się to dzięki imieniu Jezusa Chrystusa, Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście, ale którego z kolei Bóg podniósł z martwych. On jest
kamieniem, którzy został odrzucony przez was, budowlańcy, 
ale który stał się kamieniem węgielnym, podwaliną fundamentów. 
Nie ma zbawienia w nikim innym, bo pod całym tym niebem nie zostało dane żadne inne imię, dzięki któremu moglibyśmy być zbawieni.

Kiedy zobaczyli oni, jak śmiało mówili Piotr i Jan, i zrozumieli, że wypowiadali się właśnie kompletnie nieuczeni, prości ludzie z ludu, dziwili się. Wiedzieli, że to oni przebywali razem z Jezusem, i kiedy zobaczyli tego uzdrowionego człowieka, stojącego tam razem z nimi, nie mogli powiedzieć nic przeciwko. Odesłano ich więc z Sanhedrynu / Rady Najwyższej, i zebrali się, aby przedyskutować to ze sobą nawzajem. Mówili:
- Co mamy zrobić z tymi ludźmi? Dokonali jawnego cudu i jest to jasne dla wszystkich, którzy mieszkają w Jerozolimie, i temu nie możemy zaprzeczyć. Ale to nie ma prawa rozprzestrzenić się między ludźmi jeszcze bardziej. Musimy więc zagrozić im, żeby nie rozpowiadali tego wszystkiego innym ludziom, nie w tym imieniu.

Zawołali więc ich ponownie i zastrzegli, żeby całkowicie wstrzymali się z wygłaszaniem i wykładaniem nauk w imieniu Jezusa. Ale Piotr i Jan odpowiedzieli:
- Rozsądźcie Panowie sami, czy jest to prawidłowe w oczach Boga posłuchać was bardziej czy Jego. My nie możemy przestać mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy.
Wtedy grożono im jeszcze bardziej, ale pozwolono odejść, bo nie dostrzeżono innej możliwości, by ich ukarać. Przynajmniej tak długo, dopóki lud wychwalał Boga za to, co się stało.

A tamten człowiek, który został uzdrowiony w tamtym cudzie, miał ponad czterdzieści lat.

na podstawie: Dz. Ap. 4,1...22

[dalej]
[do początku]





poniedziałek, 26 stycznia 2015

Fatalny szef w pracy

Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za władców i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli, w całej nabożności oraz godności. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy.
1 Tym. 2,1-4 BW/NBG

Czasem zdarza się mieć fatalnego szefa w pracy. Niezorganizowanego, wymajającego zorganizowania od innych, nie dbającego o swoje otoczenie, dbającego za to o swoją własną kawkę, z którą przechadza się wszędzie. Wprowadza panikę wszędzie, gdzie tylko się pojawi - ale nie przez strach (choć w niektórych przypadkach może i tak), ale przez sam fakt, że znowu coś "wymyślił", co jego zdaniem ma ulepszyć pracę. I próbuje zrobić koło jeszcze bardziej okrągłym. A każda próba przekształcenia dobrze toczącego się koła tylko pogorszy sprawę...

Jedyne, co można zrobić, to dać dobry przykład samym sobą. Cierpliwością (List Jakuba), dobrą pracą, i modlitwą za takich ludzi - jak to napisał Paweł do Tymoteusza.





niedziela, 25 stycznia 2015

Chrzest Duchem Świętym

Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, podeszli do Niego i powiedzieli: Nauczycielu, chcielibyśmy, żebyś zrobił dla nas to, o co Cię poprosimy. On powiedział: Co mam dla was zrobić? Odpowiedzieli: Spraw, abyśmy siedzieli w Twojej chwale, jeden po Twojej prawej stronie, a drugi po lewej. A Jezus im powiedział: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie wypić kielich, który Ja piję? Albo być ochrzczeni tym chrztem, którym ja jestem ochrzczony? Odpowiedzieli Mu: Możemy! A Jezus im powiedział: Kielich, który ja piję, pić będziecie, i chrztem, którym jestem chrzczony, zostaniecie ochrzczeni.
Mar. 10,35-39 BP/BW

O czym mówi ten fragment? O jakim chrzcie, typowym dla Jezusa? Czy mowa tutaj o Duchu Świętym?... Jezus, gdy został ochrzczony, otrzymał Ducha Świętego, ukazała się gołębica, usłyszano głos z nieba i takie tam:

A gdy Jezus został ochrzczony, wtedy wystąpił z wody, i oto otworzyły się niebiosa, i ujrzał Ducha Bożego, który zstąpił w postaci gołębicy i spoczął na nim. I oto rozległ się głos z nieba: Ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem (Mat. 3,16-17 BW).

Czyżby ci uczniowie mieli doczekać się tego samego? Historia z pierwszych rozdziałów Dziejów Ap. pokazuje, że tak właśnie się stało: Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dzieje 2,1-4 BT).

Stąd mogę wnioskować, że stanie się tak z każdym kolejnym "uczniem" Jezusa, który tylko będzie tego chciał. Z nami będzie tak również. Bo On tak powiedział.





Dobra Nowina Marka, 10.4.

Potem byli w drodze do Jerozolimy, a Jezus szedł przed nimi. Uczniowie byli wstrząśnięci, a ci, którzy nadal podążali za nimi, obawiali się. Wtedy wziął Jezus na nowo tych dwunastu na stronę i zaczął opowiadać o tym, co ma się z nim stać:
- Patrzcie, idziemy do Jerozolimy, a Syn Człowieczy ma być tam przejęty przez arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Zasądzą go na śmierć i przekażą "poganom", a ci będą drwili z niego i pluć na niego, uderzać go, i będą bić go aż na śmierć. A trzy dni później on znowu powstanie.

Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, podeszli wtedy do Niego i powiedzieli:
- Mistrzu, jest coś, o co chcielibyśmy cię prosić, żebyś dla nas zrobił.
- Co chcielibyście, abym zrobił dla was?
- Pozwól nam w twojej wspaniałości usiąść obok ciebie, jednemu po twojej prawej, drugiemu po twojej lewej stronie. - Ale Jezus odpowiedział im:
- Nie macie pojęcia, o co prosicie. Czy możecie wypić ten puchar/kielich, który ja piję? Albo zostać zanurzonym w takim chrzcie, jak ja jestem?
- Tak, możemy!
- W porządku, więc ten kielich, który ja piję, wy też będziecie pić, i tym chrztem, w którym ja zostałem zanurzony, wy też będziecie zanurzeni*. Ale o tym, kto ma usiąść po mojej prawej czy lewej stronie - nie moja to rzecz decydować o tym. Usiądą tam ci, którzy będą w stanie tego dokonać.

A kiedy pozostali o tym usłyszeli, wściekli się na Jakuba i Jana. Ale Jezus zawołał ich do siebie i powiedział:
- Wiecie, że ci, którzy będą postrzegani jako "książęta" ponad ludem, będą uciskać lud, a ich "wielcy" będą rządzić twardą ręką. Ale nie powinno być tak między wami. Ten, kto chce być wielki między wami, niech stanie się sługą/pomocnikiem pozostałych, i ten kto chciałby być postrzegany jako ten pierwszy z was, niech zostanie niewolnikiem wszystkich. Bo nawet Syn Człowieczy nie przyszedł po to, żeby mu służono/posługiwano, ale żeby sam służył/posługiwał, i żeby oddał swoje życie jako okup za wielu.

na podstawie: Mar. 10,32...45

* - komentarz tutaj: Chrzest Duchem Świętym

[dalej]
[do początku]





piątek, 23 stycznia 2015

Piekło w Biblii, cz. 5

W którejś z poprzednich części tego cyklu napisałem:

Sprawdźmy więc, czy grecka nazwa "Gehenna" w każdym przypadku została przetłumaczona jako piekło, i czy każde słowo "piekło", występujące w NT, pochodzi od słowa "Gehenna". Pomocna tutaj będzie NBG (Nowa Biblia Gdańska), która jako jedyna z używanych przeze mnie przekładów tłumaczy greckojęzyczną Gehennę na polskojęzyczną "gehennę", a nie na "piekło". Na pierwszy rzut sprawdzę, czy słowo "gehenna" zawsze tłumaczona jest jako "piekło".

A więc - patrząc na wyniki poszukiwań - tak, w większości przekładów słowo "gehenna" tłumaczona jest na piekło. I o ile w przenośni można "gehennę" jako piekło w pracy potraktować ("ale dzisiaj miałem piekło w pracy", "tam zdarzyło się piekło"), o tyle przyszycie do tego przejęzyczenia - bo tak to traktuję w tym momencie - całej teorii o tym, że jest to miejsce, gdzie Bóg karze ludzi, mało tego - skazuje ich tam na WIECZNE potępienie (kto mógłby patrzeć na czyjeś męki wiecznie??? W końcu - choćby nawet i po stu latach - nawet największemu wrogowi można przecież wybaczyć!) - jest po prostu jednym wielkim nieporozumieniem. To tak, jakby na podstawie jednej oznaki choroby, powiedzmy: wysokiej temperatury - orzec AIDS! A przecież gorączka to nawet nie choroba, to tylko objaw tego, że organizm człowieka z czymś walczy i nasz układ odpornościowy jest w stanie gotowości, wręcz w stanie "gorączkowej walki" z jakimiś zarazkami. A przyczyną takiej gorączki może być wiele, bardzo wiele chorób.

Tymczasem tutaj do jednego słowa - "piekło" - które nawet nie istnieje w oryginalnym tekście Biblii, doszyto całą, niebagatelną przecież, teorię. Całe to "piekło" to po prostu "gehenna" - miejsce-symbol, miejsce pełne smrodu, wiecznie palących się śmieci, z ponurą legendą palonych tam w dawnych czasach dzieci, miejsce gdzie wszystko - rzucone w ten ogień - znika, przestaje egzystować, zamienia się w popiół. I koniec. Po zamianie w popiół nic więcej nie następuje, żadne wieczne męki.

Sprawdziłem, czy słowo "gehenna", występujące w Przekładzie Dosłownym (PD), występuje w NBG zawsze w tych samych miejscach. A więc - tak. Ni mniej, ni więcej. W internetowej wersji NBG możliwe jest wpisanie samego tematu słowa "gehenn", wówczas otrzymać można wszystkie występowania tego słowa w NT. W wersji greckiej, PD, nie odkryłem niestety takiej możliwości, trzeba więc wpisywać to słowo we wszelkich możliwych kombinacjach gramatycznych (gehenne, gehennes, gehennan). Co oznacza że:
1. Każde występowanie słowa "gehenna" zostało w NBG tak właśnie wyrażone, natomiast w innych przekładach zostały użyte określenia "piekło", "ogień piekielny" etc.
2. Każde występowanie słowa "gehenna" w NBG jest podparte takim samym występowaniem w greckim PD.

Czy każde występowanie słowa "piekło" w tradycyjnych przekładach pokrywa się z występowaniem słowa "gehenna"? Sprawdzę to kolejnym razem.

[dalej]
[do początku]




czwartek, 22 stycznia 2015

W imieniu Jezusa

... to wiedzcie zarówno wy, jak i cały lud izraelski, że on stoi przed nami zdrowy dzięki imieniu Jezusa Chrystusa ...
Dz. Ap. 4,10 BP

Co właściwie znaczy to, że coś jest dokonywane w imieniu Jezusa? Pozwolę sobie na pewien proces dedukcyjny:

Jeśli nie możemy sami załatwić jakiejś sprawy w urzędzie, wówczas wypisujemy upoważnienie dla kogoś innego, i ta inna osoba może iść do tego urzędu i załatwić tę sprawę za nas. W naszym imieniu. Czyli - ona tam jest, ale załatwia coś za nas, ponieważ my sami z jakichś względów nie mogliśmy zrobić tego osobiście. Wynika z tego, że osoba, która jest tam za nas, jest tam w naszym zastępstwie.

Czy Jezus nie mógł nadal uzdrawiać na ziemi osobiście, że musieli to robić uczniowie w Jego imieniu? Za Niego? Pewnie mógł. Ale wtedy to wyglądałoby jak czary-mary. Hokus-pokus. Samo przyszło, samo się zadziało. A tutaj chodziło o to, żeby:

1. Jezus miał iść do nieba, bo taka miała być Jego misja. Jaka to misja?:

Z tego, co mówimy, najważniejsze jest to: Mamy arcykapłana, który zasiadł na prawicy Majestatu, na Jego tronie w niebie. On spełnia służbę w świątyni, to jest w namiocie prawdziwym, jaki zbudował Pan, a nie człowiek (Hebr. 8,1-2 BP).

Mowa tu o Jezusie. Napotkać można jeszcze więcej fragmentów mówiących o tym, że Jezus jest tam dla nas, choćby ten:

Dzieci moje, to wam piszę, abyście nie grzeszyli. A jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy (1 Jan 2,1 BW).

Tak. To Jezus jest naszym "orędownikiem" tam, w niebie, nikt inny, choćby umarł najbardziej męczeńską śmiercią, czy choćby był samą matką Jezusa. Nie. Tylko sam Jezus. Tylko On załatwił sprawę grzechów raz na zawsze i daje nam możliwość, że - jeśli chcemy - może On "wpisać" nasze grzechy na "swoje konto", na konto tych grzechów już załatwionych, podczas gdy owe "nierozliczone" - ciągle czekają na "załatwienie". Dlatego jest On w niebie, dlatego nie może być sam, osobiście, na Ziemi.

Zresztą będąc tutaj obiecał, że przyśle w zastępstwie za siebie Ducha Świętego. Więc tak czy siak - wszystkie owe uzdrowienia apostołowie dokonywali będąc pod wpływem Ducha.

2. Ponieważ Jezus umarł za całą ludzkość, za wszystkich ludzi, nie tylko za apostołów, za Izraelitów, za Europejczyków, za cywilizowanych czy za białych - chce, żeby wiedza o Nim rozniosła się po całym świecie, żeby każdy mógł podjąć tę decyzję i przyjąć ofertę, którą daje Jezus - żeby oddać Jemu swoje grzechy i dalej żyć z Nim. Dlatego chce, żeby inni ludzie osobiście robili te wszystkie cuda/znaki w Jego imieniu, żeby całe tłumy, obserwujące zdarzenia, wiedziały, dlaczego to się tak dzieje. A nie, że samo z przychodzi, czary-mary jakieś, albo hokus-pokus, szczęśliwy los, przeznaczenie czy coś takiego.

Tak więc robić coś w imieniu Jezusa to robić coś jako Jego pełnomocnik, korzystając z Jego upoważnienia, z Jego wpływów (tutaj: Jego mocy, mocy Ducha Świętego). To jest nominujące. Z tym że trzeba być przygotowanym, że to wiąże się także z byciem "na świeczniku", czyli w miejscu/sytuacji/pozycji, gdzie wielu ludzi będzie nas widzieć, i gdzie będzie duża sposobność, aby oni dowiedzieli się, dlaczego to tak działa - tak samo jak to miało miejsce w przypadku Piotra w czwartym rozdziale Dz. Ap. Czyli mówiąc zwyczajnie i sloganowo - żeby "zwiastować Jezusa".





środa, 21 stycznia 2015

Apokalipsa, 12. - Bóg wyjaśnia niejasności

I odwróciłem się, aby widzieć głos, który rozmawiał ze mną, i odwróciwszy się zobaczyłem siedem złotych świeczników1, a pośrodku tych siedmiu świeczników - kogoś podobnego do Syna Człowieczego odzianego w szatę sięgającą stóp, i przepasanego na piersiach pasem złotym. Jego głowa i włosy były jak biała wełna, albo jak śnieg, a oczy jak płomień ognia. Jego stopy - jak roztopiony mosiądz, rozżarzony w piecu, a Jego głos - jak szum wielu wód. W swojej prawej dłoni miał siedem gwiazd, a z Jego ust wychodził ostry miecz obosieczny, a Jego twarz jaśniała jak słońce w pełnej mocy.
Obj. 1,12-16 PD

1 - Złote świeczniki. W Nowym Testamencie to słowo ("świeczniki") występuje tylko trzy razy - za pierwszym razem w kontekście czegoś, co sprawia, że światło stoi wyżej, żeby lepiej je było widać; za kolejnym - w dalszym tekście Księgi Objawienia, gdzie Jezus wyjaśnia Janowi, co właściwie widział.

Hm, i tutaj nasuwa mi się wniosek, w związku z tym, co napisałem w poprzedniej części o mieczu obosiecznym, że skoro Jezus wyjaśniał Janowi, co widział, to znaczy, że Jan musiał ten miecz wychodzący z ust faktycznie widzieć, a nie tylko użyć znanego sobie porównania... A ponieważ Jezus nigdy nie miał takiego miecza w ustach, jak jakiś bajkowy stwór, to jedyny wniosek, jaki się nasuwa - Duch, który ogarnął Jana podczas tej wizji, musiał podsunąć mu obrazy takie, że widział symbole, które był w stanie opisać. Czy tutaj wszystkie te symbole będą wyjaśnione, tak jak te świeczniki za którymś z kolejnych tekstów? Zobaczymy...

W każdym razie wyjaśnienia takie zdarzają się dosyć często. Tak jest w Księdze Daniela - gdzie Nebukadnezar miał sny pełne symboli, a Daniel mu te symbole wyjaśniał, powołując się to, co Bóg dał mu zrozumieć, i także tutaj, w Księdze Objawienia, parę takich wyjaśnień będzie miało miejsce, i nawet w ewangeliach, gdy Jezus mówił pewne rzeczy, a uczniowie nie do końca je rozumieli, to potem wyjaśniał im wszystko dokładnie.

I tutaj nasuwa mi się pewien wniosek - wygląda na to, że jeśli wydaje się nam, że jakimś naszym działaniem pokierował Bóg, albo coś nam chciał powiedzieć, przekazać - to nie zostawi nas w niepewności co tego, co miał na myśli, ale nam to wyjaśni. W jaki sposób? Stosownie do tego, jaki sposób trafia do każdego z nas, lub jaki każdy z nas uważa za słuszny, lub efektywny.

W każdym razie mogę powiedzieć, bazując na własnym doświadczeniu, że o ile pewne decyzje musimy podjąć sami, o tyle niektóre z nich, takie o bardzo życiowym zasięgu, często miałem poparte Bożym błogosławieństwem. Co to znaczy? Otóż to, że pomimo niepewności, najczęściej z powodu zbyt wielu zadawanych sobie pytań, widziałem, że pewne rzeczy idą "same" w zgodnym kierunku, i w odpowiednim czasie, a jednocześnie moja niepewność przeradzała się w stan 100% pewności. Uważam to za jeden ze sposobów, w jaki Bóg przemawia - co do pewnych rzeczy nie pozwala, by były jakieś niejasności, niedopowiedzenia, ale wyjaśnia wszystko jasno i klarownie.

[dodano 2016-09-21: zobacz też nowszy post na ten temat: [JEZUS POMIĘDZY SIEDMIOMA ŚWIECZNIKAMI]]





wtorek, 20 stycznia 2015

Apokalipsa, 11. - Miecz obosieczny, obustronny

I odwróciłem się, aby widzieć głos, który rozmawiał ze mną, i odwróciwszy się zobaczyłem siedem złotych świeczników, a pośrodku tych siedmiu świeczników - kogoś podobnego do Syna Człowieczego odzianego w szatę sięgającą stóp, i przepasanego na piersiach pasem złotym. Jego głowa i włosy były jak biała wełna, albo jak śnieg, a oczy jak płomień ognia. Jego stopy - jak roztopiony mosiądz, rozżarzony w piecu, a Jego głos - jak szum wielu wód. W swojej prawej dłoni miał siedem gwiazd, a z Jego ust wychodził ostry miecz obosieczny1, a Jego twarz jaśniała jak słońce w pełnej mocy.
Obj. 1,12-16 PD

1 - Nie wiem, czy to, co widział Jan, to faktycznie był ten miecz wychodzący z ust, czy może po prostu tak się wyraził, stosując porównanie znane mu z innych pism, uważanych przez niego za kanon Słowa Bożego, czy może Duch, pod którego wpływem się znalazł, celowo pokazywał mu takie obrazy, żeby opisując je, wyglądało jakby Jan używał non-stop metafor. W każdym razie porównanie do miecza obosiecznego pojawia się kilka razy, niemal za każdym razem w kontekście tego, jaki on jest ostry. Hebr. 4,12 mówi nawet, że Słowo Boga jest nawet ostrzejsze, niż ten miecz. Czyli - tak mi przychodzi do głowy - widzę to jako zapowiedź tego, że to, co będzie mówił Jezus dalej, że cała ta Ewangelia samego Jezusa, to będą słowa ostre, przeszywające do szpiku kości, jak jakiś zastrzyk - wbity głęboko, ale żeby nas ratować.

A co to jest właściwie ten miecz obosieczny? Pisałem już o tym kiedyś na tym blogu - w odróżnieniu od noży, którymi zazwyczaj się posługujemy, a które tną tylko jedną stroną, miecz obosieczny ma ostrza po obu stronach. Typowy miecz polskiego rycerza, jaki nosimy w wyobraźni, to właśnie miecz obosieczny. Wygląda jak taki duży sztylet.

[dalej]
[do początku]





niedziela, 18 stycznia 2015

Synowie Boży z Księgi Genesis

Stało się też, kiedy ludzie zaczęli się rozmnażać na ziemi oraz narodziły się im córki, że synowie Boga ujrzawszy córki ludzkie, że były piękne, wzięli je sobie za żony; ze wszystkich, które sobie upodobali.
Gen. 6,1-2 NBG

W przeszłości wiele razy zastanawiałem się, kim byli owi tajemniczy synowie Boga lub synowie Boży - nazwani tak w innych przekładach, którzy brali sobie córki ludzkie za żony. Dziś, po wielu latach, doznałem jakiegoś olśnienia - przecież to proste. Synem Bożym nazwany był Jezus. Jako literalny syn? Być może.

Ale też:

Pwt. 14,1: Jesteście synami Pana, waszego Boga (BW).

Oz. 2,1: Lecz kiedyś liczba synów Israela będzie jak piasek morski, co się nie daje zmierzyć, ani zliczyć. I będzie, że (...) nazywać ich będą synami Boga żywego (NBG).

Rzym. 9,26: I stanie się, że (...) nazwani będą synami Boga żywego BG).

Czyli synami Boga/Bożymi byli Izraelici. Czy tylko?

Rzym. 9,6.8: Albowiem nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem (...). Oznacza to, że nie ci są dziećmi Boga, którzy są dziećmi z naturalnego pochodzenia, lecz za potomstwo uważa się dzieci zrodzone dzięki obietnicy (BW + BP).

Czyli, dedukując:
- synami Bożymi byli nazwani Izraelici
- ale nie chodziło o Izraelitów jako naród, ale o Izraelitów jako ludzi wierzących
- a co za tym idzie, współczesnymi, "duchowymi" Izraelitami (spotkałem się z takim określeniem gdzieś na forum jakiegoś kościoła) są wszyscy współcześnie wierzący. Izraelici - czyli naród ludzi wybranych, czy też tych, którzy sami się wybrali, podjęli decyzję, by być z Bogiem
- reasumując: synowie Boży/Boga = ludzie wierzący.

Tak więc uważam, że synami Boga/Bożymi w Gen. 6 nazwani byli po prostu ludzie wierzący. Czyli - konkretnie Noe i jego rodzina, synowie. Tym bardziej, że doskonale wpisuje się to w kontekst i dalej możemy przeczytać, że Noe wszedł z synami, z żoną i z żonami swych synów do arki (Gen. 7,7 BT) - jego synowie również mieli żony. Skąd? Ano stąd: synowie Boga ujrzawszy córki ludzkie, że były piękne, wzięli je sobie za żony; ze wszystkich, które sobie upodobali (cytat z czołówki niniejszego wpisu).

Ot, cała tajemnica tajemniczych "synów Bożych".





sobota, 17 stycznia 2015

Beringia - pomost do pierwszych cywilizacji w Ameryce?

Podczas surfowania po necie wpadłem na informację o Beringii - domniemanym starożytnym pomoście lądowym, łączącym Azję i Amerykę Północną w okresie zlodowacenia. Pozostałością po tym pomoście byłaby dziś Cieśnina Beringa oraz Morze Beringa.

Mając na uwadze biblijną wersję historii świata, przy której cały czas zastanawiam się, czy owo zlodowacenie faktycznie miało miejsce, czy nie, i jak w tym kontekście umiejscowić potop, spróbowałem przekonwertować fakty, oddzielić je od wniosków wyciągniętych przez ludzi myślących "ewolucyjnie" i wstawić je hipotetycznie w miejsce historii wg biblijnego punktu widzenia. Czyli - pozwoliłem sobie na czyste fantazjowanie, oparte na faktach, wysnuwając własne wnioski i hipotezy.

Na animacji powyżej widać, jak z biegiem czasu pas lądowy malał, aż utworzyła się "szczelina" między lądami Azji i Alaski. Pomijam tu kwestię wieku, podanych lat, które absolutnie nijak mają się do teorii biblijnej.

Zgodnie z "doktryną" zlodowacenia - powyższa animacja przedstawia okolice Cieśniny Beringa podczas zamrożenia północnej części naszej planety lodami. Wikipedia podaje*, że gdyby obecny poziom morza był niższy o 60-120 m, to możliwe byłoby ukazanie się pasa ląd łączącego oba kontynenty.

Animacja pokazuje przyrost poziomu wody. Potem linia brzegowa się podnosiła - czy to na skutek przyboru wody, czy to na skutek podnoszenia lądu. Jak? Jeśli z powodu przyboru wody, to albo z powodu topnienia owych lodowców, albo z powodu wód pozostałych po potopie. Jeśli na skutek podnoszenia lądu, to prawdopodobnie wynikło to na skutek uwolnienia ciężaru lądu od lodu (czyli na skutek stopnienia lodowców), albo z innego powodu jakoś. Gdzieś w Psalmach Biblia mówi o tym, że lądy się podnosiły. Nie musiało się to dziać "magicznie" przecież, ale za przyczyną normalnych zjawisk przyrodniczych. Czyli mam tutaj na myśli, że idea zlodowacenia i topnienia zlodowaceń wcale nie stoi w sprzeczności z historią biblijną, choć oczywiście zupełnie inaczej rozstrzelona jest w czasie. A topnienie lodowców mogło nastąpić naturalnie, z powodu kontaktu z wodą pochodzącą z potopu; albo (lub częściowo) na skutek ocieplenia wynikającego z braku warstwy wody/lodu wokół atmosfery, która została użyta do spowodowania potopu, co z kolei spowodowało częściowy brak ochrony przed promieniami słonecznymi**.

Tak czy siak, idąc dalej - jeśli kiedykolwiek kolejnym razem ktoś z Was napotka teorie mówiące o tym, że z powodu swojego podobieństwa - świątynie Inków i piramidy egipskie - muszą mieć tego samego projektanta, to tak - musi to być prawda. Jeśli ktoś napotka się z wyciągniętym na tej podstawie wnioskiem, że tej technologii budownictwa nauczył starożytnych ktoś z zaświatów, UFO, bla bla bla - bzdura. Kiedyś, w wyśmiewanych przez nas czasach starożytnych religii, jeśli człowiek czegoś nie rozumiał, to tworzy mity, legendy, z udziałem jakichś bóstw, duchów etc. Dzisiaj człowiek robi to samo - tyle że z udziałem UFO. To, że mamy tak rozległą wiedzę, nic w naszej mentalności nie zmieniło - nadal jesteśmy skłonni wierzyć w świat, którego nasze zmysły nie mogą namacalnie zdefiniować.

Za to bardziej prawdopodobna jest teoria, że i cywilizacja egipska, i Inków, muszą pochodzić od ludzi, którzy zaczerpnęli swoją wiedzę stawiania konstrukcji i wzór budownictwa z tego samego źródła. Wg biblijnej historii - to Noe i jego rodzina byli ludźmi, od których ponownie zaczęła się historia ludzkości. I to Babilon (Babel) był miejscem, gdzie pierwsza taka piramida "sięgająca nieba" została postawiona. I to od Babelu rozpoczęła się historia rozproszenia ludzkości po całym świecie. A ów "pomost Beringa" mógł to umożliwić***.

* - Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Beringia; stąd też pochodzą obie grafiki. 
** - Pisałem już o tej koncepcji na tym blogu, wywodzi się ona z wykładów Hovinda: Wody nad niebemWoda przechłodzona, Woda w kosmosie
*** - Wspomina też o tym anglojęzyczna wersja wikipedii tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Beringia#Human_habitation





piątek, 16 stycznia 2015

Przerażeni i oszołomieni uczniowie

[komentarz do tego fragmentu Ew. Marka]

Dlaczego uczniowie byli wówczas przerażeni/oszołomieni? Dzisiaj, z perspektywy czasu, te słowa Jezusa nas nie przerażają, wydają się nam naturalne. Pamiętajmy jednak, że my wyrośliśmy w religii chrześcijańskiej, mieliśmy lekcje religii w szkołach etc. Tutaj natomiast uczniowie wyrośli w kulcie Mesjasza, który przyjdzie odbudować państwo izraelskie. I Mesjasz przyszedł, a oni za Nim podążali.

I nagle - co On mówi? Że bogaty nie wejdzie do Królestwa? Ale jak?...

W kontekście tego, jak uczniowie dyskutowali między sobą nad tym, kto będzie "największy" w owym nowym Królestwie, jakie mieli nadzieje wobec niego, oczekiwania... Takie słowa musiały być szokujące. Absolutnie niezgodne z ich oczekiwaniami. Tak samo rozczarowujące dla nich, jak dla owego człowieka, który wszystkich przykazań przestrzegał, ale polecenie rozdania majątku ubogim strasznie go rozczarowało.

Bo oto nagle ich Mistrz, nadzieja na świetlaną przyszłość, na bycie wybitnymi politykami, może gubernatorami, opływanie w dostatkach etc. - wszystko to stanęło pod znakiem zapytania, nijak bowiem miało się do tego, co ich Mistrz właśnie powiedział - bogatemu będzie trudno wejść do Królestwa.





Dobra Nowina Marka, 10.3.

Kiedy Jezus miał już powędrować dalej, przybiegł pewien mężczyzna, padł przed nim na kolana i zapytał:
- Dobry Mistrzu, co mam zrobić, by odziedziczyć życie wieczne?
- Dlaczego nazywasz mnie "dobrym"? - odpowiedział Jezus. - Nikt nie jest dobry, tylko Bóg jedynie! Znasz przykazania - nie zabijaj, nie zdradzaj żony / nie pogrążaj małżeństwa, nie kradnij, nie bądź poświadczaj fałszywie, nie oszukuj nikogo, szanuj swojego ojca i matkę.
- Mistrzu - odpowiedział on. - Tego wszystkiego się trzymałem, odkąd byłem młody.
Jezus spojrzał na niego z miłością i powiedział:
- Jednej rzeczy ci brakuje - idź, sprzedaj wszystko, czego jesteś właścicielem i rozdaj to biednym. Wówczas dostaniesz skarb w niebie. Potem przyjdź i podążaj za mną.
Ale on rozczarował się wtedy tą odpowiedzią, i odszedł zasmucony, ponieważ był właścicielem wielu rzeczy.

A Jezus rozejrzał się dookoła i powiedział do uczniów:
- Oto jak trudno będzie wejść do Królestwa Boga tym, którzy posiadają wiele!
Ale uczniów to zdanie zaszokowało. Ale Jezus chciał to wyjaśnić i powiedział:
- Dzieciaki! Oto jak trudno jest przyjść do Królestwa Boga tym, którzy pokładają ufność w pieniądzach. Lżej jest przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa.
Ale uczniowie wówczas byli jeszcze bardziej przerażeni/oszołomieni [komentarz: Przerażeni i oszołomieni uczniowie] i mówili między sobą:
- To kto w takim razie może być zbawiony?...
Ale Jezus popatrzył na nich i powiedział:
- Dla ludzi to niemożliwe. Ale nie dla Boga. Dla Boga wszystko jest możliwe.

Wtedy Piotr zabrał głos i powiedział:
- A co z nami? Opuściliśmy wszystko i podążyliśmy za tobą.
- Naprawdę, mówię wam - odpowiedział Jezus. - Każdy, który opuści dom, albo braci, albo siostry, albo matkę czy ojca, albo dzieci albo pole z mojego powodu albo z powodu ewangelii, otrzyma setki razy więcej. W tym czasie tutaj, teraz, będzie miał dom, braci, siostry, matki, dzieci i pola - ale i prześladowania - a w tym nadchodzącym czasie - życie wieczne. Ale wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich - pierwszymi.

na podstawie: Mar. 10,17...31

[dalej]
[do początku]




czwartek, 15 stycznia 2015

Piekło w Biblii, cz. 4

Mat. 23,33: Tak świadczycie sami sobie, że jesteście synami tych, którzy pomordowali proroków. Więc wy także dopełnijcie miary waszych ojców! Węże, rodzaju żmijowy, jak będziecie mogli ujść od oddzielenia gehenny? I tutaj tak sobie myślę: Jezus ciągle używa tego odniesienia do gehenny (czy z wielkiej litery jako nazwy miejsca, czy z małej jako symbolu tego miejsca - ciężko wywnioskować, ponieważ z tego, co pamiętam, to starożytni w ogóle nie używali rozróżnienia na litery "wielkie" i "małe"). Widać to zwłaszcza w ewangeliach (mam na myśli te odniesienia do gehenny). Później, w listach, nazwa ta została użyta bodajże jeden raz. Dlaczego tak? Być może dlatego, że skoro Jezus żył tam, i tam nauczał, ludzi miejscowych, to posługiwał się miejscowym językiem. I nawiązywał do tej Gehenny - doliny palonych śmieci, a wcześniej doliny, w której działy się bestialstwa. Czyli byłby to zwrot charakterystyczny dla Jerozolimy (pod którą owa dolina się znajdowała). Natomiast w listach użył tego zwrotu Jakub, który - jeśli wierzyć wikipedii* - również pochodził z Jerozolimy.

Co to wszystko powyższe oznacza? Ano może to sugerować, że owo pojęcie owej gehenny nie występowało w zasięgu globalnym, jako jakieś piekło z kotłami, gdzie idzie się za karę, ale raczej ściśle lokalnie, wokół Jerozolimy. Tym bardziej rzuca się w oczy to, że wyrażenia tego nie użył ap. Paweł, ani nawet Piotr, który potem dużo podróżował, ale tylko i wyłącznie człowiek, który w Jerozolimie się urodził i tam już pozostał. Hm, czy w każdym przypadku, gdy została gehenna wspomniana, działo się to w Jerozolimie? Jest to chyba rzecz do sprawdzenia... W każdym razie odbieram to jako miejscowy idiom, nazwa miejsca o specjalnym znaczeniu, coś jak "Tworki" dla mieszkańców Warszawy i jej zachodnich okolic. Wymawiając tam nazwę miejscowości "Tworki", każdy od razu wie, że chodzi o "wariatkowo", szpital dla umysłowo chorych. I wygląda na to, że tak samo jest z "gehenną" tutaj.

Skąd się więc wzięła gehenna tłumaczona jako piekło - miejsce "wiecznego potępienia", pojęcie o zasięgu globalnym?

Ok, idźmy więc dalej. Mar. 9,43.45 i 47 mają to samo znaczenie, co parę wersetów z poprzedniej części niniejszego cyklu, o odcinaniu kończyny, jeśli by ta kogoś gorszyła. Nawiasem mówiąc - może już o tym pisałem, może nie - trzeba tutaj zadać sobie pytanie, czy to ta kończyna nas gorszy, czy może to, co nam przychodzi na myśl w związku z ową kończyną. I co lepiej zmienić - odciąć kończynę, czy zmienić sposób myślenia? Psalmista Dawid wybrał to drugie, stąd powstał psalm ze słowami "stwórz we mnie serce czyste, Boże". Inne pytanie - dlaczego niby miałaby nas jakaś kończyna gorszyć? Pomijam rzeczy, które chyba każdemu dziś mogą przyjść na myśl w odpowiedzi na to pytanie, to "przestawiając" się do punktu widzenia ludzi z tamtych czasów: może dlatego, że wówczas wierzono, że jeśli człowiek był chory, to znaczy, że zgrzeszył, on albo jego rodzice, i jego choroba jest karą za ten grzech. Jeśli ktoś więc miał np. uschniętą rękę, to tak, jakby miał ciągły, widoczny "znak grzechu". Ale w czym miałoby to tego człowieka ściągać w dół, do całkowitego unicestwienia, owej gehenny, czy też - używając parafrazy z tłumaczeń - ognia piekielnego?

Właśnie. Wydaje mi się, że chyba można użyć tych nazw: "ogień piekielny", "piekło", jako metafory, w codziennej mowie, jak np.: ktoś dzisiaj "przeżył piekło" w urzędzie. Czy to oznacza, że każdy z nas "za karę" będzie wysłany do tego faktycznego urzędu (ZUSu?...), gdzie faktycznie znajduje się owo piekło? W przypadku niektórych urzędów - być może... Ale de facto - wszyscy doskonale wiedzą, że to tylko przenośnia. Szczególnie, jeśli chodzi o przenośnie lokalne, jak z tymi Tworkami dla warszawiaków i pod-warszawiaków, albo jak z "Wiejską" dla wszystkich w naszym kraju. Wystarczy powiedzieć, że gdzieś jest bałagan jak na Wiejskiej, i od razu wiadomo, o co chodzi...

Kolejny, wg mojej wyszukiwarki w NBG, jest  Łuk. 12,5, ale tekst ten jest paralelny do Mat. 10,28, który był opisywany w poprzedniej części, pominę go więc.

Jak. 3,5-6: Tak też język jest małym członkiem, a bardzo się chlubi. Oto mały ogień zapala wielki las. Zatem język jest ogniem, zaś świat należy do bezprawia. Język jest ustanowiony w naszych członkach jako ten, co plami całe ciało i zapala początek kręgu; a sam jest zapalany od ognia gehenny. Ów ostatni fragment z Nowego Testamentu, zawierający słowo "gehenna". Napisany przez Jakuba, mieszkańca Jerozolimy. Użył więc tego zwrotu jako lokalnego wyrażenia. I jaki to ma sens? Otóż widzę to tak, że jeśli coś jest zapalane od ognia gehenny, to tak, jakby było zapalane od: 1. ognia paskudnego, gorejącego ciągle na śmieciach, a w przeszłości na trupach dzieci; 2. ognia wiecznego, nigdy nie gasnącego, zawsze w pogotowiu, żeby coś nadpalić, zniszczyć, tylko czekającego, aż coś znajdzie się w jego zasięgu.

* - O Liście Jakuba w wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/List_Jakuba

[dalej]
[do początku]




środa, 14 stycznia 2015

Piekło w Biblii, cz. 3

Jakby nie patrzeć, jest to część trzecia cyklu, który wyszedł sam z siebie, a którego początkiem były wpisy:
"Piekło" w Nowym Testamencie
Piekło w NT - palone śmieci
Dzisiaj rozpocząłem numerację, bo nazbierało się już trochę zapisków, a już teraz widzę, że materiału będzie jeszcze przynajmniej na parę części więcej.

Sprawdźmy więc, czy grecka nazwa "Gehenna" w każdym przypadku została przetłumaczona jako piekło, i czy każde słowo "piekło", występujące w NT, pochodzi od słowa "Gehenna". Pomocna tutaj będzie NBG (Nowa Biblia Gdańska), która jako jedyna z używanych przeze mnie przekładów tłumaczy greckojęzyczną Gehennę na polskojęzyczną "gehennę", a nie na "piekło". Na pierwszy rzut sprawdzę, czy słowo "gehenna" zawsze tłumaczona jest jako "piekło".

Ew. Mat. 5,21-22: Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez przyczyny gniewa się na swojego brata, będzie podległy sądowi; a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: Raka, będzie podległy Radzie; a ktokolwiek by powiedział: Błaźnie, będzie podległy gehennie ognia. I kawałek tego samego fragmentu z innego, losowego tłumaczenia: A kto powie swemu bratu: głupcze, będzie winien Najwyższej Rady. A kto powie: bezbożniku, będzie winien piekła ognistego (BP). W PD (Przekładzie Dosłownym) występuje tutaj greckie słowo "gehenna"*. Czy - jeśli rozpatrzyć ten fragment w kontekście poprzednich "odkryć" na ten temat (patrz - wpisy wymienione na początku niniejszego) - czy miałoby sens, gdyby Jezus miał na myśli ową dolinę, pełną śmieci, w której są one palone, wskutek czego "znikają" na zawsze? Owszem. Ponieważ o tym, że ziemia zostanie finalnie, po przyjściu Jezusa, spalona i oczyszczona, a potem odrodzona na nowo - Biblia również mówi. Spalenie ziemi ma na celu właśnie usunięcie wszystkiego, co złe - wypalenie w ogniu, usunięcie, oczyszczenie z brudu. Tak, jak wypala się złoto. Tak, jak wypala się trawę na polach jesienią. Tak, jak opala się skórę świeżo oskubanego kurczaka. To, co ma być wrzucone w ogień "gehenny", będzie wypalone do cna, zniknie i nie będzie więcej istnieć.

Mat. 5,27-30: Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz cudzołożył. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto patrzy na niewiastę na skutek jej pożądania, już popełnił z nią cudzołóstwo w swoim sercu. Zatem jeśli cię gorszy twoje prawe oko, wyłup je i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twych członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. A jeśli cię gorszy twoja prawa ręka, odetnij ją i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twoich członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. W pozostałych przekładach: będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła (BW). Sens - jak powyżej.

Mat. 10,28: I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą; ale bójcie się raczej Tego, który może zatracić w gehennie i duszę, i ciało. Inne przekłady: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle (BT). Czy gehenna, jako miejsce spalenia i "zniknięcia" ma tutaj sens? Tak myślę. Ciekawie tłumaczy ten zwrot stara Biblia Gdańska, nie jako "gehennę", i nie bezpośrednio jako piekło, ale jako "piekielny ogień": A nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą; ale raczej bójcie się tego, który może i duszę i ciało zatracić w piekielnym ogniu. I można sobie tutaj wyobrazić prawdziwy ogień, z piekła rodem, buchający spod kotłów, wiecznie gotujących nieszczęśników, skazanych na ugotowanie w siarce... A można sobie wyobrazić tutaj ogień "piekielny", w sensie - tak potężny, tak trawiący, że po nim totalnie nic nie zostaje.

Mat. 18,9 - podobny kontekst jak w pierwszych dwóch tekstach, nie będę go tutaj więc przytaczał.

Mat. 23,15: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że obchodzicie morze i stały ląd, aby uczynić jednego, nowonawróconego; a gdy się nim stanie, czynicie go synem gehenny dwakroć bardziej niż wy. Hm, i tutaj widzę rozrzut między tłumaczeniami:
BW: (...) a gdy nim zostanie, czynicie go synem piekła dwakroć gorszym niż wy sami.
BP: (...) a kiedy wam się to udaje, skazujecie go na piekło dwa razy częściej niż siebie samych. - Hm, "uczynić kogoś synem piekła" a "skazać go na piekło" - myślę, że różnica między tymi dwoma wyrażeniami jest dosyć istotna... Pierwsze oznaczałoby, że ktoś stał się ich współtowarzyszem w złych działaniach, natomiast drugie wskazywałoby na to, że ten ktoś został poddany temu "piekłu", temu złemu działaniu.
BT: (...) A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami. - Tutaj z kolei owo "piekło" jest karą, konsekwencją złego działania.
BG: (...) a gdy się stanie, czynicie go synem zatracenia, dwakroć więcej niżeliście sami. - Tutaj z kolei brak słowa "piekło", zamiast niego jest użyty zwrot "zatracenie", czyli zwrot "syn zatracenia" rozumiałbym w ten sam sposób, co użyty w BW.
PD: (...) a gdy się nim staje, czynicie go synem Gehenny dwa razy takim jak wy. - Wynika stąd, że BW i BG są najbliżej greckiej wersji, oprócz NBG, która jest tutaj dokładnym odbiciem tekstu greckiego. BP i BT... cóż, są to wersje tłumaczone przez ludzi, którzy w piekło bardzo wierzą, nie jako symbol ostatecznego zniszczenia złego, oczyszczenia, ale jako miejsce, gdzie się idzie "za karę", nic więc dziwnego, że pierwsze skojarzenie, jakie przyszło im do głowy, związane było z piekłem jako karą.

A de facto co dokładnie oznacza zwrot "uczynić kogoś synem gehenny"? Biorąc pod uwagę legendę miejsca Gehenna, owe palone na ofiarę dzieci, i kontekst wydarzenia, w którym Jezus te słowa wypowiedział - mogę tylko się domyślić lub postawić tezę, że wyrażenie to oznaczałoby stanie się takim samym oprawcą, jak w przeszłości tamci oprawcy dzieci, palący ich w Gehennie. Czyli - idąc dalej, przekuwając to na kontekst tego wyrażenia - "taki sam oprawca jak wtedy, w Gehennie", oznaczałoby kogoś, kto sprawia, że przyczynia się do tego, że ktoś inny byłby strawiony przez owy ogień z Gehenny. Czyli kogoś, kto przyczynia się do czyjejś zguby, do błędnego rozumienia treści ze Słowa Boga, Biblii. Tak, bo wówczas, w czasach Jezusa - słów Tory, całego Starego Testamentu, i ceremoniałów świątynnych, a dzisiaj - całej Biblii.

* Źródło: http://biblia.oblubienica.eu/interlinearny/index/book/1/chapter/5/verse/22

[dalej]
[do początku]





wtorek, 13 stycznia 2015

KŁAMLIWE FAKTY, 23., Krępak nabrzozak

Kent Hovind
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 23

W szkole mówi się dzieciom, że ćma krępaka nabrzozka* to książkowy przykład ewolucji. "Tak, chłopcy i dziewczęta. Policzyliśmy je na drzewach". Ci naukowcy stwierdzili, że wokół fabryk ćmy te występują w 95% w jasnych kolorach, a w pozostałych 5% - w ciemnych. Potem dzieciom tłumaczono: "drzewa zrobiły się czarne od opalanych drewnem fabryk, więc po kilku latach, wokół tych fabryk, zaobserwowaliśmy 5% jasnych i 95% ciemnych ciem.


Problem w tym, że cała ta historia to kłamstwo. Po 40 latach obserwacji pozostały tylko dwie ćmy na drzewach. Tylko DWIE! A więc przyklejono do drzewa martwe ćmy, aby zrobić zdjęcie do podręczników. Martwe ćmy przyklejone do pni drzew.

Ciągle tego uczą. Ale to kłamstwo, to lipna historia. Ale ciągle uczą, bo to wszystko, co mają. Myślę, że tę stronę należałoby wyrwać z książki.


W ZOO w Tulsa mówi się dzieciom, że znajduje się tam dowód na ewolucję. Ale już lata temu udowodniono, że jest on fałszywy. Jest o tym wspaniała książka (powyżej, po prawej), "Ikony ewolucji", która pokazuje fakty nt. ćmy krępaka nabrzozka.

01.06.09-01.07.19

* - Źródło w wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kr%C4%99pak_nabrzozak, włącznie z wzmianką o domniemanym dowodzie na ewolucję. 

[dalej]
[do początku]




niedziela, 11 stycznia 2015

Hizop w Biblii

A więc hizop, wymieniony w Psalmie 51, to - wg wikipedii* - lebioda syryjska, a żeby to sobie lepiej uzmysłowić, to - idąc za wikipedią anglojęzyczną** - jest to coś w rodzaju oregano, majeranku, tymianku - tego typu ziele.

Tak więc ów biblijny "hizop", a właściwie "ezov"***, to nic innego, jak jakiś rodzaj lebiody. Skąd taki "poślizg"? Otóż hebrajskie słowo "ezov"/"ezob" zostało transliterowane w Septuagincie jako "hizop", a potem powiązane z hizopem, który również występuje w przyrodzie. Takie transliteracje się zdarzają. Np. oryginalna nazwa stolicy Indonezji to Jakarta, czytana jako Dżakarta - stąd w języku polskim nazwa ta występuje jako Dżakarta właśnie. To jest właśnie transliteracja wymowy (czasem i alfabetu) innego języka na jakiś inny.

Powracając do wikipedii - hizop używany był przy:
- kropieniu krwią futryn drzwi na początku żydowskiej Paschy
- podczas ceremonialnego oczyszczania z trądu
- do rytualnego oczyszczania domów, "zmywania" win - coś jak w Polsce dzisiejsze kropidło w kościele, podczas kolędy, chrztu etc.
- hyzopu użyto do napojenia Jezusa na krzyżu: Po tym Jezus widząc, że wszystko jest już dokonane, aby się wypełniło Pismo, mówi: Jestem spragniony. A był tam ustawiony pojemnik pełny winnego octu; więc włożyli na hyzop**** gąbkę wypełnioną octem i przybliżyli ją do jego ust (Jan 19,28-29 NBG)

Tak więc w Psalmie 51, gdy mowa o hizopie, to tak jakby była mowa o rytualnym kropidle do pokrapiania / ceremonialnego oczyszczania. Jednym słowem - jest to oczywiste nawiązanie do kultury żydowskiej, do ceremoniałów świątynnych.

* - źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Lebiodka_syryjska
** - źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Origanum_syriacum
*** - źródło: http://biblista.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=3156:62-co-to-jest-qhizopq&catid=768:pytania-do-biblii&Itemid=548
**** - Wikipedia mówi, że polskie tłumaczenie mówi o włóczni. Być może Biblia Tysiąclecia wyd. IX (najpopularniejsze wydanie w Polsce) tak to precyzuje - nie wiem, BT wyd. II mówi o hyzopie. Jedynie Biblia Poznańska w tym momencie zaskakuje i mówi o włóczni. Czy greckie "hyssopo" faktycznie znaczy "włócznia"?... Czy w tym momencie pisarz, używając greckiego "hyssopo" miał na myśli to samo, co pisarze w Starym Testamencie, pisząc "esov"?





Ps. 51 - Stwórz we mnie serce czyste

(po wizycie proroka Natana
odnośnie sprawy z Batszebą)

zlituj się nade mną, Boże
według Twojej dobroci
wymaż moje występki
obmyj mnie z mojego przewinienia
oczyść z występku niezgodnego z moim własnym przekonaniem*
bo przyznaję się do mojego życia niezgodnego z prawem
a moje występki/mój grzech wciąż mnie prześladuje
przeciwko Tobie był także mój występek
i dopuściłem się czegoś złego w Twoich oczach
więc cokolwiek w wyroku zasądzisz - sprawiedliwy będziesz
i czysty/klarowny w swoim osądzie

ja sam urodziłem się z przewinienia
i moja matka urodziła mnie w nieciekawej sytuacji
ale Ty doceniasz szczere serce
i tajników mądrości mnie nauczasz

pokrop mnie lebiodką syryjską**, a będę jak oczyszczony
obmyj mnie, a będę bielszy niż śnieg
daj mi usłyszeć coś radosnego
daj pocieszyć kości, które skruszyłeś

odwróć twarz Twoją od moich występków
i wymaż wszystko, czego jestem winny!
stwórz we mnie serce czyste
i ducha właściwego odnów w mej piersi
nie odrzucaj mnie sprzed Twojego oblicza
i nie odbieraj Ducha Twojego Świętego
przywróć mi zdolność cieszenia się Twoim zbawieniem
i pokrzep mnie swoim duchem gorliwym
przestępującym prawo będę wtedy pokazywał drogi Twoje
i nakłonię grzeszących, aby powrócili do Ciebie

ocal mnie od winy za przelaną krew
o Boże mój, mój Wybawco
a język mój będzie głosił o Twojej sprawiedliwości
Panie, otwórz wargi moje 
i niech one wygłoszą same dobrze rzeczy na Twój temat
bo nie chcesz żadnych ofiar
ani stawianych świeczek czy czegoś w tym stylu
ale jako ofiarę chciałbyś duszę skruszoną
serce skruszone i strapione
którymi nie wzgardzisz

totalna parafraza, dostosowana nieco do współczesnego rozumienia języka, na podstawie Ps. 51, z pominięciem dwóch ostatnich wersetów, nawiązujących typowo do narodu izraelskiego

* - oryginalnie: z grzechu; z innego miejsca w Biblii wynika że grzech to "cokolwiek niezgodnego z przekonaniem"
** - oryginalnie: hizopem, więcej o tym w artykule tutaj: HIZOP W BIBLII

[inne Psalmy]





czwartek, 8 stycznia 2015

Zanim dzieci dostały się do Jezusa

[nawiązując do tego fragmentu tutaj: Rodzice przyprowadzający dzieci do Jezusa na błogosławienie]

Tak się zastanawiam, dlaczego uczniowie odprawiali tych ludzi? Dzisiaj, dla nas, wydaje się to oczywiste, że Jezus uzdrawiał każdego. Ale wczuwając się w skóry tych uczniów...

Odnaleźli Mesjasza. Chodzili za Nim. Nasłuchali się o Państwie Boga. Sami, żyjący na wpół w tradycjach żydowskich, a na wpół w rzeczywistości cesarstwa rzymskiego, widząc wokół zaznaczających swoją obecność rzymskich żołnierzy - tęsknili za nowym, własnym państwem. Za Mesjaszem, który - jak mówiły legendy - miał Rzymian wypędzić. I gdzieś tam w międzyczasie, po kryjomu, dyskutowali nad tym, kto z nich zostanie "premierem", i kto czym się będzie zajmował.

Byli świadkami uzdrawiania ludzi, rozmów Jezusa z - nie byle kim, ale z samymi faryzeuszami! I arcykapłanem! To tak, jakby dzisiaj ktoś dyskutował z profesorami akademickimi, bardzo elokwentnymi, i w każdym zdaniu zaznaczającymi swoją wiedzę, alb jakimiś prezesami banków (jeśli chodzi o prestiż).

I nagle, tak zupełnie przyziemnie, jakiś zwykły, szary człowiek, przyprowadzał do nich dziecko, żeby Rabbi, który tak pięknie opowiada o Bogu, o Ojcu w niebie, je pobłogosławił.

Co??? Absolutnie nie! Oni tutaj są ważnymi osobistościami, i stoją na straży prywatności Jego (niemal-)Ekscelencji! To niemożliwe!

A Jezus znowu szokował. Nie chciał szokować, ale stereotypy społeczne, legendy, i sama opinia uczniów o Nim i o nich samych, zaszły tak daleko, że praktycznie cokolwiek próbował wyprostować, pokazać jak to wygląda w rzeczywistości - momentalnie wyglądało na przewrót do góry nogami.

I wręcz powiedział, żeby przyjmować Boga jak dziecko. Szczerze. Z dziecięcą radością. Bez żadnego fałszu, interesu, zimnej kalkulacji. Tylko dlatego, że się tego kogoś lubi.





Dobra Nowina Marka, 10.2.

Przyprowadzali ludzie ze sobą dzieci do Niego, żeby On coś przy nich zrobił (pobłogosławił czy coś), ale uczniowie odprawili go z kwitkiem. A kiedy Jezus to zobaczył, wściekł się i powiedział do nich:
- Pozwólcie tym małym dzieciom przychodzić do mnie, nie utrudniajcie im tego! Bo Królestwo Boga należy do takich właśnie jak one. Naprawdę, mówię wam: ten, kto nie przyjmuje Królestwa Boga jak małe dziecko, nie wejdzie tam. I wziął je On do siebie, położył swoje ręce na nie i błogosławił je.

na podstawie: Mar. 10,13...16

[kilka myśli odnośnie tego fragmentu]

[dalej]
[do początku]





wtorek, 6 stycznia 2015

Jeszcze o Dniu Pańskim

Powracając to tematu poruszonego w cyklu Apokalipsy, znalazłem jeszcze kilka innych tekstów mówiących o Dniu - w części już nie Pańskim - ale Pomazańca, Chrystusa.

Dlaczego ten temat tak zgłębiam? Ktoś kiedyś, dawno temu, powiedział mi, że określenie "dzień Pański" dotyczy siódmego dnia tygodnia, w którym odpoczywa się od wszystkiego. Tymczasem okazuje się, że nie... Ale aby się upewnić, szukam jeszcze nieco więcej, wszystko wg Przekładu Dosłownego:

Filip. 1,9-10: I o to modlę się, aby wasza miłość jeszcze bardziej obfitowała w poznanie (dowiedzenie się) i wszelkie postrzeganie (szerokie horyzonty, perspektywy myślowe - tak to widzę), żebyście mogli badać rzeczy ważne, abyście byli nieskażeni i nie powodujący potknięcia / odrazy do dnia Pomazańca.

Filip. 2,16: (...) trzymając się słowa życia, ku mojej chlubie na dzień Pomazańca, że nie na próżno pobiegłem ani nie na próżno trudziłem się.

2 Tym. 1,12: (...) z tej przyczyny jestem zdolny to ścierpieć, ale nie wstydzę się, bo wiem, komu zawierzyłem i jestem przekonany, że On jest wystarczająco mocny, by ustrzec mój depozyt/lokatę na ten dzień. - "Depozyt/lokata" - chodzi chyba o te cierpienia, co je tak znosił w imię tego, w co wierzył.

Hebr. 10,25: (...) nie opuszczając zgromadzeń/zebrań swoich, jak to niektórzy mają w zwyczaju, ale zachęcając jedni drugich / dodając otuchy o tyle bardziej, o ile bliżej widzicie ten dzień.

Z powyżej wyszukanych fragmentów ewidentnie wynika, że "ten dzień", "dzień Pomazańca", a więc - jak to odbieram w kontekście - również i "dzień Pański" - że chodzi tu o dzień, na który wszyscy wtedy czekali. Czyli na dzień przyjścia Jezusa. Nie na dzień odpoczynku, który przychodzi i odchodzi co tydzień.

I na który - notabene - nadal czekamy.





niedziela, 4 stycznia 2015

KŁAMLIWE FAKTY, 22., Dobór naturalny

Kent Hovind
KŁAMLIWE FAKTY
cz. 22

Ewolucjoniści twierdzą, że dobór naturalny powoduje ewolucję. To nieprawda. "Dobór naturalny" - dobiera. Jeśli powiem, że wybiorę na tej sali wszystkich, którzy mają ponad 3,5 metra wzrostu, i oni przeżyją, a reszta umrze - to chyba nie mam z kogo wybierać, prawda? Tak, o to chodzi. "Dobór naturalny" nie tworzy. "Dobór naturalny" dobiera.

Jeśli będę tak dobierał ludzi, żeby każdy "wybraniec" miał minimum 3,5 metra wzrostu, a każdego innego będę zabijał, to ile czasu mi potrzeba, by stworzyć taką właśnie wysoką rasę ludzi? To się nigdy nie stanie! Dlaczego? Bo przeciętny wzrost człowieka waha się od półtora metra do prawie dwóch metrów. Prawdopodobnie można by stworzyć populację ludzi o wzroście przekraczających 2 metry. Można byłoby to zrobić, zabijając tych niższych, z pewnością. Ale wtedy ODBIERASZ, likwidujesz część kodu genetycznego, który JUŻ ISTNIEJE, prawda? NIE TWORZYSZ nic nowego!


"Dobór naturalny to konserwatywny proces, kreacjoniści pomyśleli o nim pierwsi, on dobiera, nie tworzy". Albo inny cytat: "Dobór naturalny może mieć stabilizujący efekt, ale nie powoduje powstawania nowych gatunków. Nie jest to żadna siła twórcza". Nie pozwól więc wmawiać sobie, że jest! Dobór naturalny jest tylko DOBOREM, nie STWARZANIEM!

Dlaczego więc ci mówiący ciągle o "doborze naturalnym", jako o sile napędowej ewolucji, tego nie widzą? Nie wiem.

Ten podręcznik (poniżej, pośrodku) mówi: "Ptaki z większymi i mocniejszymi dziobami lepiej umiały otwierać twarde strąki, dlatego przeżyły. (...) Ewolucja poprzez dobór naturalny wystąpiła w ciągu jednego roku". To czysta propaganda. Przecież to ciągle jest ptak! Nawet jeśli osobniki z krótszymi dziobami wymarły, to w następnym pokoleniu, po tym, jak minęła susza, długość dzioba wróciła do tej samej średniej krajowej, co poprzednio.


Część populacji MIAŁA JUŻ geny twardszych dziobów. Dobór naturalny nie prowadzi do ewolucji, to kłamstwo. Dobór naturalny tylko DOBIERA. Wykażę to:

Pracując w fabryce jako kontroler jakości sprawdzasz każde auto. Sprawdzasz wszystko, co należy, by funkcjonowało ono dobrze. Zatrzaskujesz drzwi, kopiesz w opony, czy cokolwiek się tam robi, żeby sprawdzić, nic nie odpadnie. Jeśli wyłapiesz jakiś błąd, to czy z tego powodu proces produkcyjny zostanie przestawiony na samoloty?


Powiesz, że kontrola jakości nie ma za zadanie zmienić procesy produkcji. Taaak, rozumiem... Ale dobór naturalny jest jak kontrola jakości - nic nie tworzy. Upewnia się, że gatunki są dobre, ale nie zmienia ich w nic innego.

01.03.11-01.06.08

[dalej]
[do początku]




Apokalipsa, 10. - Dzień Pański; Alfa i Omega

Ja, Jan, brat was i współuczestnik w ucisku1 i w Królestwie oraz w wytrwałości Jezusa Pomazańca / w byciu przy Jezusie Pomazańcu2 znalazłem się, z powodu Słowa Boga i przez bycie świadkiem Jezusa / przez zaświadczanie o Jezusie, na wyspie zwanej Patmos.

W dzień Pański / dzień Pana3 znalazłem się pod wpływem Ducha / ogarnął mnie Duch i usłyszałem za sobą głos potężny, jak trąby, mówiący:
- Ja jestem alfa i omega, ten pierwszy i ten ostatni4, a to, co widzisz, zapisz w zwoju/księdze i poślij siedmiu zgromadzeniom/zborom/społecznościom w Azji: do Efezu, Smyrny, Pergamonu, Tiatyry, Sardes, Filadelfii i Laodycei5.
Obj. 1,9-11 PD + lekka parafraza

1 - Ów ucisk, o którym Jan pisze tutaj - księga ta powstawała podczas pobytu Jana na wyspie Patmos, a znalazł się tam za czasów cesarza Nerona. Czas pisania księgi przypadał więc na panowanie Nerona lub któregoś z późniejszych. A od Nerona rozpoczęło się prześladowanie chrześcijan ze względów religijnych - ponieważ chrześcijanie nie chcieli uznawać cesarza rzymskiego za bóstwo (co było naturalne w tamych czasach), lecz tylko za władcę, któremu władza została dana przez Boga. I o tego Boga, będącego "ponad" cesarzem, się Neron pogniewał. Wszystko to, co tutaj piszę, to wiedza dostępna w internecie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Apokalipsa_%C5%9Bw._Jana.

2 - O powodach nazywania Jezusa "Pomazańcem" zamiast "Chrystusem" napisałem już tutaj: "Apokalipsa, cz. 2".

3 - Początkowo sądziłem, że słowo "Pański", użyte tutaj, zostało w Nowym Testamencie użyte cały... 1 raz. Oparłem się więc na konkordancji biblijnej i korzystając z przekładu Biblii Poznańskiej (który wciąż, mimo paru wpadek, uważam za najwierniej zbliżony do Przekładu Dosłownego), znalazłem występowanie pojęcia "dzień Pański" w Nowym Testamencie (notabene - później doszedłem do tego, że słowo to, tylko w innej odmianie, używane jest w NT nagminnie...):

Dz. Ap. 2,20: Słońce się zaćmi, a księżyc stanie się czerwony jak krew, zanim nadejdzie dzień Pański wielki i wspaniały. - Z kontekstu wynika, że jest to dzień, w którym ma powrócić Jezus.

1 Tes. 5,2: Sami nazbyt dobrze wiecie o tym, że dzień Pański nadejdzie tak jak złodziej w nocy. - Tutaj również wyrażenie to zostało użyte w sensie dnia, w którym Jezus ma powrócić.

2 Tes. 2,2: (...) nie dajcie się wyprowadzić zbyt łatwo z równowagi ducha ani nie trwóżcie się z powodu jakiegoś objawienia prorockiego, nauczania lub przypisywanego nam listu, jakoby już nadchodził dzień Pański. - Tutaj, gdyby oprzeć się na samym tylko tym wersecie, znowu można byłoby nie domyślić się, co to jest ten "dzień Pański". Ale znając kontekst poprzednich wersetów, i wiedząc, że w nowotestamentowych listach dosyć często napotyka się ostrzeżenia przed fałszywymi alarmami, jakoby Jezus miał przychodzić już-już, akurat teraz, albo tuż na dniach - użycie tego wyrażenia w tym tekście w tym właśnie kontekście ma duży sens.

[kilka słów uzupełnienia w tym temacie dopisałem parę dni później w artykule "Jeszcze o Dniu Pańskim"]

Czy w takim razie to samo miał Jan na myśli, pisząc, że w "dzień Pański" ogarnął go Duch? Zważywszy na to, że Jan miał wrażenie, jakoby osobiście spotkał się z Jezusem (a może w jakiś sposób tak było, skoro fragmenty tego listu napisane są tak, jakby mówił to sam Jezus), i zważywszy na to, że w późniejszych fragmentach Jan nagle znajduje się w niebie, tuż przy Bogu - mogło to być dla niego jak "dzień Pański", jak dzień powrotu Jezusa. Być może - jak inni apostołowie mający nadzieję, że Jezus powróci naprawdę wkrótce - tak i Jan miał w tym momencie nadzieję, że ten moment właśnie nastąpił, i że Jezus właśnie powrócił.

A jeśli miał na myśli coś innego, zupełnie nieadekwatnego do poprzednich wersetów - tego się w tej chwili nie dowiem.

4 - Ten fragment nie występuje we wszystkich tłumaczeniach. Z tych, którymi posługuję się na co dzień, fragment ten przytacza tylko Biblia Gdańska i Nowa Biblia Gdańska. Biblia Warszawska, Poznańska i Tysiąclecia przemilczają to. Dlaczego? Z pewnością z powodu innych wersji oryginałów (tzw. kodeksów), na których zostały oparte. Czy to źle? A czy to cokolwiek zmienia? W wierszu 8 również jest określone, że Jezus mówi o sobie w ten sposób: "alfa i omega, początek i koniec", więc w niczym nie zmienia to treści Biblii.

A nawiasem - co oznacza to bycie "alfą i omegą", "początkiem i końcem"? To jak - przekładając to analogicznie - jak wiedzieć coś od a do zet. Takie wyrażenie. Wiadomo, co ono znaczy. "Alfa" jest pierwszą literą greckiego alfabetu (przypominam, że Nowy Testament został spisany w większości po grecku), natomiast "omega" - ostatnią, naszym "z". Więc też w tym znaczeniu przedstawia się Jezus: "Ja jestem wszystkim, począwszy od a do zet. Ja jestem początkiem - ode mnie rozpoczęło się stworzenie świata (czyli to, o czym można przeczytać na początku Ew. Jana czy w którymś psalmie) i na mnie kończą się dzieje świata (o czym wielokrotnie wspomina też ap. Paweł w swoich listach)".

To, co powyżej dodałem w nawiasach, pokazuje tylko, że sens tego wyrażenia - mimo nieistnienia go w części przekładów Biblii - nie jest żadną nowością, jest wielokrotnie powtarzany w Biblii. Nie łamie jej spójności, ale wręcz przeciwnie - podąża za nią. Nie powinno więc stanowić problemu, że w jednych przekładach ten fragment się znajduje, w innych nie. Gorsza sprawa byłaby, gdyby się miało do czynienia ze "wstawką" całkowicie zaprzeczającą innym fragmentom Biblii...

5 - Przekład Dosłowny podaje znaczenia nazw niektórych miast, i tak:
- Smyrna = mirra, takie pachnidło
- Pergamon = wieża
- Filadelfia = kochanie braci
- Laodycea = prawo ludu.
Rzecz jest mało istotna, ale być może takie spostrzeżenie przyda się w przyszłości.

[dalej]
[do początku]