piątek, 31 lipca 2015

Spotkać anioła

Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: "Nie bój się, Zachariaszu; twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród dzieci Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych — do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały". Na to rzekł Zachariasz do anioła: "Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku". 
Łuk. 1,11-18 BT

Siedział sobie Zachariusz w świątyni, w swojej pracy - można by tak powiedzieć - gdzie zobaczył anioła, który obiecał mu, że będzie miał dziecko. Ba, nie byle jakie dziecko, ale człowieka super-bohatera! Dzięki niemu miał się cały naród nawrócić, buntownicy mieli stać się potulni jak baranki, same dobrze rzeczy anioł opowiadał o tym, jaki to człowiek miał wyrosnąć z tego dziecka.

Tymczasem Zachariusz jak zareagował? Normalny człowiek - usłyszawszy takie rzeczy o tym, kim miałoby się ono stać, chciałby wiedzieć o nim coś więcej. Zamiast tego z jego ust padło pytanie:
- Serio? Ale ja już stary jestem. I moja żona jest stara.
Tak. Zachariasz był tak mocno skoncentrowany na tym, żeby mieć JAKIEKOLWIEK dziecko, że chyba nie za bardzo dotarło do niego, o czym właściwie anioł mówił. Dotarł do niego tylko początek, że jakieś dziecko miało być.

Faktycznie? Cóż, możliwe, że gdyby człowiek faktycznie spotkał anioła, takiego ze skrzydłami i aureolą, to wszystko byłoby bardzo proste. Tymczasem jednak w Biblii jest wiele historii, z których wynika, że ludzie, którzy spotkali anioła, nawet nie wiedzieli, że to się stało. Choćby historia o Locie, który przyjął dwóch gości (zob. Rodz. 19), nie wiedząc, że to byli aniołowie. Albo historia Gedeona (Sędz. 6), który sceptycznie żartował sobie z przybyszem. I prosił o jakiś znak, żeby się upewnić, że faktycznie rozmawia z Bogiem.

Możliwe więc, że Zachariasz nie wiedział, że rozmawia z aniołem. Owszem, był przerażony ale każdy byłby, gdyby nagle z ciemnego magazynu ktoś mu się wyłonił, kogo tam w ogóle nie powinno być. Tak czy siak - również prosił o znak, by się upewnić, z kim rozmawia.

Tak więc bardzo możliwe jest, że wiele razy w naszym życiu anioła spotkaliśmy, i nawet o tym nie wiedzieliśmy. I że jeszcze spotkamy.






sobota, 25 lipca 2015

Apokalipsa, 29 - Antypas z Pergamu

Aniołowi/posłańcowi zboru/zgromadzenia w Pergamie napisz: To mówi ten, który ma ostry miecz obosieczny. Znam Twoje czyny, i wiem, gdzie mieszkasz - tam, gdzie tron Szatana - a trzymasz się mojego imienia i nie wyparłeś się / nie odrzuciłeś mojej wiary nawet w dniach, w których Antypas, mój wierny świadek, został zabity u was, w siedzibie Szatana
Obj. 2,12-13 PD

Wg Wikipedii Antypas był biskupem Pergamu*. Wszystko, co o nim wiadomo, praktycznie pochodzi z tradycji kościoła prawosławnego. Stracony za bycie wiernym Jezusowi: wierny mój świadek.

Inny tekst, którego pierwotnego pochodzenia nie znalazłem, a który kopiowany jest na wielu blogach/forach i podpisywany różnymi nazwiskami, mówi o historii o Antypasie, pochodzącej od Tertuliana lub bizantyjskich kompilacji. Stało się mianowicie tak, że pergamscy kapłani mieli sny, w których ich bogowie żaliły się, że będą musiały opuścić miasto z powodu obecności (a więc i działalności chyba?) w nim Antypasa. Cytat z historii:

Wtedy kapłani podburzyli tłumy czcicieli zagrożonych bóstw, porwały go i postawiły przed swoim trybunałem. Antypas odrzekł im: „Czyż fakt, że tak zwani bogowie i panowie tego świata tak bardzo obawiają się mnie, śmiertelnego człowieka, tak że muszą aż czmychać z miasta, nie powinien pouczyć was, że ufność, jaką w nich pokładacie jest próżna?”. I na tej podstawie przekonywał ich o mocy i wielkości Chrystusa. Oni jednak wpadli w szał, zaciągnęli go przed świątynię Artemidy i rzucili do wnętrza spiżowego pomnika w kształcie byka, który następnie rozpalili do czerwoności**.

Idąc dalej: skoro Jezus nazwał ten okres, w którym Antypas żył, a potem został zabity, "dniami Antypasa", a ludzi z tamtego kościoła/zboru chwali za trwanie przy Nim pomimo życia w takim okresie, to wyciągam stąd wniosek, że nie tylko Antypas został potraktowany w ten sposób. Być może więcej ludzi, a Antypas był tylko początkiem. W końcu owe bóstwa mogły "uskarżać się" na każdego jednego, który wierzył w Jezusa, w Syna Boga, a nie w jakieś wymyślone nie wiadomo co.

* - Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Antypas_z_Pergamonu.
** - Tutaj źródło z mateusz.pl: http://mateusz.pl/mt/js/Jacek-Swiecki/Tam-gdzie-powstawala-Apokalipsa-sw-Jana/16-Miasto-wyniosle.htm






piątek, 24 lipca 2015

Czyny wysłanników, 9.2.

Piotr krążył wszędzie dookoła i przyszedł też do świętych mieszkających w Lydd. Tam natrafił na pewnego człowieka imieniem Eneas. Był on sparaliżowany i siedział w łóżku od ośmiu lat. Piotr powiedział do niego:
- Eneas, Jezus Chrystus cię uzdrawia. Wstań i pościel swoje łóżko.
I nagle podniósł się. I wszyscy, którzy mieszkali w Lydd i na końcu Saron, zobaczyli go, i nawrócili się do Pana.

W Jaffie mieszkała pewna kobieta, również będąca uczniem, o imieniu Tabita, po grecku: Dorkas (Gazela). Robiła dużo dobrego, dawała spore jałmużny. Ale właśnie w tym czasie zachorowała i umarła. Umyto ją i położono w pokoju na górze. Lydd leżało blisko Jaffy, więc pozostali uczniowie słyszeli o tym, że Piotr się tam zatrzymał. Wysłali więc dwóch ludzi z prośbą, żeby przyszedł do nich jak najszybciej. Piotr przygotował się więc i poszedł z nimi. A kiedy dotarli, poszedł tam na górę, i wszystkie wdowy zgromadziły się wokół niego. Tam zawodziły, pokazując wokół suknie i płaszcze, które Dorkas uszyła, kiedy była jeszcze między nimi.

Piotr odesłał je wszystkie precz, padł na kolana i modlił się. Potem obrócił się do umarłej i powiedział:
- Tabito, wstań!
A ona otworzyła swoje oczy, popatrzyła na Piotra, i usiadła. Ten zagarnął jej dłonie i podniósł ją. Potem zawołał tamtych świętych i tamte wdowy i pokazał im, że żyje.

To stało się znane na całą Jaffę i wielu uwierzyło w Pana. Piotr pozostał tam całkiem długo, u garbarza Szymona.

na podstawie: Dz. Ap. 9,32...43

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





środa, 22 lipca 2015

Apokalipsa, 28 - Siedziba Szatana: przeciwko Bogu

Aniołowi/posłańcowi zboru/zgromadzenia w Pergamie napisz: To mówi ten, który ma ostry miecz obosieczny. Znam Twoje czyny, i wiem, gdzie mieszkasz - tam, gdzie tron Szatana - a trzymasz się mojego imienia i nie wyparłeś się / nie odrzuciłeś mojej wiary nawet w dniach, w których Antypas, mój wierny świadek, został zabity u was, w siedzibie Szatana
Obj. 2,12-13 PD

Wg bloga Kościoła Pana Jezusa Chrystusa* Pergam był ośrodkiem religijnym, powstałym po zrujnowaniu Babilonu, a jeszcze przed skoncentrowaniem się go w Rzymie. W takim przypadku Pergam byłby stolicą systemu religijnego opartego na oddawaniu czci wymyślonym bóstwom czy przedmiotom, składaniu ofiar przez samych ludzi (w przeciwieństwie do zaakceptowania ofiary danej przez Jezusa), systemu opartego również na samodoskonaleniu się dla własnego zadowolenia, zamiast dla dobra innych ludzi z otoczenia. Czyli wszystko inaczej, niż to Bóg ustanowił w dziesięciu przykazaniach, poprzekręcane. Sprawdzimy?

1. Nie będziesz miał żadnych innych bogów oprócz mnie (Wyj. 20,3 BP). Słowo "Bóg" jest nazwą, nie jest imieniem naszego Boga. Słowo "Bóg" piszemy z z wielkiej litery z innego powodu, tak samo jak czasami Sz.P. Jan Kowalski - litery "Sz.P." nie są jakimś dodatkowym imieniem Jana Kowalskiego. Piszemy to więc z wielkiej litery z grzeczności, z powodu wyrażenia szacunku do Niego. Bo dla nas jest to jedyny Bóg. Ale "bogiem" jest też wszystko inne, czemu oddajemy cześć, swój czas, co czcimy, co jest dla nas ideałem, "bożyszczem".

Tymczasem religia babilońska miała wielu bogów, bożków - cały panteon. Każdy od czegoś innego. Każdy był od czegoś innego - jeden od wojny, inny od płodności, jeszcze inny od urodzajów... Tak jakby jeden bóg nie był wystarczająco dobry, żeby "ogarnąć" wszystko.

2. Nie uczyń sobie posągu, ani żadnego obrazu tego, co jest wysoko na niebie, co jest nisko na ziemi i co w wodzie, poniżej ziemi. Nie będziesz się przed nimi korzył, ani im służył, gdyż Ja jestem twój Bóg, WIEKUISTY Bóg żarliwy (Wyj. 20,4-5 NBG**). Taka była zasada Boga. "Skup się na bezpośredniej rozmowie ze mną, na bezpośredniej modlitwie, nie włączaj w to martwych przedmiotów". Niektórzy mówią: "ale taka rzeźba czy wyobrażenie Boga może pomóc w kontaktach". Teoretycznie tak. Oglądając zdjęcie jakiejś osoby - możliwe, że akurat za nią zatęsknimy i sięgniemy po telefon. Tyle że starożytne religie nie sięgały po telefon, żeby rozmawiać z Bogiem. One rozmawiały z tym "zdjęciem", czciły "zdjęcie", to to "zdjęcie" stało się przedmiotem kultu, było zdobione, hołubione. Stąd mnóstwo złotych posągów, fallusów czy innych figur czy malowideł, "symbolizujących" każda innego bożka.

3. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy (Wyj. 20,7 BT). Taka jest zasada. Bóg słyszy nasze wołanie i zawsze jest gotów pomóc. Ale jeśli woła się Go z byle powodu, a w zasadzie bez powodu, jak owo popularne amerykańskie "OMG", "Oh my God!" - to ja przepraszam, ale czy woła się Króla Wszechświata tylko po to, by wyrazić swoje zdziwienie/zaskoczenie/zgrozę wywołaną usunięciem ze znajomych z facebooka? Nie wiem, jak wyglądało wyrażanie tego typu emocji w starożytnych religiach, ale sądząc po współczesnych OMG-ach, "o Jezus Maryja!", czy tłumaczenie się Allachem przy byle wybuchu w religiach islamskich - można sądzić, że dawno dawno temu człowiek miał takie same tendencje, i tak samo miał zwyczaj wołać: "O Zeusie!", "Na Posejdona!" i tak dalej.

4. Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Jahwe. (...) Bo w sześciu dniach uczynił Jahwe niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Jahwe dzień szabatu i uznał go za święty (Wyj. 20,8-11 BT). Tak. Bóg dał człowiekowi - istocie stworzonej na Jego podobieństwo - przykład, by jeden dzień w tygodniu odpoczywać. Nie obojętnie jaki, ale ten siódmy, ostatni, w którym nic nie było już stwarzane, wszystko było już perfekcyjnie zakończone, a cały ten czas, całe 24 godziny człowiek mógł poświęcić na spotkanie z Bogiem, bez dzielenia uwagi pomiędzy Nim a pracą, a codziennymi obowiązkami etc.

Tymczasem w religiach starożytnych, w religii pochodzącej z Babilonu, takim dniem, w którym człowiek miał zwyczaj odpoczywać i oddawać cześć swojemu bóstwu, jakieś ofiary czy tańce, był dzień boga słońca, Dzień Słońca. Echo tego dnia można dostrzec nawet i dziś, choćby w angielskim "sunday" = "dzień słońca".

Co za różnica, którego dnia człowiek będzie odpoczywał? Jest. Bóg stworzył świat w sześć dni i na tym mógł poprzestać. Mielibyśmy sześciodniowy tydzień. Praca na okrągło. Tymczasem Bóg dodał jeszcze jeden, na odpoczynek. Na pamiątkę tego, że to wszystko stworzył. Jeśli ktoś upiera się, by koniecznie odpoczywać w inny dzień, to tak, jakby upierać się, żeby czyjeś urodziny, które przypadają w październiku, obchodzić co roku w grudniu. To tak, jakby wiedzieć, że jakaś ważna osobistość będzie czekać na nas w parku o trzynastej, by spędzić z nami czas, a my przyszlibyśmy koło dziewiętnastej. Bo tak nam bardziej pasuje. "Bo to przecież bez różnicy, park to park". Dlatego robienie święta w Dzień Słońca, zamiast w Dzień Sabatu (po hebrajsku - Dzień Odpoczynku), jest dla Boga lekceważeniem Go. Lekceważeniem terminu spotkania, który On nam dał. Stworzył. Celowo. By być z nami. Jeśli ktoś odpoczywa sobie w jakikolwiek inny dzień - robi to dla siebie. Jeśli ktoś chce skorzystać z tego, że "Król Wszechświata będzie akurat w mieście" i zobaczyć Go, może dotknąć, porozmawiać - robi to w dzień, który On do tego przeznaczył.

5. Uszanuj twojego ojca i twoją matkę (Wyj. 20,12 NBG). Nie mam pojęcia, jak wyglądały stosunki rodzinne w tamtym okresie. Na pewno były bardzo patriarchalne - tzn. ojciec był głową całej rodziny i cała rodzina bezwzględnie się go słuchała, szanowała etc. Taki typ rodziny istnieje do dzisiaj w południowo-wschodniej Azji: Chiny, Wietnam, Korea, Indonezja.

Jak to wyglądało w religiach Babilonu - po tym, jak wyglądały stosunki w rodzinie Abrama, który gdzieś stamtąd wyszedł (fakt, że całe wieki wcześniej), można wnioskować, że tak samo. Czyli tak jakby ta część była w porządku?

6.-10. Nie będziesz zabijał. Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradł. Nie będziesz fałszywie świadczył przeciw bliźniemu twemu. Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego: nie będziesz pożądał żony bliźniego twego ani jego sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która należy do twego bliźniego (Wyj. 20,13-17 BP). No dobra. Ta część przykazań różnie ma się do rzeczywistości zarówno teraz, jak i w czasach Izraela, tak samo za czasów Babilonu, i chyba w każdym możliwym okresie.

Konkludując więc - najbardziej więc chodzi chyba o te pierwsze cztery przykazania, które definiują Boga, naszego Boga, jako Stworzyciela wszystkiego i podpowiadają nam, jak okazać Mu szacunek. Bo o ile pozostałe mogły istnieć w tamtych religiach pod postacią jakichś praw cywilnych, o tyle te pierwsze cztery istnieją tylko w Dekalogu. Tak więc podstawową różnicą pomiędzy starożytnymi religiami z Babilonu, a później z Rzymu, i wg powyższego bloga - przechodnio także z Pergamu - jest brak zdefiniowania Boga, a zamiast tego - podstawienie jakichś innych, dowolnie wymyślonych bożków.

W takim przypadku faktycznie Jezusa mogło to boleć szczególnie, i mogło to być powodem, dla którego nazwał On Pergam Siedzibą Szatana. A nawet Tronem Szatana! Czyli tak jakby jego stolicą. (Tak przy okazji więc - w takiej sytuacji możliwe jest, że wzmianka o tym tronie Szatana ma powiązanie ze wzmianką jego siedzibie). Kogo jak kogo, ale Jezusa musiało szczególnie boleć wszystko, co było przeciwko Jego ojcu. A to, w co ludzie wierzyli w tamtych czasach, ewidentnie było wymierzone tak, żeby o Tym Bogu absolutnie zapomnieć. A zamiast Jemu - hołdować jakimś rzeźbom.

Tym bardziej, że - nawet jeśli ktoś uważa, że przykazania Żydów są już dawno nieaktualne, a aktualne są tylko te dwa przykazania dane przez Jezusa - to jedno z nich mówi: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem (Mat. 22,37 BT). Do tego jeszcze Jezus podkreślił, że jest to największe przykazanie, ważniejsze nawet, niż miłowanie bliźniego. To drugie przykazanie nazwał "podobnym" do tego pierwszego.

Będziesz miłował Pana, Boga twego, z całego twego serca i z całej twojej duszy, i z całej myśli twojej (NBG).








piątek, 17 lipca 2015

Dlaczego nie ma uzdrowień

A tym, którzy uwierzą, będą towarzyszyły takie znaki: w moim imieniu będą wyrzucali czarty, będą mówić nowymi językami, i będą brać węże w ręce, a choćby wypili coś trującego, nie zaszkodzi im. Na chorych będą kłaść ręce, a oni powrócą do zdrowia. 
Mar. 16,17-18 BP

Zastanowiłem się tutaj. Wielu jest ludzi wierzących. Tymczasem o takich przypadkach, jak ten tutaj powyżej - że ktoś mógłby kogoś uzdrowić, albo coś w tym rodzaju - słychać mało, rzadko. Prawie nigdy. Dlaczego?

Wielu ludzi tłumaczy to jako "niedostateczna wiara". Hm. Gdy Filip zapytał owego Etiopczyka, czy wierzy, odpowiedź była krótka: "Tak, wierzę". Nie powiedział: "Trochę wierzę, trochę nie". Czy można wierzyć niedostatecznie? Mieć "za niski poziom" wiary? Można powątpiewać. W pewne rzeczy nawet uczniowie powątpiewali. Nawet po paroletniej osobistej znajomości z Jezusem. Np. nie uwierzyli Marii Magdalenie, gdy ta przyszła i powiedziała, że widziała zmartwychwstałego Jezusa. A nawet gdy wszyscy uwierzyli, Tomasz dalej nie wierzył. Bo nie zobaczył osobiście.

Jezus gani za coś takiego, gani za taki "niedostateczny poziom wiary". Zganił za to uczniów nie raz. Czyli wygląda na to, że w jakiś sposób jest to możliwe.

Tymczasem w innym miejscu natknąłem się na historię:

Kiedy Piotr odwiedzał wszystkich, przyszedł też do świętych, którzy mieszkali w Liddzie. Znalazł tam pewnego człowieka imieniem Eneasz, który był sparaliżowany i od ośmiu lat leżał w łóżku. "Eneaszu - powiedział do niego Piotr - Jezus Chrystus cię uzdrawia, wstań i zaściel swoje łóżko!" I natychmiast wstał. Widzieli go wszyscy mieszkańcy Liddy i Saronu i nawrócili się do Pana. 
Dzieje 9,32-35 BT

Jaki jest morał z tej historii? Otóż w Liddzie mieszkali "święci" - czyli ludzie, którzy uwierzyli w Jezusa. Wierzący. Wierzący do tego stopnia, że zostali nazwani świętymi. A mimo to nikt z nich wcześniej nie uzdrowił owego sparaliżowanego Eneasza. Dopiero Piotr, gdy przyszedł, zrobił to. Czy dlatego, że był "lepiej wierzącym"? Nie wiem. W każdym razie zrobił to mówiąc, że to Jezus Chrystus go uzdrawia.

Czyli to nie od nas zależy, czy kogoś uzdrowić, czy nie. To nie my decydujemy, kogo uzdrowić. To Bóg decyduje o tym. Jeśli więc w danym momencie nikogo nie uzdrowimy - nie ma co robić sobie z tego powodu żadnych wyrzutów, że nasza wiara "jest za mała" czy coś w tym stylu. Po prostu Bóg tak wybrał. Bo to nie my uzdrawiamy, nie z naszej własnej mocy - bo takiej nie mamy. To uzdrawia Bóg, Jezus, a my możemy w tym ewentualnie uczestniczyć, zostać Jego narzędziem, i jeśli tak miałoby się stać, wtedy to Duch Święty nas o tym przekona, że powinniśmy iść tam i tam, jak do Filipa, albo do Ananiasza, który uzdrowił oślepłego Szawła, i powiedzieć do kogoś, że jest uzdrowiony, bo Jezus tak chciał.

A celem uzdrowienia człowieka nie jest danie mu szczęścia. Człowiek, jeśli będzie chciał, uwierzy w Boga i będzie się Go trzymał, czy zdrowy, czy chory. Jezus dokonywał uzdrowień, żeby inni uwierzyli. Wszystko jest obliczone na to, by ściągnąć jak najwięcej ludzi do Boga. Można powiedzieć - na reklamę. Tak było w tej sytuacji tutaj - Widzieli go wszyscy mieszkańcy Liddy i Saronu i nawrócili się do Pana. I tak było też innym razem: Przechodząc ujrzał człowieka ślepego od urodzenia. I zapytali Go uczniowie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się narodził ślepy, on czy jego rodzice? Jezus odrzekł: Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, lecz [urodził się niewidomy], aby przez niego objawiły się dzieła Boże (Jan 9,1-3 BP). Na reklamę. Żeby jak najwięcej ludzi uwierzyło, zechciało być przy Bogu, żeby później było nas jak najwięcej z Nim, Tam W Górze.

Jednym słowem - wygląda na to, że jeśli Bóg nie decyduje się w danym momencie uzdrawiać, to niekoniecznie musi oznaczać, że nasza wiara "jest za mała". Czasami chodzi też o ludzi dookoła - w danym momencie uzdrowienie akurat nic by nie dało, nikogo by do Boga nie przywiodło. Albo też miał zupełnie inny powód, jak to Bóg - On wie najlepiej, w którym momencie coś zrobić.





wtorek, 14 lipca 2015

Dobra Nowina Marka, 16.2., koniec

Po tym, jak Jezus zmartwychwstał wczesnym rankiem pierwszego dnia tygodnia, ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów. Ta poszła opowiedzieć o tym tym, którzy byli z Nim wcześniej, i którzy teraz byli w żałobie. Ale kiedy usłyszeli, że On żyje, i że Maria Go widziała, nie chcieli uwierzyć.

Później pokazał się On w innej postaci dwom z nich, gdy byli w drodze gdzieś na wieś. Ci też przyszli opowiedzieć pozostałym, że Go widzieli, ale im też nie uwierzono.

Na koniec ukazał się Jedenastu, gdy byli zgromadzeni na posiłek. Zganił ich za ich niedowierzanie i twarde serca, bo nie uwierzyli tym pozostałym, którzy Go widzieli, że zmartwychwstał.

I powiedział do nich wtedy:
- Idźcie na cały świat i głoście ewangelię dla wszystkiego, co Bóg stworzył. Ten, który uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony/uratowany. Ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A te znaki będą towarzyszyć tym, którzy uwierzą: w moim imieniu będą wyganiać złe duchy i będą mówić nowymi językami, i będą brać węże w swoje ręce. Nawet jeśli wypiją jakąś truciznę - ta nie zaszkodzi im, a kiedy położą ręce na chorych, ci staną się zdrowi.

Po tym, jak Jezus z nimi porozmawiał, został wzięty do nieba i znalazł miejsce po prawej ręce Boga. Uczniowie natomiast poszli i głosili wszystko, a Pan okazywał się, potwierdzając Słowo, poprzez znaki, które oni czynili.

na podstawie: Mar. 16,9...20

KONIEC SERII
[wcześniej]
[do początku]





poniedziałek, 13 lipca 2015

Dobra Nowina Marka, 16.1.

Kiedy sabat już przeminął, Maria Magdalena i Maria, matka Jakuba, i Salome kupiły olejki zapachowe, żeby iść do Jezusa i namaścić go. Wczesnego ranka pierwszego dnia tygodnia, kiedy tylko słońce wzeszło, przyszły do grobu. Mówiły przy tym między sobą:
- Kogo mogłybyśmy poprosić, żeby przetoczyć ten kamień sprzed wejścia?
Ale kiedy spojrzały, zobaczyły kamień już odsunięty. A był to bardzo duży głaz. I kiedy weszły do środka, zobaczyły młodego mężczyznę siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą, długą narzutę, i przestraszyły się.

Ów mężczyzna odezwał się do nich:
- Nie bójcie się. Szukacie Jezusa z Nazaretu, tego ukrzyżowanego. On jest znowu na nogach, nie ma go tutaj. Patrzcie - tam jest miejsce, gdzie Go położono. A teraz idźcie i powiedzcie do jego uczniów, i do Piotra, że jest On w drodze, do Galilei, tuż przed nimi, i że tam go zobaczą, tak jak im o tym powiedział.

Wtedy wyszły z grobowca i uciekły, trzęsące się i przerażone. I nic nikomu nie powiedziały, tak bardzo były przestraszone.

na podstawie: Mar. 16,1...8

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





sobota, 11 lipca 2015

Apokalipsa, 27. - Prawo miecza

Aniołowi/posłańcowi zboru/zgromadzenia w Pergamie napisz: To mówi ten, który ma ostry miecz obosieczny. Znam Twoje czyny, i wiem, gdzie mieszkasz - tam, gdzie tron Szatana - a trzymasz się mojego imienia i nie wyparłeś się / nie odrzuciłeś mojej wiary nawet w dniach, w których Antypas, mój wierny świadek, został zabity u was, w siedzibie Szatana. 
Obj. 2,12-13 PD

Generalnie z tego wersetu przebija jakaś tragedia. Coś w rodzaju: "Wiem, co to za miejsce, w którym mieszkasz, i doceniam to, że ciągle trzymasz się mnie, i się mnie nie wyparłeś, nawet w dniach, gdy został zabity Antypas" - jakaś wyrozumiałość dla jakichś błędów, które wynikają z miejsca, środowiska, w którym się przebywa. A to miejsce to: "w siedzibie Szatana", "tam, gdzie tron Szatana" - takie określenie powtórzone aż dwa razy w jednym wersecie - to musi być coś mocnego. To musiało być faktycznie jakieś złe miejsce, z wyjątkową koncentracją złych ludzi, czy zwyczajów, czy czegokolwiek, co sprawiało, że człowiek mimo woli, mimo przeciwstawiania się temu, trochę tym przesiąkał i popełniał pewne błędy. Ale mimo wszystko Jezus mówi: "Wiem, gdzie mieszkasz, wiem, co to za miejsce". Rozumie.

Czas na trochę wiedzy. Pergam - największe miast Azji Mniejszej, 200 tys. mieszkańców, stolica rzymskiej prowincji Azji. Nie był jakimś specjalnie wielkim ośrodkiem handlowym, był za to centrum kulturowym. Można by przyrównać do polskiego Krakowa. Znajdowała się tutaj druga pod względem ilości zbiorów biblioteka. Uchodził za miejsce urodzenia Zeusa, władcy wszystkich bogów. Znajdował się tam również specjalny ołtarz, poświęcony Zeusowi, wysoki na 15 m, znad którego całymi dniami unosił się dym ze składanych tam ofiar. Jedna z teorii twierdzi, że to właśnie miał na myśli Jezus, nadając temu miejscu nazwę "tron Szatana". Czy to prawdopodobne - tego nie wiem. Nie wydaje mi się jednak, żeby Jezus przejmował się jakąś pojedynczą budowlą. Generalnie polecam post na ten temat, na blogu [OBJAWIENIE 365], który zawiera w sobie różne możliwe teorie/wyjaśnienia nt. interpretacji "tronu Szatana" oraz w dosyć trzeźwy sposób ocenia prawdopodobieństwa słuszności każdej z nich.

Tak samo nie wydaje mi się, jakoby szczególnym kult Asklepiosa/Eskulapa* w tym miejscu był jakimś szczególnym zmartwieniem dla Jezusa (symbolem Asklepiosa był wąż opleciony wokół kija/laski, co wielu kojarzy się z wężem, który skusił Ewę). Nie widzę tu związku między symbolem węża i wężem z raju.

Natomiast wyjaśnienie autora tamtego bloga o prawie miecza, które posiadali niektórzy ludzie w tym mieście - tzn. prawie do zabicia lub darowania życia innego człowieka, bez sądu, bez wyroku, ot tak, jak na wojnie - przekonuje mnie. Stąd przeciwwagą dla mieszkańców Pergamu, lub ludzi znajdujących się w takiej samej sytuacji, jak ci w Pergamie, było pocieszenie Jezusa: To mówi ten, który ma ostry miecz obosieczny. Czyli: "Niezależnie od tego, jak bardzo swoimi mieczami wymachują ci tam, w Pergamie, albo ci wszyscy, którzy mają moc zadecydować o waszym życiu lub śmierci, ja mam też swój miecz. Ostry. Siekący z dwóch stron jednocześnie".

To brzmi sensownie dla mnie. Dla porównania zobaczmy:

Gdy Jezus zapoczątkował swój dialog z Janem, przedstawił się: Ja jestem alfa i omega, ten pierwszy i ten ostatni**, czyli "Początek i Koniec, Wszystko od A do Z". I przedstawił mu pomysł spisania listów do wszystkich zborów, wszystkich zgromadzeń ludzi. Wszystkich rodzajów ludzi, od początku do końca, od a do z.

Swoją drogą - coraz bardziej ostatnio odnoszę wrażenie, że te listy do zborów, które Jezus podyktował, nie są listami TYLKO I WYŁĄCZNIE do tamtych zborów, ani do jakichś szczególnych okresów historycznych kościoła, jak to miałem okazję kiedyś usłyszeć, ale każdy list jest adresowanych do ludzi żyjących w specyficznej sytuacji politycznej, gospodarczej czy kulturowej - każde z dotychczasowych miast miało specyficzne warunki bytowe. Stąd okazuje się, że są one adresowane do nas wszystkich, mieszkających w różnych warunkach, i każdy w którymś z tych listów może odnaleźć siebie.

W liście do pierwszego zgromadzenia ludzi / zboru Jezus przedstawił się: Ja jestem ten, który trzyma w swoim ręku aniołów wszystkich zgromadzeń/zborów ludzi***, czyli gdyby przyjąć, że każdy zbór/zgromadzenie ludzi przedstawiał ludzi będących w określonych sytuacjach, przechodzących określone przeżycia/doświadczenia/tzw. próby życiowe - to Jezus trzyma rękę na pulsie na wszystkich rodzajach wydarzeń, rozumie wszystkie rodzaje sytuacji. I wszystko ma pod kontrolą. Jak tę burzę, którą uciszył, gdy ze swoimi uczniami przepływał łodzią na drugi brzeg jeziora.

Ów pierwszy list był adresowany do Efezjan, do ludzi żyjących w mieście, gdzie popularne były różne nauki, gdzie przychodzili fałszywi nauczyciele / prorocy próbujący nagiąć fakty czy naciągnąć ludzi, czyli zwyczajni szarlatanie, naciągacze. I Jezus mówił tutaj: "Ja trzymam ich wszystkich w moim ręku". To znaczy: mam kontrolę nad nimi. Tak samo, jak nad tą burzą, czy nad tym drzewem z oliwkami, które nagle uschło na Jego słowo, albo tak samo jak Ananiasz i Safira, którzy padli na jedno słowo apostołów, natchnionych Duchem Świętym, przysłanym przez Jezusa.

Potem, drugi list, do ludzi mieszkających w Smyrnie: Ja jestem pierwszy i ostatni, ten, który stał się martwy, a potem ożył**** - czyli ten, który ma też moc nad śmiercią, jest jakby zdolny własnowolnie przezwyciężyć stan śmierci i obudzić się ponownie do życia. Te słowa adresowane były do ludzi żyjących w miejscu, w którym ludzie masowo tracili życie na skutek odmawiania oddania czci cesarzowi. Słowa mające pocieszyć, wesprzeć: "Ja ożyłem, zapanowałem nad śmiercią, tak samo jak nad jakimś innym odruchem, i obiecuję Tobie pomóc w tym samym".

W porównaniu do tych wszystkich form przedstawień się, jakie Jezus użył, użycie formy: Ja jestem ten, który ma ostry miecz obosieczny odnośnie miejsca, gdzie popularne było prawo miecza, było jak przeciwwaga dla żyjących tam ludzi. To Jezus ma ostatnie słowo, to Jezus trzyma ten miecz*****, dzięki któremu ma kontrolę nad innymi ludźmi, to Jezusa miecz tak naprawdę się liczy - mianowicie Jego słowa, i cele, które On postawił przed nami: dążenie do bycia z Bogiem, do bycia w Państwie Boga. Wszystko inne jest tylko jak jakby jakieś poboczne, nic nie ważne wydarzenie. Jak popsucie się jakiejś truskawki gdzieś w innym kraju. Jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg.

* - Asklepios/Eskulap: https://pl.wikipedia.org/wiki/Asklepios oraz http://kpjch.pl/komentarze-biblijne/864-list-do-kocioa-w-pergamie-komentarz-do-ksigi-objawienia
** - Patrz też post [ALFA I OMEGA]
*** - Patrz post [ANIOŁ ZBORU W EFEZIE].
**** - Patrz post [HISTORIA EFEZU I SMYRNY].
***** - Patrz post: [MIECZ OBOSIECZNY]






piątek, 10 lipca 2015

Czyny wysłanników, 9.1.

Szaweł w dalszym ciągu wytrwale ścigał uczniów Pana i nastawał na ich życie. Udał się do arcykapłana i poprosił o listy do synagog w Damaszku, żeby móc znaleźć tych, którzy podążali Drogą [drogą Jezusa - przyp. wł.], zarówno mężczyzn jak i kobiety, i poprowadzić ich w więzach do Jerozolimy. Po drodze, gdy zbliżał się już do Damaszku, jasny promień światła oświetlił go z nieba. Upadł na ziemię, po czym usłyszał głos mówiący:
- Szawle, Szawle, dlaczego mnie ścigasz/prześladujesz?
- Kim jesteś, Panie?
- Jestem Jezus, którego ścigasz. Podnieś się teraz i idź do tego miasta. Tam będzie ktoś, kto powie ci, co masz robić.
Ci, którzy szli za nim, zaniemówili. Słyszeli głos, ale nic nie widzieli.

Szaweł podniósł się, otworzył oczy, ale nic nie mógł zobaczyć. Wzięto go więc za ręce i zaprowadzono do Damaszku. Trzy dni nic nie mógł widzieć, nic nie jadł ani nie pił.

W Damaszku mieszkał jeden z uczniów, Ananiasz. W widzeniu Pan powiedział do niego:
- Ananiasz!
- Jestem tutaj, Panie.
- Idź na ulicę o nazwie Prosta, do domu Judy, i tam zapytaj o Szawła z Tarsu. Bo widzisz, on się modli. I otrzymał on widzenie, że przyjdzie do niego człowiek o imieniu Ananiasz i położy na nim ręce, tak że odzyska wzrok.
- Panie - odpowiedział Ananiasz - słyszałem wiele rzeczy o tym człowieku i o tym całym źle, które wyrządził przeciwko twoim świętym w Jerozolimie. A teraz on jest tutaj, z pełną swoją władzą, daną przez arcykapłanów, żeby zakuć w kajdany każdego, kto powołuje się na twoje imię.
- Idź! - odpowiedział Pan do niego. - Idź, bo wybrałem go jako moje narzędzie, żeby zanieść moje imię do pogan i do królów, i do ludu Izraela. I pokażę mu, że będzie cierpiał z powodu wyznawania mojego imienia.

Poszedł więc Ananiasz i wszedł do tego domu, i położył ręce na niego, i powiedział:
- Szawle, bracie mój. Sam Pan, Jezus, który pokazał ci się po drodze, wysłał mnie, żebyś odzyskał wzrok i został napełniony Duchem Świętym.
I nagle jakby łuski spadły z jego oczu, i zaczął widzieć, po czym wstał i został ochrzczony, a potem jadł i wracał do sił.

Kilka dni pozostał on u uczniów w Damaszku, gdzie zaraz zaczął głosić Jezusa, mówiąc, że On jest Synem Boga. I wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się, i mówili:
- Czy to nie jest ten, który chciał wytępić wszystkich, którzy powoływali się na to imię? Czy nie przyszedł on tutaj, żeby poprowadzić ich w więzach do arcykapłanów?
Ale Szaweł wciąż się wzmacniał i zdumiewał Żydów w Damaszku pokazując jasno, że Jezus jest Mesjaszem.

Trwało więc chwilę, po czym Żydzi powzięli plany, by go zabić. Szaweł usłyszał o tym spisku. Żeby go dopaść, trzymali wartę całą dobę, także u bram miasta. Uczniowie jednak wydostali go na zewnątrz w nocy i opuścili go z murów w koszu.

Kiedy Szaweł dotarł już do Jerozolimy, starał się o dostanie się pomiędzy uczniów. Wszyscy jednak bali się go i nikt nie uważał, że jest on kolejnym uczniem. Dopiero Barnaba wziął go ze sobą do apostołów. Opowiedział im, jak Szaweł po drodze do Damaszku zobaczył Pana, który do niego przemówił, i jak w Damaszku śmiało głosił w imieniu Jezusa.

Po tym wszedł Szaweł pomiędzy uczniów w Jerozolimie, a potem z własnej woli poszedł głosić otwarcie w imieniu Pana. Rozmawiał i dyskutował z Żydami hellenistycznymi, ale ci zaplanowali go zabić. A kiedy bracia dowiedzieli się o tym, wyprowadzili go do Cezarei i wysłali go dalej, do Tarsu.

Od tej pory kościół miał pokój w całej Judei, Galilei i Samarii. Budował się i żył w czci dla Pana, i wzrastał, wzmacniany Duchem Świętym.

na podstawie: Dz. Ap. 9,1...31

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





wtorek, 7 lipca 2015

Dobra Nowina Marka, 15.3.

Kiedy nadeszła godzina szósta (dwunasta w południe wg naszego liczenia czasu), zapadła ciemność nad całą okolicą, aż do godziny dziewiątej (trzeciej po południu). I o tej dziewiątej godzinie Jezus zawołał:
- Eloi eloi, lama sabachtani?
Co znaczy: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?". Niektórzy z tych, którzy tam stali, słyszeli to i mówili:
- Patrz, Eliasza woła.
Jeden pobiegł i nasączył gąbkę octem winnym, nasadził na kij i chciał dać mu do picia, i powiedział:
- Czekaj, poczekajmy, czy przyjdzie Eliasz, żeby go zdjąć stamtąd.
Ale Jezus zawoławszy głośno, wydał ostatnie tchnienie.

W świątyni zasłona rozdarła się na dwie części, z góry do dołu.

Wtedy oficer/setnik, który stał tuż przed nim, i widział, jak wydał on ostatnie swoje tchnienie, powiedział:
- Naprawdę, ten człowiek był Synem Boga!

Stało tam również w pewnej odległości kilka kobiet, przyglądając się. Pomiędzy nimi była Maria Magdalena i Maria, matka Jakuba Młodszego i Josesa, i Salome. Podążały one za Jezusem i służyły Mu, gdy był w Galilei. I stało tam też mnóstwo innych kobiet, które przyszły do Jerozolimy podążając za Nim.

Było to wszystko w Dzień Przygotowania, to znaczy dzień przed Sabatem, i nadszedł w końcu wieczór. Józef z Arymatei, wysoki rangą doradca, który sam czekał na Królestwo Boga, przyjął to wszystko bardzo do siebie i poszedł do Piłata prosić go, żeby mógł zabrać Jezusa ciało. Piłat stwierdził, że byłoby to dziwne, gdyby Jezus już umarł, i przywołał oficera/setnika, żeby zapytać, czy długo jest już martwy. Gdy otrzymał potwierdzenie od oficera, pozwolił on Józefowi wziąć zwłoki. Ten kupił lniane płótno pogrzebowe, zdjął Jezusa i owinął Go w nie i położył w grobie wykutym w skalnej ścianie, i przetoczył do wejścia do grobu głaz. Maria Magdalena i Maria, matka Josesa, widziały, gdzie Jezus został położony.

na podstawie: Mar. 15,33...47






Obudzić się pomimo śmierci

O dziewiątej godzinie Jezus zawołał donośnym głosem: "Eloi, Eloi, lema sabachthani", co znaczy: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" Usłyszawszy to, niektórzy z obok stojących mówili: Patrz! Eliasza woła! A ktoś podbiegł, zwilżył gąbkę octem, zatknął na trzcinę i dawał Mu pić, mówiąc: Poczekajcie, zobaczymy, czy Eliasz przyjdzie Go zdjąć. 
Mar. 15,34-36 BP

Niewiarygodne... Sześć godzin po ukrzyżowaniu, trzy godziny po zapadnięciu dziwnej ciemności w środku dnia - znalazł się jeszcze ktoś, kto drwił z Jezusa...

Z drugiej strony warto uprzytomnić sobie okrucieństwo tego rodzaju kary śmierci - nie dosyć, że kostki i nadgarstki/dłonie były poprzebijane ogromnymi ćwiekami i cały ciężar ciała wisiał na nich właśnie, to jeszcze trwało to... sześć godzin! A potem Piłat i tak był zdziwiony, że Jezus umarł tak szybko. Czyli zazwyczaj trwało to jeszcze dłużej.

Jednym słowem - Jezus znosił potworne cierpienie, będąc kompletnie przekonanym, że na nie nie zasłużył. Nic nie zrobił. Nie był królem żydowskim, nie był żadnym buntownikiem przeciwko cesarzowi rzymskiemu, mógł obronić się w każdej chwili. Mógł zejść z tego krzyża w każdym momencie, i zaleczyć swoje rany na rękach i nogach. Miał taką moc. I mógł żyć dalej.

Tyle że Jego celem nie było życie dalej. Jego celem było stanie się umarłym, zgodnie z tym, za co Go skazano, okazując tym samym respekt do władzy świeckiej do samego końca, a potem - zmartwychwstanie. Powrót ze stanu martwoty do ponownego życia. Obudzenie się, pomimo śmierci. Przejście do końca ludzkiego życia, włącznie ze śmiercią, a potem zmartwychwstanie i rozpoczęcie tego właściwego życia, Tam. Jako prekursor. A ponieważ to nie On był winny, to nie dla niego Biblia mówiła, że "karą za grzech jest śmierć", bo to nie On dopuścił się jakiegokolwiek zła, jakiegokolwiek grzechu, ale mimo wszystko wziął to na siebie - za nas - toteż przetrwał tych 6 okrutnych godzin, wisząc powieszonym na krzyżu, utrzymując się tylko na krwawiących ranach na dłoniach i nogach, znosząc ten ból - tylko po to, by dać nam prawo powołać się na Jego osiągnięcie. By dać nam prawo powołać się na niego, że On pokonał śmierć, przeszedł ją, ma ją już za sobą, i dał każdemu z nas prawo, by powołać się na nią.

Kiedy? Na sądzie.

Po to, byśmy - tak jak On - mogli ponownie powstać, obudzić się do nowego życia, tego docelowego, do którego zostaliśmy stworzeni.






poniedziałek, 6 lipca 2015

KŁAMLIWE FAKTY, 27. - Podobieństwa embrionów

Kent Hovind
KŁAMSTWA W PODRĘCZNIKACH / KŁAMLIWE FAKTY
cz. 27

Dalej mówią, że mamy dowód naszego rozwoju. To mnie złości, ale zachowam spokój. Poniższa (po lewej) książka mówi: "Podobieństwo między wczesnymi etapami rozwoju pomogło przekonać Darwina, że wszystkie formy życia mają wspólnych przodków. Darwin uważał to za najsilniejszy fakt przemawiający za jego teorią. Haeckel nazwał to prawem biogenetycznym"*. Człowiek ten, Haeckel, stworzył teorię, że wszystkie embriony wszystkich zwierząt rozwinęły się przechodząc przez te same etapy. Ryba, płaz, gad, ssak - wszystkie. Nazwał to prawem biogenetycznym. Według jego podręcznika obecność podobnych do ryb struktur w embrionach różnych gatunków wykazuje, że te zwierzęta ewoluowały z ryby.


Czy ludzki embrion ma skrzela jak ryba? Tak twierdzi ten podręcznik. To kłamstwo. To nie są skrzela. Te małe fałdki skóry rozwijają się w kości uszne i w węzły w gardle. Nigdy nie miały nic wspólnego z oddychaniem!

Ernst Haeckel, niemiecki profesor, wymyślił tę głupią teorię w roku 1869. Książka Darwina ukazała się w roku 1859, a rok później została przetłumaczona na język niemiecki. Haeckel ją przeczytał i powiedział: Cóż to za wspaniała teoria! Gdyby tylko znalazły się jakieś dowody...


Dziewięć lat później dowodów ciągle nie było, więc Haeckel zdecydował się je stworzyć. Był profesorem embriologii, wykładał o rozwoju embrionów. Wziął więc rysunek embrionów psa i człowieka i zmienił je, żeby wyglądały podobnie. Stwierdził: "Widzicie? Dowodzi to, że mamy z psami wspólnego przodka" (rys. poniżej po lewej). Nikt go nie zatrzymał, więc poszedł dalej: wziął rysunki embrionów różnych zwierząt i sfałszował je, żeby wszystkie wyglądały bardzo podobnie (rys. poniżej pośrodku). A potem podróżował po kraju, mówiąc każdemu: "Musisz uwierzyć w tę nową teorię, bo mamy tu dowód". Był przecież profesorem embriologii, nie kłamałby, prawda? Ludzie nie mieli wtedy w domach mikroskopów, żeby móc go sprawdzić. W ten sposób on sam, samodzielnie, nawrócił Niemców na ewolucję. Doprowadziło to do "oczywistego" wniosku, że jeśli ewolucja jest prawdziwa, to może "nasza rasa" ewoluowała dalej, niż pozostałe. Dokąd to doprowadziło?...


A jak naprawdę wyglądają te embriony?

Prawdziwe szkice embrionów

U dołu znajdują się prawdziwe zdjęcia, które - jak twierdził Haeckel - były wzorem do jego rysunków. Ale Haeckel kłamał. Jego własny uniwersytet wytoczył mu proces i skazał go w roku 1875. Powiedział: "Powinienem się czuć potępiony, ale setki biologów kłamią w ten sam sposób".

Cóż to? Każdy kłamie, więc wszystko jest w porządku?

Prawo biogenetyczne Haeckela nie jest prawdziwe i nigdy nie było. Tego, że jest fałszywe, dowiedziono już w roku 1875. Skazano go za oszustwo. Uniwersytet wytoczył proces swojemu profesorowi i skazał go za kłamstwo, ale jego rysunki ciągle są w podręcznikach do biologii, choć już 125 lat temu** dowiedziono, że są fałszywe.




Darwin swoją książkę napisał w roku 1859. "Przewidział", że ktoś znajdzie dowód na jego teorię. W roku 1870 Haeckel sfałszował swoje szkice. Pięć lat później, w roku 1875, został skazany za kłamstwo, ale jego rysunki wciąż są w podręcznikach. Wiem, że potrzeba trochę czasu, żeby podręczniki uaktualnić, ale myślę, że 125 lat to aż nadto czasu. Tymczasem nadal się tego naucza.

01.14.41-01.19.16

* - Ikony ewolucji, s. 82. 
** - Wykłady były nagrywane około roku 2000. 

[dalej]
[wcześniej]
[do początku]





niedziela, 5 lipca 2015

Apokalipsa, 26. - Życie w trudnych warunkach

Nie bój się niczego, co masz cierpieć. Oto oszczerca/diabeł zamierza rzucić niektórych z was do więzienia, abyście zostali wypróbowani/doświadczeni, i będziecie mieć dziesięć dni ucisku/utrapienia. Stawaj się wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec/koronę życia. Każdy, kto ma uszy, niech usłyszy, co Duch mówi do zgromadzeń/zborów. Zwyciężający nie zostałby skrzywdzony / nie doznałby niesprawiedliwości od drugiej śmierci.
Obj. 2,10-11 PD

List do Smyrnian to list do środowiska ludzi, którzy żyją w miejscu, w którym tworzą swoistą enklawę. Mam na myśli: wszyscy dookoła mają zwyczaj uznawać za najwyższy autorytet zupełnie kogoś innego, niż Boga, a za posiadanie innego zdania grozi utrata przywilejów związanych z prowadzeniem normalnego życia. Nie uczestniczy się w publicznych przetargach, nie można podjąć ogólnie dostępnych funkcji - ze względu na ich powiązanie z autorytetem innym niż chrześcijański etc., jak wówczas Smyrnianie, więcej napisałem w poście [KŁOPOTY SMYRNIAN].

W praktyce oznacza to więc, że jeśli ktoś zdecydował się być chrześcijaninem, wyznawać Chrystusa, to razem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie tak, jak to było w IV w. po Chr. i później, gdy bieżące powszechne wierzenia i tradycje "przekuwano" na niby pochodzące z tradycji chrześcijańskich, żeby ludzie mogli przyjąć nową religię, a jednocześnie nie musieli zmieniać przyzwyczajeń i mogli hołdować wciąż tym samym tradycjom. Coś niecoś wspomniałem na ten temat rozpatrując akurat pochodzenie Święta Zmarłych: [DZIEŃ ZMARŁYCH I HALLOWEEN].

To jest tak, jak dzisiaj mam przykład obserwować to w jednym z krajów skandynawskich, gdzie przybyli muzułmanie domagają się prawa, by używać ich religijnych nakryć głowy podczas pracy np. w policji, zamiast tradycyjnych, skandynawskich mundurów. I tutaj moje pytanie: jeśli ktoś przybył do domu gospodarza, to dlaczego chce wnosić do niego swoje zwyczaje? Jeśli ktoś z kraju muzułmańskiego wybrał przybycie do kraju chrześcijańskiego, to musiał liczyć się z tym, że w pewnych specyficznych zawodach nie będzie mógł pracować: z powodu ubioru, z powodu nie spożywania wieprzowiny etc.

Albo zrezygnować ze swojej religii.

Analogicznie - gdzieś na świecie żyją chrześcijanie, w typowo muzułmańskim kraju. Tak jest np. w Indonezji, gdzie ludność muzułmańska to 87% ludności kraju. Pięć razy dziennie rozlega się tam na ulicach głośna modlitwa w języku arabskim, specjalnie nagłaśniana przez głośniki. Mimo że pozostałe 13% ludności wcale nie potrzebuje tego słuchać. I mimo że ogromna większość z tych 87%, które "powinno" to słuchać, nie rozumie arabskiego.

Ale Indonezja jest dosyć liberalnym krajem, jeśli chodzi o "natężenie" islamu. Co innego w krajach z Półwyspu Arabskiego i okolic: Arabii Saudyjskiej, Katarze, Afganistanie, Pakistanie etc. Ludzie pochodzący z tamtych krajów, wyznawcy islamu, których spotkałem, mają często prawdziwego "fioła" na punkcie swoich zwyczajów, nawet gdy w merytorycznej dyskusji okazuje się, że niektóre z nich nie mają żadnego logicznego uzasadnienia.

I to może widzieć każdy chrześcijanin, żyjący w takim kraju. I podobnie, jak stwierdziłem wcześniej - jeśli ktoś decyduje się zostać chrześcijaninem w takim kraju, to razem z całym przyległym inwentarzem - byciem "innym", dziwnymi spojrzeniami sąsiadów, niemożliwością objęcia publicznych funkcji etc. Jak tamci chrześcijanie w Smyrnie. I może dojść nawet do aresztowań z byle bzdurnego powodu, gdy stanie się na drodze jakimś fanatykom. Oto diabeł/oszczerca zamierza rzucić niektórych z was do więzienia, abyście zostali wypróbowani/doświadczeni (...)

Bądź wierny, aż do śmierci, a dam ci koronę/wieniec Tego Życia. Życie w takich warunkach to duże poświęcenie. Ale to życie tutaj to raptem około siedemdziesięciu lat. A potem, docelowo, mamy żyć Tamtym Życiem. Jak Adam i Ewa, ponownie. W Nowym Mieście, w nowych realiach, bezpośrednio w bliskości Boga, bez problemów typu choroby, kalectwa etc., bez konieczności przebywania pomiędzy ludźmi leniwymi i ignoranckimi, co nam się często zdarza w pracy. Dzięki Jezusowi mamy taką możliwość. Dzięki Jego wsparciu - bądź wierny, a dam ci Tamto Życie. Na to czekamy.

Swoją drogą - dlaczego wspomniałem o ludziach leniwych i ignoranckich? Bo to się zdarza bardzo często. Wystarczyłoby wykonać minimalny wysiłek, żeby komuś ułatwić uśmiechnięcie się. Ale mnóstwo ludzie tego wysiłku nie podejmuje. Bo im się nie chce. I o wielu rzeczach człowiek na ogół wie. Ale ignoruje to. Wie, że konsekwencją palenia papierosów jest zwiększone prawdopodobieństwo zachorowania na raka lub odmę płucną. Że konsekwencją znacznego przekroczenia prędkości jest zwiększone prawdopodobieństwo niemożliwości uniknięcia wypadku i łatwo kogoś zabić. Wie, że drugie życie, na boku, najczęściej powoduje rozpad rodziny, sprawia zawód dzieciom, pozbawia ich poczucia oparcia i bezpieczeństwa. I daje wykrzywiony obraz społeczny na przyszłość. Mimo wszystko ludzie palą, powodują wypadki, folgują swoim fascynacjom fizycznym.

I tutaj Jezus mówi: Każdy, kto ma uszy, niech usłyszy, co mówi Duch. Każdy, kto ma uszy, niech ich używa, niech usłyszy. Niech się nie zamyka z obawy, że coś będzie trzeba zmienić, za coś wziąć odpowiedzialność. Każdy, kto ma oczy, niech zobaczy, niech ich nie zamyka, żeby czegoś nie widzieć. Każdy, kto ma umysł, niech go użyje, żeby samemu podjąć odpowiednie decyzje na podstawie faktów, które w danym momencie się zna. Nawet jeśli byłaby to błędna decyzja - później, z biegiem czasu, z napływem nowych faktów - zawsze można ją skorygować. W końcu jesteśmy ludźmi - wzrastającymi, dojrzewającymi, uczącymi się. Nie jak beton - raz posadzony w jednym kształcie stoi tak samo przez lata. I podejmując decyzje trzeba być przygotowanym, żeby przyjąć również konsekwencje tych decyzji. Nawet jeśli mielibyśmy być jedynymi chrześcijanami w Dubaju. Bo o ile tutaj, w ciągu tych siedemdziesięciu lat z hakiem, możemy być poddani aresztowaniom, możemy spędzić czas w więzieniu, czy po prostu żyć w biedzie, jak chrześcijanie w Smyrnie, to o tyle później nie doznałby niesprawiedliwości od drugiej śmierci. A owo "później" to całe życie, wieczne życie. Czyli jakby żyć od początku powstania Ziemi aż do teraz, i jeszcze dłużej.

Bądź wierny, a dam ci Tamto Życie.







czwartek, 2 lipca 2015

Dobra Nowina Marka, 15.2.

Żołnierze wprowadzili Jezusa na dziedziniec zamkowy, do pretorium (ratusza), i zwołali cały oddział. Ubrali go w purpurowy narzutę, upletli koronę z kolcami i usadowili ją na jego głowie. A potem zaczęli go pozdrawiać:
- Bądź pozdrowiony, o królu żydowski!
Bili go po głowie jakimiś patykami, pluli na niego i padali przed nim na kolana, że niby go tak czczą. A kiedy już go obśmiali, zdjęli z niego tę purpurową narzutę i ubrali w jego własne ubrania.

A potem wyprowadzili Jezusa, żeby go ukrzyżować. I zmusili pewnego człowieka, wracającego z pola i przechodzącego akurat obok, żeby niósł jego krzyż. Był to Szymon z Cyrenei, ojciec Aleksandra i Rufusa.

Jezusa prowadzono do miejsca o nazwie Golgota, co znaczy Miejsce Trupiej Czaszki. Chcieli mu dać wino z mirrą, ale nie przyjął. Potem go ukrzyżowano i podzielono jego ubrania pomiędzy siebie, rzucając losy o to, kto którą część ubrania powinien wziąć. Ukrzyżowano go około godziny trzeciej*. Inskrypcja z oskarżeniem przeciwko niemu głosiła: "Król żydowski".

Razem z Jezusem ukrzyżowali oni dwóch rabusiów, jednego po prawej, drugiego po lewej jego stronie. I Słowo Pisane wypełniło się tutaj, bo zostało napisane: Będzie zaliczony jako ten, który łamie prawo. Ci, którzy przechodzili, kręcili głowami i szydzili:
- Teraz widzisz? Ty, który burzysz świątynię i odbudowujesz ją w trzy dni - uwolnij sam siebie i zejdź z krzyża!

W ten sam sposób drwili również arcykapłani i uczeni w Piśmie, i mówili jeden do drugiego:
- Innych zbawiał/ratował, ale siebie samego nie potrafi uratować! Dalej, Mesjaszu, królu izraelski, zejdź z krzyża, tak żebyśmy mogli to zobaczyć i uwierzyć!

Też i ci, którzy byli razem z nim ukrzyżowani, drwili z niego.

na podstawie: Mar. 15,16...32

* - Około dziewiątej rano. 






Tylko spokój może nas uratować

[refleksja do tego fragmentu]

To, co Jezus przeszedł na sądzie, to jedno. Jawna niesprawiedliwość, oczywiste fałszowanie dowodów i prowokowanie Go, żeby sam się pogrążył - arcykapłani wszelkimi sposobami dążyli do tego, żeby się go pozbyć. Ale żeby wyglądało to sprawiedliwie, odstawili farsę wyglądającą na sąd. Tak naprawdę jednak Jezus nie miał szans się tam obronić. Cokolwiek powiedziałby - nic nie zostałoby racjonalnie rozpatrzone, ale wszystko obrócone przeciwko niemu. Czasem my też spotykamy się z tego typu sytuacjami.

Jednak to, co zdarzyło się po odesłaniu Go sprzed Piłata, pokazuje oblicza ludzi będących tam strażnikami. Zachowywali się niczym dzieciaki w podstawówce. Jezusa wyszydzono, opluto, niby przypadkiem uderzono jakąś laską, odegrano przed nim kolejną farsę, że niby oddano mu cześć jako żydowskiemu królowi, przy czym zamiast korony wbito mu na głowę jakiś wieniec z kolców...

Tak. Ludzie nie raz udowodnili, że jeśli dać im pełną wolność, pozwolić im zachowywać się bez ograniczeń, to szybko zaczną tej wolności nadużywać, na niekorzyść najsłabszej jednostki - wyśmiewając, poniżając, albo wręcz posuwając się - tak jak tutaj - do fizycznego upodlenia. Jak dzieci w szkole, nie znające żadnego umiaru.

I nawet już na krzyżu, z poprzebijanymi ćwiekami rękoma i stopami, z krwią broczącą z tych ran - nikt mu nie współczuł. Dalej się nabijano. Że mówił, że świątynię w trzy dni potrafi odbudować (o której notabene mówił: Zburzcie [WY] ją, a ja ją odbuduję), że innych zbawiał, grzechy odpuszczał, że Synem Boga się nazywał, demony wyganiał, kulawych uzdrawiał tak, że mogli chodzić, ślepi zaczynali widzieć, a opętani - myśleć normalnie... A tymczasem teraz sam wisiał. I nie schodził. Zero magii. Tak jakby to wszystko wcześniej było tylko jakimś snem.

Tymczasem Jezus nie mógł zejść. Wiedział, co miał do zrobienia. Ale nikt inny tego nie rozumiał. I chyba nie było nikogo, kto chciałby to zrozumieć, bo nawet jego uczniowie się gdzieś rozpierzchli. Musiał się uzbroić w potężną odporność na ludzką głupotę, żeby dopiąć swego, żeby zrealizować to, co zaplanował. Zachował spokój.

Przykład dla nas: cokolwiek się dzieje dookoła - tylko spokój może nas uratować.