wtorek, 10 października 2017

27 uzdrowień Jezusa - Co z psychiką?

Czytając o uzdrowieniach Jezusa, i o tym, że samo uzdrowienie nie jest celem samym w sobie (zob. post [CUDA CZY ZNAKI JEZUSA]), ale jedynie środkiem do przekonania ludzi, że Bóg istnieje, swego rodzaju okazaniem mocy Boga - nasunęło mi się na myśl jedno pytanie. Czy wtedy, gdy Jezus uzdrawiał ludzi fizycznie, działo się cokolwiek z ich psychiką? Czy ludzie stawali się inni? Czy bywali lepsi? Czy zachodziły jakiekolwiek zmiany w ich życiu? I czy te zmiany były wynikiem samego uzdrawiającego kontaktu z Jezusem, w jakikolwiek sposób On daną osobę uzdrowił, czy może bardziej efektem samodzielnej decyzji? Czy zachodziło w danej osobie pewnego rodzaju czary-mary, czy można na to liczyć, gdyby oczekiwać od Boga uzdrowienia, czy może uzdrowienie fizyczne to dopiero początek, natomiast charakter, poglądy i całe nasze wnętrze pozostaje bez zmian, dokładnie tak, jak było wcześniej, nawet jeśli mowa o nawykach, które do danej choroby doprowadziły? Czy - uzdrawiając ciało - Bóg dotyka również serca? Czy robi to w jakiś magiczny sposób, tak jak to czasem może przyjść do głowy, gdy czytamy starotestamentowe teksty typu: "I otworzę wasze serca, bla bla bla...", czy może robi to w jakiś inny sposób, docierając do danego człowieka poprzez okazanie Jego miłości w jego życiu, natchnieniem go Swoim Duchem, jakąś akceptacją, pokojem?

Szukając odpowiedzi w prosty sposób skorzystam z listy 37 cudów, znalezionej w wikipedii*, nie wnikając na razie, czy jest ona kompletna czy nie, z których wyselekcjonuję 27 wymienionych tam uzdrowień, przeglądając wzmianki o nich we wszystkich ewangeliach. Zobaczymy, czy można odnaleźć tam coś, co dałoby odpowiedź na to pytanie.

* - Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Cuda_Jezusa

c.d.n.






poniedziałek, 9 października 2017

Wskrzeszanie przed czasami Jezusa

Zmarły usiadł i zaczął mówić.
Łuk. 7,15 BP

Jezus wskrzesił tego zmarłego i Łazarza. Ten pierwszy, syn przypadkowo napotkanej kobiety, ani nikt Go o to nie prosił, ani w nic Jezus nie kazał wierzyć. Po prostu spotkał, zrobiło mu się żal właśnie osamotnionej wdowy i kazał mu powstać, zmartwychwstać.

Czy to był jedyny kondukt pogrzebowy, który Jezus spotkał na swojej drodze? Dlaczego tylko ta jedyna sytuacja została opisana w ewangeliach?

I Łazarz. Wskrzeszony po trzech dniach. Gdy ciało zdążyło już zacząć fizycznie obumierać. Wciąż zadziwiające dla mnie jest to, że Jezus mógł przywrócić nie tylko oddech, ale i spowodować, że ciało wracało do stanu lepszego niż sprzed uzdrowienia. Przecież ciało Łazarza w tym przypadku potrzebowało nie tylko nowego ducha, ale i nieco regeneracji po trzech dniach bez obiegu krwi, bez tlenu...

W Starym Testamencie jest jeszcze parę innych historii, gdzie zostali wskrzeszeni zmarli ludzie: Eliasz wskrzesił zmarłego syna wdowy, u której na jakiś czas zamieszkał (1 Król. 17), Elizeusz również wskrzesił syna kobiety, u której często nocował po drodze (2 Król. 4), mało tego: Elizeusz wskrzesił kogoś również pośmiertnie, tylko dlatego, że ciało pogrzebanego dotknęło jego kości/zwłok (2 Król. 13,20-21), co zakrawa wręcz na jakąś magię.

Wygląda więc na to, że Jezus wskrzeszając owych zmarłych nie robił czegoś szczególnie wyjątkowego: już przed nim robili to samo Eliasz i Elizeusz. Dodatkowo okazuje się przy okazji, że dzieląc chleb na pięć tysięcy osób Jezus również nie był pierwszym człowiekiem na ziemi, który tego dokonywał, bo i wcześniej, za czasów Elizeusza, zostało dokonane coś podobnego: dwadzieścia chlebów zostało rozdzielonych na stu dorosłych mężczyzn. Liczby w wykonaniu Jezusa są oczywiście bardziej imponujące, zarówno pod względem proporcji posiadanego chleba do liczby tłumu, jak i ilości uzdrowień ludzi, ale chcę tutaj tylko zauważyć, że Jezus nie był po prostu jedynym takim uzdrawiającym. Zdarzało się to zarówno i przed Jego obecnością na ziemi, jak i po Jego wniebowstąpieniu.

Stąd wniosek, że nie musimy tak obawiać się faktu, że tylko Jezus miał monopol na uzdrawianie. Możliwość uzdrawiania istniała zarówno wcześniej, jak i później, po czasach Jezusa. Wszystko zależy tylko od tego, czy Bóg zechciałby to zrobić w danym przypadku.







niedziela, 8 października 2017

Uzdrowienie obcego

Kiedy już zbliżył się do bramy miasta, wynoszono pewnego zmarłego, który był jedynym synem kobiety wdowy. (...) Jej widok wzruszył Pana do głębi. Powiedział tedy do niej: Nie płacz! A gdy podszedł i dotknął mar, ci, co je nieśli, zatrzymali się. On zaś powiedział: Młodzieńcze, rozkazuję ci, wstań! Wtedy zmarły usiadł i począł mówić.
Łuk. 7,12-15 BR

Co więcej zadziwiającego jest w tej historii: zazwyczaj przytacza się przykłady ludzi, których Jezus uzdrowił w wyniku ich własnej wiary. Setnik, kobieta z tłumu, mężczyźni spuszczający łóżko przez dach... Tymczasem tutaj znajduje się przykład, który zupełnie nie pasuje do tych poprzednich: Jezus uzdrowił całkowicie obcą osobę. Bez żadnej prośby, bez żadnej ingerencji jakiejś osoby, tak sam z siebie. Bo spotkał przypadkowo. I tylko dlatego, że dowiedział się, że to wdowa, która pożegnała już męża, a teraz żegna swojego jedynego syna.

To tutaj bardzo widoczne jest, że Jezus współczuje ludziom ich personalnych spraw, ich rodzinnych czy też międzyludzkich relacji. Każdego z nas. Bo też kim była ta, przypadkowo napotkana, wdowa? Była tylko przypadkowo napotkanym człowiekiem. Nie była "bliskim przyjacielem rodziny", jak Łazarz, ani też nikt nie przyszedł i nie prosił za nią, że "przysparza dużo dobrego naszemu narodowi". A jednak Jezus sam, w swój prywatny sposób, wiedząc, straciła już męża, a ten na noszach to jej jedynak, ostatni członek jej malutkiej rodziny, postanowił podnieść tę wdowę na duchu w najbardziej oczywisty sposób: oddając jej najdroższy skarb. I zdecydował się wskrzesić go, bez żadnego proszenia, bez żadnej deklaracji wiary, po prostu ot tak, bo jej współczuł.

Jednym słowem: każdy ma szansę.





Łukasz wnikliwie 7.2 - Wskrzeszenie zmarłego

Następnie przyszedł do miasta Nain, wraz z licznymi swoimi uczniami i dużym tłumem za Nim. A tylko zbliżył się do bramy tego miasta, właśnie wynoszony był jedyny syn jego matki, która była w dodatku wdową. Był z nią też duży tłum ludzi z miasta. Kiedy Pan ją ujrzał, ulitował się nad nią i powiedział: "Nie płacz". Potem wszedł i dotknął otwartej trumny / noszy, a ci, którzy je nieśli, stanęli cicho. A potem powiedział:
- Młody człowieku, powiem ci tak: powstań.
I martwy powstał, i zaczął mówić. I oddał go Jezus jego matce.

Wtedy bojaźń przyszła na wszystkich i gloryfikowali Boga mówiąc: "Oto powstał i jest pomiędzy nami wielki prorok" i "Bóg nawiedził swój lud". I rozeszła się ta historia po całej Judei i wszystkich przyległych okolicach.

na podstawie: Łuk. 7,11...17

zobacz komentarz do tego fragmentu: [JEZUS PORUSZONY WEWNĘTRZNIE] i [UZDROWIENIE OBCEGO]

c.d.n.






sobota, 23 września 2017

Jezus poruszony wewnętrznie

Kiedy zbliżył się do bramy miejskiej, wynoszono właśnie zmarłego, który był jedynym synem wdowy. I towarzyszył jej wielki tłum mieszkańców miasta. Gdy Pan ją zobaczył, ulitował się i powiedział: Nie płacz.
Łuk. 7,12-13 BP

Przekład Biblii Poznańskiej i Przekład Dosłowny tłumaczą reakcję Jezusa jako "ulitowanie się", pozostałe polskie przekłady ujmują to jako "użalił się". Słownik Stronga* tłumaczy to słowo jako "być poruszonym wewnętrznie", "odczuć współczucie". I na tym ostatnim określeniu chciałbym się zatrzymać, ponieważ w całym Nowym Testamencie wyrażenie to zostało użyte kilka razy tylko i wyłącznie w ewangeliach i niemal zawsze w odniesieniu do osoby Jezusa. Uważam, że opisanie reakcji Jezusa jako "ulitował się" niekoniecznie do końca oddaje wyraz tej reakcji Jezusa, która faktycznie miała miejsce. Bo zlitować się nad kimś / nad czymś można, niekoniecznie odczuwając przy tym empatię. Zlitować się nad swoją ofiarą, czy też użalić, może najgorszy zbir, okazując mu łaskę akurat ten raz.

Ale to, co wyróżnia Jezusa w tej sytuacji jest to, że On był PORUSZONY WEWNĘTRZNIE. Odczuwał empatię wobec tych osób, które spotykał. Czuł tak, jak one czuły. Współczuł. Był w stanie zrozumieć uczucia innych ludzi. Jak to było możliwe, skoro żeby móc zrozumieć wnętrze drugiego człowieka, trzeba albo z nim przeżyć mnóstwo czasu, albo przeżyć takie same doświadczenia, jak tamten, podczas gdy Jezus był tylko trzydziestoparoletnim cieślą bez żadnych szczególnych doświadczeń życiowych? Nie przeżył przecież żadnej z tych chorób, które uzdrowił. Może przeżył śmierć kogoś bliskiego, tak że mógł naprawdę współczuć tej wdowie z historii powyżej, choć ewangelie raczej tego nie odnotowują. Na pewno nie przeżył osobiście żadnej z tych zwariowanych historii, jakie miały za sobą choćby takie osoby jak Maria Magdalena czy niezrównoważony emocjonalnie Piotr, czy ów opętany mieszkający na cmentarzu.

A mimo to rozumiał ich. Współczuł. Każdego w jakiś sposób uzdrowił: opętanego duchowo słowem; Piotra osobiście, długofalowo, ucząc go jak nauczyciel; a Marię Magdalenę psychicznie, dając jej bezwarunkową akceptację.


* - Źródło: http://biblehub.com/greek/4697.htm







środa, 6 września 2017

Łukasz wnikliwie 7.1 - Uzdrowienie niewolnika setnika

A gdy zakończył mówić do słuchających ludzi, poszedł do Kapernaum. A tam niewolnik pewnego centuriona, który był mu bliski / cieszył się jego szacunkiem, był chory i miał już umierać. Usłyszawszy o Jezusie, wysłał do Niego starszych judejskich, prosząc Go, żeby przyszedł go uratować. I kiedy oni przyszli do Jezusa, prosili Go usilnie, mówiąc, że zasłużył na to, ponieważ "kocha nasz naród i wybudował nam synagogę".

Wówczas Jezus poszedł z nimi. A kiedy był już nie tak daleko od tamtego domu, centurion wysłał do Niego przyjaciół, którzy mieli mówić: "Panie, nie kłopocz się, bo nie jestem wart tego, żebyś wszedł pod mój dach, ani ja sam nie czuję się wystarczająco wart, żeby przyjść do ciebie, ale powiedz tylko słowo, a mój chłopiec będzie uzdrowiony. Bo i ja jestem człowiekiem pod postawiony, mającym pod sobą żołnierzy, i jeśli mówię do jednego: "Idź", to on idzie, a jeśli do innego "Przyjdź", to on przychodzi, i do mojego sługi "Zrób to", to on to robi".

A kiedy Jezus usłyszał te rzeczy, zadziwił się, odwrócił do tłumu, który za Nim podążał i powiedział: "Mówię wam, nawet w Izraelu nie znalazłem jeszcze tak wielkiej wiary!"

A ci, którzy byli posłani, gdy wrócili do domu, zastali leżącego bez siły chorego sługę zdrowym.

na podstawie: Łuk. 7,1...10

[następnie - WSKRZESZENIE ZMARŁEGO]
[poprzednio - KAZANIE NA GÓRZE 3]
[do początku]






niedziela, 27 sierpnia 2017

Stygmaty apostoła Pawła

Odtąd niech mi nikt przykrości nie sprawia; albowiem ja stygmaty Jezusowe noszę na ciele moim.
Gal. 6,17 BW

Powiedzieć, że Paweł miał stygmaty, to nadać bardzo mistyczne brzmienie czemuś, co aż tak mistyczne nie było. Mam na myśli to, że pamiętając o tym, że praktycznie każda wersja Biblii na świecie jest tłumaczeniem oryginalnego tekstu, dużą odpowiedzialność na sobie miał tłumacz, tłumacząc tekst na język miejscowy, dobierając w nim odpowiednie słowa. A ponieważ Biblia Warszawska jest jednym z najpopularniejszych tłumaczeń, pozwolę się z tą formą tłumaczenia tego słowa nie zgodzić. Bo po co robić z Biblii jakieś tajemnicze, mistyczne miejsce, skoro wszystko jest takie jasne?

NBG: W końcu, niech mi nikt nie dostarcza cierpień; gdyż ja noszę w moim ciele piętna Pana Jezusa.

BP: Niech odtąd nikt nie wyrządza mi przykrości, bo ja noszę w sobie znamiona Jezusa!

BT: Odtąd niech już nikt nie sprawia mi przykrości: przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa.

BR: Niech mi już na przyszłość nikt nie wyrządza żadnych przykrości: przecież na ciele moim noszę blizny [i one najlepiej świadczą o moim przynależeniu do] Jezusa.

PD: Odtąd już nikt niech mi zadaje trudu; ja bowiem na moim ciele noszę piętno Pana Jezusa.

Co właściwie miał apostoł Paweł na myśli, używając tego słowa? W jakim znaczeniu było ono używane w innych listach Pawła albo pozostałych miejscach Nowego Testamentu? Byłoby znakomicie móc to przewertować, ale... Konkordancja podaje, że greckie słowo "stigmata", użyte w tym miejscu, zostało użyte w NT tylko ten jeden, jedyny raz. Nie ma więc możliwości prześledzić pozostałych przypadków użycia tego słowa. Jedyne, na czym można się w tej sytuacji oprzeć, to słowniki biblijne, które mówią*:

Stigma - właściwie: pewien znak rozpoznawczy wypalony na skórze. Przenośnie: "święte blizny", które pojawiają się, gdy się służy Jezusowi jako Panu.

Stigma - odnosi się do literalnych blizn na ciele Pawła pochodzących od prętów bicza, które Paweł otrzymał w Antiochii Pizydyjskiej oraz od kamieniowania w Listrze. Uważa się je jako "znaki, oznaczenia przynależności Pawła do Jezusa, jak niewolnika, oraz jego służby dla Niego".

Stigma - coś jak tatuaże, wypalone znaki na skórze niewolnika w czasach Nowego Testamentu, oznaczające jego przynależność do określonego właściciela.

Stigma - ukłucie, nakłucie; znak nakłuwany lub umieszczany w ciele. Stosownie to starożytnych zwyczajów - mogli to mieć niewolnicy albo żołnierze, na których oznaczeniu widniała nazwa właściciela lub jednostki armii lub nazwa dowódcy, któremu podlegali. Sposobu tego używali również różni dewoci, by oznakować w ten sposób przynależenie do jakiegoś boga. Stąd: "znaki Jezusa", o których Paweł pisze w Gal. 6,17, które są wyryte na jego ciele, to ślady przeżytych niebezpieczeństw i trudów, a także odbytych kar więziennych, oraz ran szarpanych, otrzymanych z powodu sprawy Jezusa, które oznaczały go jako wiernego/wierzącego i zatwierdzonego przez wyznawania / ciągłe wyznawania Jezusa sługę i żołnierza.

W odróżnieniu więc do pojęcia "stygmaty", które za sprawą literatury średniowiecznej rozumiemy jako to jakieś mistyczne znaki na ciele powstałe w wyniku jakiegoś wysokopoziomoworeligijnego zaangażowania** - w przypadku tego listu Pawła chodziło bardziej albo o celowe oznaczenie ciała w celu uwidocznienia przynależności danej osoby do jakiegoś właściciela albo jednostki armii, albo o zwrócenie uwagi na ślady na ciele świadczące o przebytej drodze, niczym rany na jakimś weteranie wojennym.

Dzięki tej lekturze najbardziej więc skłaniałbym się do wersji z Biblii Tysiąclecia albo Biblii Romaniuka, gdzie mowa o znamionach na ciele Pawła, a nie o jakichś tajemniczych, mistycznych stygmatach czy piętnach w środku jego ciała, i to pomimo że dosłownie w grece można by przeczytać, że te znamiona były "w" ciele, dlatego że ze słownika biblijnego wynika, że czasem owo "w" było używane również w znaczeniu "na" (jak nasze "w kuchni" albo "na kuchni":

BT: Odtąd niech już nikt nie sprawia mi przykrości: przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa.

BR: Niech mi już na przyszłość nikt nie wyrządza żadnych przykrości: przecież na ciele moim noszę blizny [i one najlepiej świadczą o moim przynależeniu do] Jezusa.

* - Źródło: http://biblehub.com/greek/4742.htm
** - Źródło było w liceum dawno temu, ale tutaj można też sobie poczytać, co się przez to współcześnie u nas rozumie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stygmat_(religia)






niedziela, 13 sierpnia 2017

Nie przestrzeganie prawa jakieś restrykcyjne, tylko...

Bo ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie.
Gal. 6,15 BT

To, co Paweł tutaj pisze, podkreśla esencję chrześcijaństwa: nie bieganie za spełnianiem jakiegoś prawa jest naszym najważniejszym celem, jak dzieci, które przelicytowują się, że to mama zakazała, a tamtego nie, że to wolno robić, a tamto tata powiedział, żeby nie robić. Rzeczą, na której mamy się skupić, to dążenie do owego "nowego stworzenia", zachowując się jak dorośli, którzy wiedzą, co jest słuszne a co nie.

Bo prawo, które istnieje, musi istnieć ze względu na ludzi, którzy mają zwyczaj być bezmyślni albo ignorować zasady współżycia z innymi ludźmi. Tak samo jest w prawie drogowym: jeśli by ludzie sami wiedzieli, że w terenie zabudowanym trzeba zwolnić, bo istnieje tam duże prawdopodobieństwo, że pojawi się jakiś rowerzysta, pieszy, biegacz, dziecko z piłką, mama z wózkiem i biegającym wokół niego jak satelita drugim dzieckiem - to by żadnego przepisu o dopuszczalnej prędkości nie trzeba było stosować. Tak samo jest z Prawem Boga - jeśli by człowiek sam wiedział i chciał żyć tak, żeby przykrości komuś innemu nie wyrządzić, mam tu na myśli przykrości spowodowane zdradzeniem żony albo ukradzeniem np. radia z samochodu - to Prawo Boga w ogóle nie musiałoby istnieć.

Paweł w tym liście rozpisuje się o obrzezaniu, o ludziach, którzy zmuszali nowych wierzących w zborze Galacjan do obrzezania się, zgodnie ze starym zwyczajem. Tymczasem: żadne stare zwyczaje nie mają racji bytu. Jeśli ktoś chce coś robić ze względu na tradycje - proszę bardzo, czemu nie. Jeśli ktoś chce wykonywać jakieś czynności, które zakładają jakieś znaczenie religijne: ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie. Nie ma żadnego religijnego - z punktu widzenia apostoła Pawła, przenosząc tę metaforę na czas dzisiejszy - znaczenia to, czy ktoś pości w piątki czy w inne dni czy w ogóle nie pości. Chyba że ktoś narzuca sobie taką dietę z przyczyn zdrowotnych. I takie porównanie do dzisiejszych czasów można by sobie wyobrazić o wielu rzeczach: również o spowiadaniu się tylko i wyłącznie kapłanowi, czy wykonując jakieś skomplikowane czynności prowadzące do "zmazania grzechu" czy cokolwiek innego, co nie przychodzi mi teraz do głowy.

ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie - to o Królestwie Boga mówił cały czas Jezus, to o owym Nowym Stworzeniu pisze często Paweł, każdy nazywa to jak uważa, ja wyobrażam sobie to jako Państwo Boga albo [Nowa Ziemia]. W każdym razie to jest cel, do którego dążymy, przygotowując się na niego i opowiadając o nim innym ludziom w otoczeniu.







wtorek, 8 sierpnia 2017

List do Galacjan 6.2. - Żadne obrzezanie

Patrzcie tylko, jak duże litery używam, pisząc do was moją ręką! Ci, którzy chcą imponować ciałem, przedkładają konieczność bycia obrzezanym, i to jedynie po to, aby uniknąć bycia prześladowanym za krzyż Chrystusa. Nawet ci, którzy są obrzezani, sami nie trzymają się Prawa, ale jeszcze chcą was, żebyście się obrzezali, żeby oni mogli się przechwalać waszym obrzezanym ciałem.

Niechbym ja sam nigdy się nie przechwalał/chlubił, prócz krzyża naszego Pana Jezusa Chrystusa, przez którego świat został ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata.

Bo w Chrystusie ani bycie obrzezanym się nie liczy, ani bycie nieobrzezanym, tylko nowe stworzenie. Pokój i łaska wszystkim, którzy by podążali za tą zasadą, i na Izraela Boga. Od teraz począwszy niech nikt nie przysparza mi trudności, bo noszę na moim ciele znaki Jezusa.

Łaska naszego Pana, Jezusa Chrystusa, niech będzie z waszym duchem, bracia i siostry. Amen. List do Galacjan został napisany z Rzymu.

na podstawie: Gal. 6,11...18

[KONIEC SERII]







poniedziałek, 7 sierpnia 2017

List do Galacjan 6.1. - Pawła porady różne

Bracia, jeśli by ktoś już wcześniej został przyłapany na jakimś upadku, to wy, ludzie duchowi, korygujcie taką osobę w duchu łagodności, bacząc na siebie samych, żebyście i wy sami nie zostali skuszeni.

Noście ciężary/obciążenia jedni drugich, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa. Bo jeśli ktoś myśli, że jest czymś, a nie jest, oszukuje sam siebie. Każdy niech bada swoje własne działania, a wtedy można mieć chlubę z powodu siebie samych, a nie kogoś innego, bo każdy swój własny ciężar poniesie. Ten, który nauczany jest Słowa, niech dzieli się wszystkimi swoimi dobrami z tym, który go naucza. Nie dajcie się wprowadzić w błąd, bo Bóg nie pozwala z siebie szydzić.

Człowiek to zbierze, co zasieje. Ktokolwiek sieje tak, żeby dogodzić swojemu ciału, według ciała zbierze plon zepsucia, natomiast ktokolwiek sieje w Ducha - z Ducha otrzyma w plonie życie wieczne. A czyniąc dobrze nie zniechęcajmy się, bo przyjdzie czas, gdy będziemy żąć/zbierzemy bilans niestrudzeni. Dlatego, dopóki mamy czas ku temu, czyńmy względem wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którzy należą do rodziny wierzących.

na podstawie: Gal. 6,1...10

c.d.n.







środa, 2 sierpnia 2017

Sianie w ducha, inwestowanie

Co człowiek posieje, to będzie zbierał. Bo kto wsiewa w rolę ciała swego, z ciała tego zbierać będzie zgubę. Kto zaś wsiewa w rolę ducha, z ducha tego zbierać będzie życie wieczne.
Gal. 6,7-8 BP

(...) albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie. Bo kto sieje dla ciała swego, z ciała żąć będzie skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie żywot wieczny. 
BW

Nie potrafię tutaj rozsądzić, czy chodzi Pawłowi faktycznie o Tego Ducha, jak to sugeruje Biblia Warszawska, o Ducha Świętego, czy o ducha jako takiego, naszego własnego, nasze własne duchowe życie, samopoczucie, jak to sugeruje Biblia Poznańska i Biblia Tysiąclecia. Trzymać się będę raczej tej drugiej wersji, zgodnej z całokształtem Listu do Galacjan, mając nadzieję, że nie popełnię tym samym poważnego błędu.

Tak czy siak - Paweł trzyma się tutaj tej wersji, by nie patrzeć na rzeczy duchowe fizycznie. Może robi to w odniesieniu do poprzedniego kontekstu o obrzezaniu, a może w kontekście do tych wszystkich rzeczy, które wymienił w rozdziale piątym, odnośnie kierunku, do jakiego doprowadza folgowanie wszelkim pragnieniom ciała, a do jakiego kierunku prowadzi życie sprawami duchowymi.

Chciałem jednak skupić się na tym sianiu. Dla nas, żyjących w dwudziestym pierwszym wieku, porównywanie czegokolwiek do siania i żęcia, nie daje odpowiedniego obrazu. Chyba że ktoś mieszka na wsi i robi to co roku fizycznie. Natomiast dla ludzi z miasta porównanie to nie ma odpowiedniej siły, nie jest wystarczająco wyraźne.

Pomyślałem jednak, żeby sparafrazować ten tekst, używając naszych współczesnych pojęć:

Co człowiek zainwestuje, to też otrzyma w ostatecznym bilansie. Kto inwestuje w swoje ciało, z ciałem otrzyma też degradację, natomiast kto inwestuje w ducha, ten w ostatecznym bilansie z ducha otrzyma życie wieczne. 

I to jest prawda, jeśliby spojrzeć na to w logiczny sposób. Bo nawet jeśli byśmy zainwestowali w to, co cieszy nasze ciało i sprawia, że jest ono dłużej w dobrej formie, i dzięki temu dłużej i zdrowiej i lepiej żyjemy, to i tak zniszczeje ono po upływie kilkudziesięciu lat. Starzeje się. A na końcu umiera i rozpada. I nic nie pozostaje.

Natomiast nasz duch - to tam pozostaje ukształtowana nasza osobowość, nasz charakter, nasze poglądy, które doprowadzą nas finalnie do akceptacji Jezusa, co daje życie wieczne. Tak więc dla nas, aby mieć lepsze wyobrażenie, lepiej myśleć o "inwestowaniu w ducha", niż o "sianiu w ducha".






niedziela, 30 lipca 2017

Sposoby finansowania w kościele

Dawno już temu rozgryzałem tutaj temat dziesięciny (zob. seria: [ZAJAWKI BIBLIJNE - DZIESIĘCINA]). Wiele kościołów ma takową, czy to dobrowolną, czy "wkalkulowaną". Tego, że oprócz dziesięciny oddawanej co miesiąc z wypłaty, trzeba co trzy lata oddawać dziesięcinę z rocznego przychodu (sic! PRZYCHODU, a nie DOCHODU!), nikt już pamiętać nie chce. A przecież powołując się na dziesięcinę, ideę pochodzącą ze Starego Testamentu, trzeba konsekwentnie trzymać się całego rozkładu finansowania, a nie tylko jednej, wybranej części, prawda? I zanosić je do świątyni, i spożywać część z kapłanami.

Dodatkowo w Nowym Testamencie, w czasach powstawania chrześcijaństwa, nikt nie wspominał o dziesięcinie. Mało tego, że temat dziesięciny został tam pominięty, to jeszcze został tam poruszony o wiele bardziej niewygodny temat: WSZYSTKO, co należy do nas, może być wykorzystane przez kościół. Nie mam na myśli tutaj oczywiście grabieżczego zagrabiania szerokich pól o bogatych pałaców przez organizację kościelną, na jej wyłączną, zaborczą własność, ale o tym, że wszystko, co posiadamy, należy do Boga, i wszystko to, co mamy, może być użyte dla opowiadania ewangelii. Czy nasz samochód, czy nasz dom, czy nasz ogród - to są rzeczy oczywiste. Gdybym miał wspomnieć o pieniądzach - kto daje chętnie, ten wybiera sobie cele, żeby je wspierać. Temu nie trzeba nic mówić.

Dążę w tym poście jednak do tego, aby przytoczyć jeszcze jedną wzmiankę z Nowego Testamentu o finansowaniu potrzeb kościoła, Gal. 6,6:

Otrzymujący zaś naukę niech dzieli się wszystkimi dobrami z tym, który go naucza. (BP)

Ten, kto naucza, ma prawo uczestniczyć w dobrach materialnych swoich uczniów. (BR)

Jednym słowem: Jezus mówił o tym, że robotnik godzien jest zapłaty swojej. I że gdziekolwiek by uczniowie nie byli, żeby nie martwili się o jedzenie. Z historii wiemy, że zawsze ich ktoś ugościł, przyjął pod dach. Tutaj Paweł pisze, że tego, który przyszedł do kogoś, nauczając Słowa, ugościć trzeba, podzielić się z nim, czegokolwiek on by nie potrzebował. Że jedzenie - to oczywiste. Ale i buty, jeśli by trzeba było. Czy nowe ubranie.

Kłóci się to z naszymi współczesnymi zwyczajami, ponieważ każdy przecież ma i inne potrzeby: samochód do zatankowania, ubezpieczenie do opłacenia, telefon, internet, rodziców do wspomożenia, dzieci chodzące do szkoły... No i nikt dzisiaj raczej nie przyjmowałby obcej osoby pod swój dach na czas nieokreślony. I też nie o to mi chodzi. Myślę, że każdy rozsądny człowiek odczyta z tego właściwy wniosek. Można wspomagać kogoś bezpośrednio. Można uczestniczyć w kościelnych "zrzutkach" na pensje pastorskie, które to kościół uparcie nazywa "dziesięciną". I nie traktować tego przy tym literalnie jako dziesięcinę, ale dając tyle, ile się może. I będąc gotowym do dania więcej, nie tylko pieniężnie, ale też swoimi zdolnościami, czasem czy talentem.

W każdym razie, poszukując innych sposobów finansowania kościoła w czasach Nowego Testamentu niż owa pseudodziesięcina - zacytowany tekst jedną z kolejnych podpowiedzi. Chyba nie znaczy to też, żeby się tych sposobów tak kurczowo trzymać, bo świat idzie do przodu, technologie się rozwijają, ekonomia jako nauka to potężna gałąź wiedzy i można z niej czerpać również w kwestii działania współczesnego chrześcijaństwa. Bo dlaczego by nie.






środa, 26 lipca 2017

Ciężary i obciążenia

2  Dźwigajcie jedni drugich ciężary, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa. 
4  Niech każdy osądza swoje własne dzieło, a wówczas tylko sobą samym chlubić się będzie, a nie kimś innym. 
5  Każdy bowiem poniesie własny ciężar.
Gal. 6,2-5 BP

Z jednej strony Paweł pisze, żeby dźwigać ciężary jedni drugich, a z drugiej - że każdy będzie niósł swój ciężar.

Zarówno w języku polskim, jak i angielskim, w obu miejscach użyte jest to samo słowo. W liście Pawła napisanym po grecku są to dwa różne słowa. Pierwsze, jeśliby wyśledzić je w kontekstach pozostałych miejsc*, w których je użyto, bardziej chyba oznaczałoby jakieś ciężary, obciążenia, raczej w kontekście czegoś niewygodnego, drugie natomiast** - neutralnie w kontekście ładunku, masy, ciężaru obowiązków, które każdy na sobie nosi. Aczkolwiek rozdział ten w Słowniku Stronga nie jest taki klarowny, może być bardziej moim subiektywnym odczuciem.

W Biblehub, wg Thayer's Greek Lexicon, można wyczytać ogólne rozgraniczenie, że pierwsze*** słowo oznaczałoby bardziej jakąś masę, wagę, coś ciężkiego, co w dużej ilości staje się kłopotliwe; im cięższe tym bardziej przemawiające/autorytarne, ciężar obciążający. Drugie**** natomiast to ładunek, jaki każdy musi mieć ze sobą, ładunek na statku; coś, co się nosi na sobie lub ładunek o dużym znaczeniu, ciężar konieczny. Aczkolwiek to drugie słowo zostało również użyte i w tym pierwszym znaczeniu.

Czy więc znaczenia tych słów są inne, czy Paweł miał coś głębszego na myśli, czy to po prostu zabieg stylistyczny, mający uniknąć powtórzenia tego samego słowa - tej informacji nie znajduję.

Według jednak tej ostatniej wzmianki można by sparafrazować ten tekst w ten sposób: Dźwigajcie obciążające/kłopotliwe ciężary jedni drugich, wspierajcie się wzajemnie w ciężkich rzeczach (...) i niech nikt nie osądza jeden drugiego z tego powodu, a na siebie samego niech patrzy, bo każdy swój własny ładunek/ciężar życia/doświadczenie niesie.

* - Ciężary: http://biblia.oblubienica.eu/wystepowanie/strong/id/922
** - Ładunek: http://biblia.oblubienica.eu/wystepowanie/strong/id/5413
*** - Masa: http://biblehub.com/greek/922.htm
**** - Znaczący ładunek: http://biblehub.com/greek/5413.htm






środa, 19 lipca 2017

Śmierć towarzyska

Ja natomiast chcę jedynie chlubić się krzyżem naszego Pana, Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się dla mnie ukrzyżowany, a ja dla świata.
Gal. 6,14 BP

Wiedząc o poprzednich wnioskach, łatwo tutaj prosto zrozumieć, co Paweł miał na myśli, pisząc, że świat jest ukrzyżowany dla niego, a on dla świata. Po tym, jak spotkał Jezusa na swojej drodze, świat po prostu dla niego umarł, Paweł nie był już dalej tym, co świat oferuje, zainteresowany. Nie chciał już myśleć o szybkich koniach, ładnych Rzymiankach, przestronnych domach z ozdobnymi, rzymskimi łukami w fontannie w ogrodzie...

Jak i ja umarłem dla świata - tak samo Paweł, jako człowiek już dążeniem do zwiększenia swojego majątku niezainteresowany, musiał "umrzeć" dla swoich dawnych znajomych, z którymi kiedyś dzielił być może wszystko: religię, sposób myślenia o chrześcijanach, weekendowe spotkania etc. Teraz Paweł zainteresowany był tylko głoszeniem ewangelii, chcąc móc głosić ją do jak największej liczby osób. Sposób myślenia o chrześcijanach zyskał zupełnie inny, zupełnie inny obraz na religię, zupełnie inny cel w życiu. To go zaczęło odróżniać od starych znajomych, stał się dla nich jakby nieżywy towarzysko.

Może to właśnie miał Jezus na myśli, mówiąc: Kto wierzy we Mnie, chociażby nawet umarł, żyć będzie (Jan 11,25 BP)

I może właśnie to też miał Jezus na myśli, mówiąc gdzieś indziej: Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek opuści dom albo braci, albo siostry, albo matkę, albo ojca, albo dzieci, albo ziemię dla Mnie i dla ewangelii, otrzyma stokroć więcej teraz, w tym czasie, domostw i braci, i sióstr, i matek, i dzieci, i ziemi z jej troskami, a w przyszłym wieku życie wieczne (Mar. 10,29-30 BP).

Jednym słowem: gdzie jedno się kończy, inne się zaczyna. Paweł umarł dla swoich dawnych znajomych, dla swojego dawnego, faryzejskiego sposobu życia, ale zyskał o wiele więcej: nowych znajomych, wiele podróży, możliwość budowania nowych społeczności. Tak i dla nas "śmierć dla świata" może oznaczać podobnie: z jednej strony utrata starych znajomych, ale zyskanie nowych, zgodnych z nowym sposobem myślenia. I możliwość budowania nowych społeczności może też, kto wie...






poniedziałek, 17 lipca 2017

Nauka o krzyżu - powrót do szeregu

Albowiem którzy są Chrystusowi, ciało swoje ukrzyżowali z namiętnościami i z pożądliwościami.
Gal. 5,24 BG

Jak właściwie rozumieć tutaj to, że ciało jest ukrzyżowane? Tak to nazwał Paweł, takiego zwrotu użył. Czy odnosi się to do sposobu śmierci Jezusa, co właściwie nie ulegałoby wątpliwości, czy może do sposobu uśmiercania stosowanego przez Rzymian? Tylko jaki miałoby to wtedy sens? Brakuje odniesienia w takim porównaniu. Brakuje powodu, dla którego Paweł miałby mówić o rzymskich sposobach śmierci, gdzie Rzymianie byli poganami przecież, do ludzi wierzących w Chrystusa, do Galacjan, częściowo Żydów. Nie pasuje to do kontekstu całego Listu do Galacjan.

Jednym z innych miejsc, gdzie słowo "ukrzyżowanie" zostało użyte, jest Mat. 23,34: Dlatego też posyłam do was proroków i mędrców, i nauczycieli Pisma, a wy jednych z nich zabijecie i ukrzyżujecie, a innych ubiczujecie w synagogach i będziecie ścigać z miasta do miasta (BP). Jezus mówi to do ludzi, którzy poniekąd mieli być nauczycielami w tematach Pisma Świętego, a stali się "wyszukiwaczami luk prawnych", ustanawiali więcej i więcej przepisów, sprawiających, że życie religijne było coraz trudniejsze, coraz bardziej obarczone ciężarami, powinnościami, a zabrakło tego faktycznego ducha wyzwolenia od złego, które Biblia, czy wówczas Tora, ze sobą niosą. I mówi do nich w czasie przyszłym, że wyśle proroków, mędrców i innych nauczycieli (czyli nawiasem mówiąc: chodzi już o czasy nowotestamentowe!), których ludzie pokroju tamtych faryzeuszy i tak zabiją, i tak ukrzyżują. Parę wersetów dalej Jezus powtarza tę sekwencję, używając tym razem słów "zabijać, kamieniować".

Kilka razy w dalszych fragmentach Ewangelii Mateusza ludzie krzyczeli o krzyżowaniu Jezusa, gdzie z kontekstu można by wysnuć wniosek, że nie tyle chodziło im o to, by Jezus koniecznie na krzyżu zawisł, ale o najbardziej popularny rodzaj śmierci dla skazanych. To coś jakby w czasach współczesnych krzyczeć: "Na krzesło z nim! Na krzesło z nim!" Przy czym nie chodzi tutaj przecież o jakiekolwiek krzesło, o posadzenie kogoś przy stole, ale o krzesło elektryczne, i nie o literalne posadzenie kogoś na nim, bo mało kto taką maszynerię posiada, prawda?, ale o zabicie jakiegoś człowieka na krześle elektrycznym, a generalizując - o zabicie w ogóle. I to obojętnie, czy krzyk brzmiałby "na krzesło", czy "na stryczek", czy "na gilotynę", Żydzi krzyczeli "ukamieniować!", dzisiaj się może częściej używa "dożywocie mu" - w każdym razie chodzi raczej tutaj o usunięcie danego osobnika ze społeczności.

To nadmienianie, że Jezus został zabity przez kogoś, w najbardziej popularny wówczas sposób karania śmiercią za przestępstwa - pojawia się wiele razy np. w Dziejach Apostolskich:

Niech więc nikt w Izraelu nie ma żadnej wątpliwości, że Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, Bóg uczynił Panem i Mesjaszem (Dzieje 2,36 BP).

Skoro oskarżacie nas o to, że uzdrowiliśmy chorego człowieka, to wiedzcie zarówno wy, jak i cały lud izraelski, że on stoi przed nami zdrowy dzięki imieniu Jezusa Chrystusa, którego wyście ukrzyżowali, a Bóg wskrzesił z martwych (Dzieje 9,10 BP).

Następnie znajduje się cały fragment o "nauce o krzyżu":

11  Bracia moi! Powiadomili mię o was ludzie Chloe, że są wśród was spory. 
12  Mam na myśli to, że każdy z was mówi: "Ja jestem po stronie Pawła", "Ja Apollosa", "Ja należę do Piotra", a "Ja do Chrystusa". 
13  Czy Chrystus może być rozdzielony? Czy Paweł został za was ukrzyżowany? Czy ochrzczono was w imię Pawła? 
14  Dziękuję Bogu, że poza Kryspusem i Gajusem nikogo z was nie ochrzciłem. 
15  Nikt nie może więc powiedzieć, że został ochrzczony w imię moje. 
16  Wprawdzie ochrzciłem jeszcze rodzinę Stefanasa, ale poza tym nie pamiętam, czy jeszcze kogoś ochrzciłem. 
17  Chrystus bowiem nie posłał mię, abym chrzcił, lecz abym głosił dobrą nowinę, nie opierając się na uczonych wywodach, które mogą pozbawić mocy krzyż Chrystusa. 
18  Nauka o krzyżu wydaje się głupotą tym, którzy kroczą drogą zatracenia. Natomiast jest mocą Bożą dla nas, których udziałem jest zbawienie. 
19  Napisano bowiem: "Zniszczę mądrość mędrców, a roztropność roztropnych zniweczę". 
20  Gdzie zatem jest mędrzec? Gdzie uczony w Piśmie? Gdzie badacz tego świata? Czy Bóg nie zamienił mądrości świata w głupotę? 
21  Skoro bowiem świat za pomocą swojej mądrości nie poznał Boga w całej Jego mądrości, wówczas spodobało się Bogu zbawić tych, którzy wierzą, przez głoszenie nauki uważanej przez świat za głupotę. 
22  I tak, Żydzi domagają się znaków, a Grecy szukają mądrości,
23  my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego. Wywołuje to zgorszenie u Żydów, poganom wydaje się głupotą.
24  Natomiast tym, którzy są powołani zarówno spośród Żydów jak i Greków, głosimy Chrystusa jako moc i mądrość Bożą.
25  Ponieważ to, co w postępowaniu Boga wygląda na głupotę, jest mądrzejsze od ludzi, a to, co na słabość, silniejsze od ludzi. 
(1 Kor. 1,11-25 BP)

Analizując:
- to wszystko, co Paweł pisał, on sam nazwał "nauką o krzyżu"
- podkreślał, że to nie on został ukrzyżowany/zabity za innych, ale Jezus
- wygląda to trochę, jak opowiadanie ludziom historii typu: wiesz, tam, w Oświęcimiu, za czasów wojny, był tak ksiądz, Maksymilian Kolbe, który dobrowolnie umarł za innego człowieka.

Streszczając tę historię, można opowiedzieć ją tak: Franciszek Gajowniczek był jedną z dziesięciu osób wybranych na śmierć w zamian za ucieczkę jednego człowieka, zgodnie z zasadą panującą w Auschwitz: za jednego uciekiniera ma umrzeć dziesięciu jego współobozowiczów z tego samego bloku. Gajowniczek westchnął tylko, że ma żonę i dzieci, co Maksymilian Kolbe usłyszał, wystąpił z szeregu, podszedł do komendanta obozu i powiedział, że chce się zamienić z jednym z tych więźniów. Jako powód podał właśnie to: on, kapłan, samotny, pięćdziesięcioletni, a tamten - z rodziną, młodszy, ma jeszcze całe życie przed sobą*.

Dla kogoś ta historia to może opowieść o frajerstwie. Jak to, przecież mógł przeżyć, dlaczego on to zrobił, co on z tego miał. Nic. Myśląc w sposób "co on z tego miał" do niczego nie dojdziemy. Bo Kolbe nie miał ze swojego poświęcenia nic, poza tym, że do dzisiaj się ją opowiada. Ale uratował człowieka. Innego człowieka, który coś z tego miał, który otrzymał jakby dodatkowe życie. Szanse na nowe, bo właśnie mógł zostać martwy.

Podobną historię głosił apostoł Paweł. O Jezusie, który umarł za kogoś innego. Różnicą tutaj jest to, że Maksymilian Kolbe umarł za jednego człowieka, natomiast Jezus - za ileś miliardów. Za każdego jednego, który kiedykolwiek istniał na ziemi. Jezus wystąpił z szeregu, Jezus wystąpił z nieba, żeby znaleźć się na ziemi i ofiarować się na śmierć, żeby każdy inny człowiek na tej ziemi mógł do tego szeregu wrócić i żyć dalej, żyć na nowo, dostać drugą szansę. Oczywiście nie chodzi tutaj o tę śmierć, którą umiera nasze ciało, ale o tę, którą mają umrzeć wszyscy, którzy pozostaną niewierzący, gdy Jezus ponownie na ziemię wróci. Tę śmierć ducha. To ostateczne unicestwienie. Podczas gdy wierzący zostaną z Jezusem zabrani najpierw do nieba, a potem ziemia zostanie oczyszczona ze wszystkiego, co było na niej złe, i zostanie urządzona na nowo. I tam będzie można żyć. Już na zawsze. Tę możliwość daje Jezus tym, którzy uwierzą, że Jezus wystąpił z szeregu za nich, wrócą do swojego szeregu i będą żyć dalej nowym życiem.

* - Franciszek Gajowniczek był żołnierzem wziętym do niewoli po kapitulacji Modlina, przeżył wojnę, odnalazł żonę i żył aż do roku 1995. Źródło: http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/800059,Franciszek-Gajowniczek-zawdzieczal-zycie-sw-Maksymilianowi-Kolbe






czwartek, 13 lipca 2017

List do Galacjan, 5.2 - Wolność życia duchowego

Bo wy zostaliście wezwani do wolności, bracia, ale nie tej wolności, by folgować ciału, raczej służcie jedni drugim w miłości. Dlatego że całe prawo jest spełnione w przestrzeganiu tylko tego jednego słowa: "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego" / "Miłuj tego tuż obok ciebie jak siebie samego". Jeśli natomiast dogryzacie sobie nawzajem i pożeracie się wzajemnie, to uważajcie, żebyście jedni przez drugich nie zostali strawieni/zniszczeni.

Tak więc mówię: kroczcie/postępujcie w duchu, a nie będziecie musieli zaspokajać pragnień ciała. Ponieważ ciało pożąda w sprzeczności z duchem, natomiast duch w sprzeczności z ciałem. Jedno drugiemu jest przeciwne, więc nie róbcie tego wszystkiego, cokolwiek zechcecie. Jeśli jednak duchem jesteście prowadzeni, nie jesteście wówczas pod Prawem. A działania ciała są oczywiste: seksualna zdrada i rozpasanie, nieczystość, rozpusta; czczenie wizerunków, gusła; wrogości, kłótnie, zazdrości, podjudzanie i niesnaski, poróżnienia na stronnictwa; zawiść, morderstwa, pijactwo, hulanki i tym podobne. Ostrzegam was, jak też robiłem i wcześniej, ci, którzy żyją w ten sposób, nie odziedziczą Królestwa Boga.

Ale owocami ducha* są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, łagodność, dobroć, wiarygodność, uprzejmość i samokontrola. Przeciwko takim rzeczom nie ma prawa.

Ci, którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali ciało razem z jego namiętnościami/pasjami i pożądaniami/żądzami. Jeśli więc żyjemy jako ludzie duchowi, kroczmy według ducha. Nie bądźmy zarozumiali / żądni pustej chwały, prowokujący jedni drugich, albo czując zawiść jeden wobec drugiego.

na podstawie: Gal. 5,13...26

* - zob. komentarz: [OWOCE DUCHA CZY CECHY LUDZI DUCHOWYCH?] 

c.d.n.






wtorek, 11 lipca 2017

Owoce Ducha czy cechy ludzi duchowych?

Owoc zaś wywodzący się z ducha to: miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, życzliwość, wierność, łagodność, opanowanie. 
Gal. 5,22-23 BP

Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. (BT)

Zawsze byłem przekonany, że w tym fragmencie Listu do Galacjan mówi się o owocach Ducha Świętego. Tymczasem wnioskując po poprzednim fragmencie, [KROCZYĆ W DUCHU], nie o Duchu Świętym tu mowa, ale o duchu jako takim, o duchu człowieka, o sferze duchowej. Owszem, tłumaczenia sugerują nam, że chodzi o Ducha Świętego, pisząc to słowo z wielkiej litery, Biblia Romaniuka dodaje nawet w nawiasie, że o niego chodzi, z kolei Biblia Poznańska wręcz wyprowadza nas z tego mniemania, sugerując coś całkowicie przeciwnego: wszelkie wymienione cechy to owoce życia duchowego człowieka.

Patrząc na rzeczywistość, faktycznie, można by się z tym zgodzić. Bo wielu ludzi ma za nic Boga, Jego Ducha, ale są fantastycznymi, rozwiniętymi ludźmi, z dobrze rozwiniętym podłożem duchowym. Mają swoje opinie, przemyślenia, wnioski, każdy z nich jest wrażliwy na jakąś formę sztuki. I są życzliwi, spokojni, łagodni, cierpliwi, opanowani.

W greckiej wersji tego tekstu apostoł Paweł co prawda używa tutaj rodzajnika "tego" ducha, która to forma zazwyczaj używana jest do określania Tego Ducha, ale - jeśli posłużyć się zasadami gramatyki angielskiej czy innego języka z rodzajnikami przed rzeczownikami, nadającymi im formę określoną lub nieokreśloną, podobnych do tych z języka greckiego (z tego, co do tej pory udało mi się odszukać), to bardziej miał na myśli "tego ducha, o którym mowa była nieco wcześniej", czyli dopiero co parę wersetów temu. Czyli tego ducha, którego każdy człowiek buduje sam w sobie.

Idąc dalej - to było praktycznie jedyne miejsce w Biblii wspominającego coś takiego jak "owoce ducha". Skoro w tym przypadku nie chodzi o owoce Ducha Świętego, to jedyne efekty Jego oddziaływania możemy nazwać chyba "darami duchowymi", o których mowa z kolei w Liście do Koryntian. Skoro więc Gal. 5,22-23 nie mówi o owocach Ducha Świętego i nie istnieje też żadne inne miejsce, które by o tym mówiło, to znaczy, że taka rzecz nie istnieje. Nie istnieje coś takiego jak owoc wpływu Ducha Świętego. Są efekty Jego wpływu, dobrze widoczne w Dziejach Apostolskich (Poczynaniach Apostołów) oraz opisane w Liście do Koryntian.

I uważam, że jest to nawet logiczne. Ponieważ skoro ktoś nie posiada rozwiniętej duchowości, swojej wewnętrznej sfery, to jak może Duch Święty na niego wpływać? Duch wpływa na ducha człowieka, na jego myśli, uczucia i sumienie - jak mógłby wpływać na człowieka, który tego wszystkiego nie posiada? Nie ma żadnego punktu zaczepienia. Tylko ciało, fizyczne ciało.

Jeśli więc chcemy, jeśli więc czekamy na to, żeby Duch Święty nas ogarnął, tak jak w Dniu Pięćdziesiątnicy - rozwijajmy nasze duchowe życie. Rozwijajmy nasz intelekt, budujmy duchowe doświadczenia, podejmujmy wybory właściwe z naszym sumieniem, budujmy nasz wewnętrzny świat przekonań, naszą duchowość. Bo - zauważmy - Duch Święty podczas Dnia Pięćdziesiątnicy ogarnął tych ludzi, którzy przyszli słuchać Piotra i Barnaby. Kto przyszedł słuchać? Czy każdy jeden możliwy człowiek, każdy jeden mieszkaniec wioski? Czy może tylko ci, co byli zainteresowani tego rodzaju przemowami?

Budujmy więc duchowość, pomagajmy budować ją innym ludziom, którzy z jakiegoś powodu nie mieli okazji lub nie mieli przykładu zrobić tego do tej pory, dajmy im przykład, jak można żyć inaczej, że nie tylko samym chlebem i wodą.






poniedziałek, 10 lipca 2017

Kroczyć w duchu

Wy bowiem, bracia, do wolności zostaliście powołani, ale nie do tej wolności, która służy naturalnym skłonnościom ludzkim, lecz która - ożywiona miłością - każe wzajemnie sobie usługiwać. Całe bowiem Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: "Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego". (...) I powiadam: Postępujcie zgodnie z duchem i nie schlebiajcie pragnieniom ciała. Ciało bowiem żywi pragnienia przeciwne duchowi, duch natomiast pragnie czego innego niż ciało - tak bardzo są sobie przeciwstawne - i dlatego czynicie to, czego nie chcecie. Jeżeli jednak duch wami kieruje, nie jesteście pod panowaniem Prawa.
Gal. 5,13-18

Reasumując: przyjmując Chrystusa jesteśmy wolni od jakichkolwiek przepisów, rytuałów, różnych dziwnych rzeczy. Paweł to pisał do Galacjan, z których część była z pochodzenia Żydami, więc tutaj bardziej chodziło o to nieszczęsne obrzezanie jako element religijnego oznakowania żydowskiego, ale jeśli tak popatrzeć: wszyscy wierzymy w Boga i do jakiejkolwiek denominacji chrześcijańskiej byśmy nie należeli, wszyscy mamy jakieś przepisy, postawione wymagania, reguły. Jedni muszą spowiadać się ze swoich najcięższych rzeczy jakiemuś obcemu, kompletnie nieznanemu człowiekowi chowającemu się po drugiej stronie kratownicy, inni "nie mogą" słuchać radia w sobotę czy jeździć na rowerze, bo to przecież SABAT, jeszcze inni nie mogą uratować życia swego dziecka zgadzając się na transfuzję krwi. Mnóstwo przepisów, mnóstwo ograniczeń. Mających w założeniu czynić człowieka "czystszym" religijnie, bardziej zdatnym na bycie zbawionym.

Tymczasem Jezus od tego wszystkiego uwalnia. Mówi "nie" ograniczeniom. Uczniowie w Jego obecności zbierali kłosy zboża w sabat, mimo że było to surowo zakazane przez żydowskie prawo. Sam Jezus w sabat uzdrawiał mnóstwo ludzi, przemawiał w synagogach: wykonywał porządną pracę, część Jego misji. A gdy faryzeusze próbowali Go schwytać na przekroczeniu jakichś przepisów, odpowiadał im: oddawajcie, co cesarskie, cesarzowi, a co boskie, Bogu. I że w duchu odbywa się wszystko, co dotyczy Boga.

Ale też Paweł tutaj przestrzega: ta wolność od przepisów, od ograniczeń, nie jest dana po to, by teraz móc z czystym sumieniem hulać, swawolić, robić co tylko dusza zapragnie, to wszystko pod szyldem duchowej wolności - nie. Miłuj bliźniego swego / tego stojącego obok ciebie jak siebie samego. Cokolwiek człowiek robi - wszystko to z myślą o drugim człowieku: wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie (BT). W jaki sposób, co jest dozwolone, a co nie? Nie ma reguł. Każda sytuacja jest inna, każda osoba jest inna, każdy ma swój rozum, rozsądek i wolę, by rozsądzić, co w danej sytuacji jest słuszne, a czego lepiej uniknąć. Zazwyczaj. Nie da się napisać reguł do każdej sytuacji z osobna, z uwzględnieniem charakterów, możliwości i doświadczeń z przeszłości dla każdej z osób na Ziemi.

I to właśnie postępowanie w zgodzie z sumieniem, przekonaniem, dobrą wolą, myślą o drugim człowieku, można chyba nazwać kroczeniem w duchu. Bo też nie o Ducha Świętego tutaj chodzi, ponieważ kiedy Paweł Jego ma na myśli, to używa formy gramatycznej "Tego Ducha", tak że wszyscy wiedzą, o jakiego "tego" ducha chodzi, tutaj natomiast mówi o samych duchu, bez żadnego rodzajnika określonego. Kto zna zasady gramatyki jakiegoś innego języka, gdzie takie rodzajniki są stosowane, ten z łatwością zrozumie, o co chodzi. W tym przypadku rozumiem to w ten sposób, że Paweł pisze o duchu człowieka, o jego sferze duchowej.

Tak więc przyjmijmy, że "kroczenie w duchu" to postępowanie według swoich najlepszych myśli, intencji, z serca. I tu faktycznie można zauważyć różnice, czasami nawet dosyć wyraźny konflikt: gdy wchodzimy do jakiegoś supermarketu, to nasze oczy chciałyby kupić wszystko. Nasz apetyt okazuje się być nieposkromiony. W supermarkecie sportowym nagle nabieramy motywacji do używania rozmaitych sprzętów. Przynajmniej do czasu, dopóki nie osiądzie na nich pierwszy kurz. Chcielibyśmy kupić wszystko, mieć wszystko zaraz, zjeść ostatnie ciasteczko, zagarnąć dla siebie cały smakowity obiad etc. Tylko rozum nam podpowiada: nie potrzebujemy tyle jedzenia, nie potrzebujemy tylu rozmaitych sprzętów, skoro i tak go nie będziemy używać, nie możemy wydać aż takiej kwoty na to, co oczy chcą, skoro wiemy, że za tydzień trzeba będzie dopełnić smutnej czynności i opłacić mechanika za wymianę rozrządu w samochodzie albo pomóc komuś opłacić jakieś medykamenty w szpitalu. Postępowanie zgodne z rozsądkiem, ekonomiczne, czy nie zagrabianie ostatniego ciasteczka, skoro wiemy, że ktoś inny kocha słodycze jeszcze bardziej od nas, czy cokolwiek innego: to wszystko moglibyśmy chyba nazwać postępowanie zgodne z naszym duchem.

Jeżeli jednak rozsądek/serce/dobra wola/wszystko co najlepsze, oparte na długoletnim doświadczeniu wami kieruje, nie jesteście pod panowaniem Prawa.






czwartek, 6 lipca 2017

Złośliwy żart apostoła Pawła

Bodajby siebie uczynili rzezańcami ci, którzy was podburzają.
Gal. 5,12 BW

Tu się pojawia ciekawy akcent, zupełnie personalna cecha apostoła Pawła. Okazuje się, że i apostoł Paweł potrafił być złośliwy, czy też sarkastyczny.

Bodajby się do końca okaleczyli ci, którzy was podburzają. (BT)

Przy czym dodam na marginesie, że nasze polskie tłumaczenie tutaj jest bardzo delikatne, wyważone. Nie tak napisał Paweł oryginalnie.

Pisząc niemalże cały list do Galacjan, którzy nieco zboczyli z kursu z powodu kogoś, kto nagle pojawił się i zaczął namawiać - ochrzczonych w Jezusie ludzi - do obrzezywania, starym zwyczajem żydowskim, i dosyć musiał być przekonywający, skoro ludzie poszli za tym. Nie musiało to być zresztą jakoś straszliwie trudne, skoro sporo zborów w Galacji tworzyli Żydzi, którzy naturą rzeczy chcieli nowo ochrzczonych pogan "ochrzcić" również po swojemu, czyli obrzezując ich. W ich umysłach było czymś niedopuszczalnym, czymś nie do pomyślenia, że ktoś mógł się modlić do ich boga Jahwe, nie będąc nawet obrzezanym.

Tymczasem z historii Starego Testamentu pamiętamy, że to nie obrzezanie uczyniło ich Żydami, ale bycie Żydem sprawiało, że ktoś miał się obrzezać, "na znak"...

Pisząc więc swój list do Galacjan Paweł wskazywał na to, że obrzezanie należało do elementów starego prawa, starych zasad, które były dla "niedorosłych dzieci". Tymczasem teraz, jako dorośli, sami wiedzą, co jest słuszne a co nie, w związku z czym obrzezanie nie ma już żadnego znaczenia. I pisząc finalnie o całym tym obrzezaniu, nagle Paweł wyskakuje z tym tekstem:

Oby odcięli sobie sami ci, którzy was podburzają. 

Niech wyobraźnia podpowie wam resztę...








List do Galacjan, 5.1 - Wolność w Chrystusie

Trwajcie więc pewnie w tej wolności, w której Chrystus ustanowił nas wolnymi i nie pozwólcie się znowu ujarzmić jarzmem niewoli. Oto ja, Paweł, mówię wam, że jeśli dalibyście się obrzezać, to nic wam po Chrystusie, do niczego się wam On nie przyda. Zaświadczam natomiast znowu każdej osobie, która da się obrzezać, że wówczas zobowiązana przestrzegania całego Prawa. Straciliście związek z Chrystusem, wy, którzy w Prawie jesteście uznawani za sprawiedliwych, odpadliście od łaski.

Ponieważ my duchem oczekujemy sprawiedliwości, z wiary nadziei, ponieważ w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie ani nieobrzezanie nie mają znaczenia, ale wiara, działająca przez miłość.

Biegliście pięknie, kto wam przeszkodził, że przestaliście być przekonanymi o Prawdzie / że przestaliście ufać Prawdzie? To namawianie/przekonywanie nie pochodzi od Tego, który was woła/powołuje. Mała ilość kwasu całe ciasto zakwasza. Jestem pewny w Panu co do was, że inaczej myśleć/rozumieć nie będziecie, a ten, który sieje zamęt między wami, kimkolwiek by nie był, otrzyma wyrok.

Bracia, jeśli ciągle jeszcze głosiłbym obrzezanie, to dlaczego jestem prześladowany/ścigany? Bo w takim przypadku to zgorszenie tego krzyża traci na znaczeniu / jest bez znaczenia.

Oby odcięli sobie sami ci, którzy was podburzają.

na podstawie: Gal. 5,1...12








środa, 5 lipca 2017

Gryż, gryż, lecz najpierw sprawdź

Zaś jeśli gryziecie i pożeracie jedni drugich, uważajcie, abyście jedni przez drugich nie zostali zniszczeni. 
Gal. 5,15 NBG

Ale jeżeli wy gryziecie się nawzajem i pożeracie jedni drugich, to uważajcie, byście się nie doprowadzili do całkowitej zguby. (BR)

Jeśli bowiem wzajemnie się kąsacie i pożeracie, to uważajcie, abyście się nawzajem nie zjedli. (BP)

Jakiś taki mamy dziwny zwyczaj, że tak łatwo jest nam komuś powiedzieć coś dobitnego, coś dominacyjnego, coś mającego postawić nas na "wygranej pozycji", a tak mało mówimy sobie dobrych rzeczy. Słuchanie ciągłej krytyki zewsząd, ludzi, którzy na wszystkim przecież znają się lepiej, których opinia "powinna" być dla nas wiążąca, których opinia powstaje tak łatwo, bez wnikania nawet w podstawowe motywy naszego postępowania - może sprawić, że człowiek zwariuje.

Albo jeszcze gorzej - zamknie się w sobie i nie będzie chciał rozmawiać, nie będzie chciał współpracować, nie będzie chciał żyć wspólnie z innymi ludźmi, nie będzie chciał udzielać się społecznie, nie będzie chciał mieć żadnych znajomych. Bo po co mu oni, skoro oni ciągle go krytykują, a on nie potrafi sobie z tym poradzić? Uważajcie, abyście się nawzajem nie zjedli. "Nie pożarli" - brzmi w jednym z anglojęzycznych tłumaczeń.

Myślę, że potrzeba nam mniej myślenia, aby zawsze i wszędzie wygrać. My, jako Polacy, mamy to we krwi. Kreatywność i wolę przetrwania, wolę wygrywania. Ale potrzeba nam też trochę wyrozumiałości dla innego człowieka - nie żartować sobie z niego aż tyle, co zazwyczaj, jeśli widzimy, że ten człowiek nie radzi sobie z odbiorem takich żartów. I dla balansu - nie żonglować tylko i wyłącznie sarkastycznymi, ironicznymi żartami, ale wpleść w nie też inteligentne pochwały. Żeby bilans nie był ujemny, ale żeby był przynajmniej na zero.






wtorek, 4 lipca 2017

Być posłusznym czy być przekonanym?

Biegliście dobrze; któż wam przeszkodził być posłusznymi prawdzie?
Gal. 5,7 BW

Apostoł Paweł pisze o prawdzie, o Tej Prawdzie, w której starotestamentowe zwyczaje żydowskie wynikające ze świątynnych i okołoświątynnych rytuałów, takich jak obrzezanie, nie mają właściwie już żadnego znaczenia. Po czym kieruje pytanie do Galacjan: Kto wam przeszkodził być posłusznym Tej Prawdzie?

W moim umyśle trochę się to kłóci. Bo z jednej strony: ewangelia mówi o wolności, o sprawach duchowych, o czczeniu Boga w duchu, o wpływie Ducha Boga na ludzi, o tym, że Jezus musiał odejść do nieba, żeby Duch Boga mógł pracować w nas. I tu znajduje się nagle słowo o posłuszeństwie. Jak można być wolnym w duchu, a jednocześnie czemuś posłusznym? Bo bycie posłusznym oznacza wobec czegoś, a tym czymś może być inna osoba albo jakieś zasady. Czyli, skoro Paweł zadał takie pytanie, musieli Galacjanie być wcześniej, przed powstaniem tej sytuacji, w wyniku której Paweł musiał napisać swój list, "posłusznymi" komuś albo czemuś. Paweł pisze: "prawdzie". Czyli nie osobie, ale zasadom, które z Tej Prawdy wynikają. Ale przecież właśnie napisał, że Ta Prawda nie hołduje tym starotestamentowym zasadom, jak kwestia obrzezania, żeby musieć je przestrzegać?

Coś tutaj się kłóci ze sobą.

Kiedy zerknąć w Słownik Stronga, żeby zobaczyć w jakich kontekstach to słowo zostało użyte w pozostałych miejscach, okazuje się coś takiego:

Mat. 27,20: Ale arcykapłani i starsi przekonali tłumy, aby prosiły o Barabasza, a Jezusa zgubiły. (PD)

Mat. 27,43: Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: Jestem Synem Bożym. (BT)

Mar. 10,24: A uczniowie dziwili się słowom jego. Lecz Jezus, odezwawszy się znowu, rzekł do nich: Dzieci, jakże trudno tym, którzy pokładają nadzieję w bogactwach, wejść do Królestwa Bożego! (BW)

Łuk. 11,22: Lecz gdy mocniejszy od niego najdzie go i zwycięży, zabiera mu zbroję jego, na której polegał, i rozdaje jego łupy. (BT)

Łuk. 16,31: Wtedy mu powiedział: Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie dadzą się przekonać / I odrzekł mu: Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, też nie uwierzą. (PD/BW)

Łuk. 18,9: I powiedział także do tych, którzy pokładali ufność w sobie samych, że są usprawiedliwieni, a innych lekceważyli (BW)

Dzieje 5,36: Bo przed tymi dniami powstał Teudas, podawał się za kogoś; przyłączyła się do niego liczba około czterystu mężczyzn; a gdy został usunięty, wszyscy, ilu ich za nim poszło / zostało przez niego przekonanych, zostali rozproszeni i zniknęli. (PD)

Dzieje 26,26: Na to Agryppa do Pawła: Niewiele brakuje, a przekonałbyś mnie i zrobił ze mnie chrześcijanina. (BT)

Rzym. 2,8: tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości - gniew i oburzenie / A zaś swarliwym i prawdzie nieposłusznym, lecz posłusznym niesprawiedliwości, odda zapalczywość i gniew (BT/BG)

Rzym. 15,14: Ja sam zaś, bracia moi, mam pewność co do was, że i wy jesteście pełni dobroci, napełnieni umiejętnością wszelkiego rodzaju i możecie jedni drugich pouczać. (BW)

2 Kor. 1,9: Doprawdy, byliśmy już całkowicie pewni tego, że śmierć nasza jest postanowiona, abyśmy nie na sobie samych polegali, ale na Bogu, który wzbudza umarłych (BW)

Gal. 1,10: Teraz bowiem ludzi przekonuję czy Boga? Albo czy staram się przypodobać ludziom? Gdybym bowiem nadal chciał się przypodobać ludziom, nie byłbym sługą Chrystusa. (PD)

Gal. 3,1:  O, nierozumni Galacjanie! Kto was otumanił, abyście nie byli posłuszni prawdzie? (Wy), na oczach których został wcześniej wypisany w was Jezus Chrystus ukrzyżowany? (PD)

Gal. 5,7: Biegliście dobrze; któż wam przeszkodził być posłusznymi prawdzie? / Biegliście dobrze; kto wam przeszkodził być przekonanymi w prawdzie? (BW/PD)

Gal. 5,10: Jestem co do was przekonany w Panu, że nie inaczej myśleć będziecie; a ten, kto was niepokoi, kimkolwiek by był, poniesie karę. (BW)

Filip. 1,25: A ufny w to, wiem, że pozostanę, i to pozostanę nadal dla was wszystkich, dla waszego postępu i radości w wierze (BT)

Hebr. 2,13: I znowu: Ufność w nim pokładać będę; I znowu: Otom Ja i dzieci, które mi dał Bóg. (BW)

I wielu innych miejscach słowo to oznacza bardziej bycie przekonanym o czymś, co do czegoś, albo mieć zaufanie do czegoś, pokładać ufność w czymś, niż bycie posłusznym czemuś. Nikt nikogo tam do niczego nie zmuszał, nikt nigdzie tam nie wymagał żadnego posłuszeństwa. Paweł był przekonany o czymś, byli ludzie, których przekonano, pokładało się ufność w czymś, czemuś się uwierzyło...

Tylko w owych dwóch miejscach w Liście do Galacjan oraz w jednym miejscu w Liście do Rzymian, w dwóch tłumaczeniach, pojawia się pojęcie "bycie posłusznym prawdzie". Faktycznie można by równie dobrze jednak użyć pojęcia "będąc co do Prawdy przekonanym", "pokładając w Prawdzie ufność", mając na myśli Tę Prawdę, o której Jezus mówił cały czas, będąc tutaj, na ziemi. Nie wymagając na nikim "posłuszeństwa wobec Prawdy", bo to nie o żaden przymus tu chodzi, ale o wolny wybór, z własnej woli, i o działanie zgodnie z przekonaniem. Z tym właśnie przekonaniem, które w wielu miejscach powyżej było cytowane.







sobota, 1 lipca 2017

Dorosła wiara - z dala od niewoli zasadom

Ponownie oświadczam każdemu człowiekowi, który pozwala się obrzezać: Jest on zobowiązany zachować wszystkie przepisy Prawa. Nie macie nic wspólnego z Chrystusem, wy wszyscy, którzy usiłujecie szukać usprawiedliwienia w Prawie. Utraciliście łaskę.
Gal. 5,3-4 BP

Ciekawe rzeczy tutaj Paweł pisze. Wcześniej napisał, że właściwie jako chrześcijanie, jako dorośli ludzie, nie potrzebujemy mieć żadnych reguł, żadnych zasad do przestrzegania, bo wiemy, co jest dobre a co złe, co jest dobre dla nas i dla innych, a co szkodzi, i że Prawo było potrzebne, kiedy ludzie nie byli dojrzali pod tym względem, jak dzieci, które potrzebują zasad w domu, bo jeszcze nie wiedzą, co jest właściwe a co nie, jeszcze się uczą.

Tutaj można przeczytać: I raz jeszcze oświadczam każdemu człowiekowi, który poddaje się obrzezaniu: jest on zobowiązany zachować wszystkie przepisy Prawa (BT). Czyli w kontekście poprzedniej treści: Jeśli ktoś chce powrócić do przestrzegania zasad, do życia według zasad, jak dzieci w domu rodziców, zamiast życia według rozumu i woli dorosłego, to jest zobowiązany przestrzegać wszystkich zasad. Nie tylko powrotów do domu o godzinie dwudziestej. Ale także mycia rąk przed każdym posiłkiem, mówienia "dzień dobry" każdej ciotce, bycia grzecznym dla babci.... - parafrazując.

Ale w takiej sytuacji: Nie macie nic wspólnego z Chrystusem, wy wszyscy, którzy usiłujecie szukać usprawiedliwienia w Prawie. Utraciliście łaskę (BP); Pozbawiliście się Chrystusa, którzykolwiek się przez zakon [Prawo] usprawiedliwiacie; wypadliście z łaski (BG).

Czyli po pierwsze: jeśli ktoś się upiera przestrzegać jakiejś reguły, czy to z siły przyzwyczajenia, czy to "bo inni tak robią", to konsekwentnie rzecz biorąc powinien przestrzegać również pozostałych reguł. Bo dlaczego robić to tylko wybiórczo?

Po drugie: jeśli chce być dobrym dzieckiem, tocząc swoje życie stosownie do reguł, to traci możliwość życia według swojej woli, według swoich racjonalnych wyborów, według swojego rozumu. Staje się "dorosłym dzieckiem". Bycie dobrym dorosłym - używając dalej tego porównania - objawia się pokojowym, miłym czy też sympatycznym nastawieniem do pozostałych w naszym otoczeniu. Tymczasem ktoś, kto żyje według reguł - może być człowiekiem poprawnym, ale niekoniecznie sympatycznym dla otoczenia.

Żyjąc według reguł człowiek staje się niewolnikiem owych reguł. Jeśli coś zrobi nie tak, ma wyrzuty sumienia, bo nie dał rady przestrzegać owej reguły. Te reguły wskazują na niego jako na kogoś, kto żyje niepoprawnie. Człowiek staje się niewolnikiem zasad.

Zwracając się nieco ku realiom - jest to niestety bardzo popularne w naszym kraju. Żyjemy wciąż w pozostałościach starego systemu politycznego, w pozostałościach starego sposobu myślenia, w którym to władza mówiła obywatelowi co wolno a co nie, co jest dobre dla niego a co nie. Podając prosty przykład: w wielu miejscach przy torowiskach mamy barierki. Żeby nikt nie wszedł. A bez barierki ktoś by wszedł? Obecnie żyję w kraju, w którym takich barierek nie ma - bo ludzie sami wiedzą, że na tory pod pociąg czy tramwaj się nie wchodzi.

Czy inne porównanie: limity prędkości. Przy każdej szkole, czasem na środku pola - stawia się ograniczenia prędkości do 40 km/h. Przez całą dobę. Nawet jeśli w nocy szkoła jest zamknięta. Na polu - przez cały rok, nawet jeśli chodzi tylko o zaspy śnieżne naniesione przez wiatr ostrą zimą. Tak jakby ludzie sami, z własnego rozumu, nie wiedzieli, w jakich okolicznościach należy jechać nieco wolniej.

To jest rzecz, której musimy się dużo uczyć.

Wracając do tematu: tymczasem Łaska to fakt, że Bóg jest sympatyczny wobec nas, że jest miły dla nas. Nawet jeśli jakoś przeskoczymy jakąś regułę, zasadę, coś zrobimy niepoprawnie, to z punktu widzenia Boga - cały czas jesteśmy przez Niego lubieni, akceptowani, cały czas mamy Jego jako przyjaciela. Nikt nam tego "przestępku" nie będzie wytykał. [Miłość] nie pamięta złego, nie cieszy się z nieprawości, lecz raduje się z triumfu prawdy. Miłość wszystko znosi, każdemu wierzy, każdemu ufa, wszystko przetrzyma (1 Kor. 13,6-7 BP). Miłość przykrywa cudze błędy. Nasza miłość, nasze lubienie innych to sprawia. Sprawia, że nie zwracamy uwagi na to, że ktoś ma jakąś przywarę, ale akceptuje tego człowieka takim, jakim jest, wybacza tę brzydkość.

Oto ja, Paweł, mówię wam: jeśli teraz pozwolicie się obrzezać, Chrystus nic wam nie pomoże. (Gal. 5,2 BP). Jeśli ktoś chce żyć według Prawa, jakie zostało narzucone Izraelitom, na nic mu Chrystus, na nic mu idee, które On przyniósł ze sobą. Chrystus wyprowadził nas z niewoli na wolność. Trwajcie więc w niej i nie pozwólcie ponownie nałożyć sobie jarzma niewoli. (Gal. 5,1 BP).







niedziela, 25 czerwca 2017

List do Galacjan, 4.3. - Porównanie do dziecka z niewoli

Powiedzcie mi wy, którzy chcecie podlegać Prawu: czy nie słyszycie tego Prawa? Bo jest przecież napisane, że Abraham miał dwóch synów: jednego z kobiety-niewolnicy, a drugiego z tej wolnej. Ten, który był z niewolnicy, został urodzony według ciała, ten drugi natomiast, z tej wolnej, został urodzony przez obietnicę.

Ma to znaczenie przenośne: te dwie kobiety są jak dwa przymierza. Jedno z nich to to z góry Synaj, rodzące w niewolę, jak Hagar. Bo Hagar jest jak góra Synaj w Arabii, co odpowiada obecnemu Jeruzalem, ponieważ wciąż, jest niewolnikiem/sługą, razem z jej dziećmi. Natomiast Jeruzalem z góry jest wolne, i to ono jest naszą matką, ponieważ jest napisane: rozwesel się, o ty, bezpłodna, która nie rodzisz, wybuchnij i zawołaj, ty, która nie rodzisz w bólach, bo bardziej liczne są dzieci tej porzuconej/samotnej niż tej mającej męża.

Natomiast my, bracia, jesteśmy dziećmi obietnicy, na wzór Izaaka. Ale tak jak wtedy, kiedy urodzony według [pragnień] ciała prześladował / nastawał na tego urodzonego według ducha, tak samo jest i teraz. Ale co mówi Pismo? Wyrzuć tę niewolnicę i jej syna, ponieważ dziecko niewolnicy nie może dzielić dziedziczenia/spadku z dzieckiem z tej wolnej kobiety.

Tak więc, bracia, jesteśmy dziećmi nie niewolnicy, ale tej wolnej.

na podstawie: Gal. 4,21...31

[dalej - WOLNOŚĆ W CHRYSTUSIE]
[poprzednio - ZAGUBIENI GALACJANIE]
[do początku]








niedziela, 18 czerwca 2017

List do Galacjan, 4.2 - Zagubieni Galacjanie

Proszę was, bracia: stawajcie się jak ja, ponieważ i ja stałem się taki jak wy! Nie wyrządziliście mi nic niesprawiedliwego. Wiecie przecież, że to ze względu na zaniemożenie głosiłem wam ewangelię pierwszy raz. Ta próba, którą doświadczyliście z moim ciałem, nie spowodowała, że pogardziliście mną albo brzydziliście się mnie, ale jak posłańca Boga mnie przyjęliście, jakby samego Jezusa Chrystusa. Kto więc był uszczęśliwieniem/błogosławieństwem waszym? Mogę poświadczyć, że jeśli by to było możliwe, to bylibyście gotowi wyłupić swoje własne oczy i dać je mnie.

Czy stałem się teraz jakimś wrogiem, ponieważ prawdę wam mówię? Zabiegają o was nie ku dobremu, ale chcą was tylko odłączyć, abyście o nich zabiegali. Dobrze jest zabiegać o dobro w każdej chwili, nie tylko wtedy, gdy ja jestem między wami obecny.

Moi dzieciaczki, których muszę ponownie z bólem rodzić, aż do czasu, w którym Chrystus zostanie w was ukształtowany - chciałbym być teraz między wami i móc używać innego tonu, podczas gdy mówię, bo jestem nieco zakłopotany odnośnie was.

na podstawie: Gal. 4,12...20

[dalej - PORÓWNANIE DO DZIECKA Z NIEWOLI]
[poprzednio - ZNIEWOLENI NA NOWO?]
[do początku]







sobota, 17 czerwca 2017

Powrót do żywiołów? Jak zrozumieć Biblię?

Teraz jednak, gdyście Boga poznali i, co więcej, Bóg was poznał, jakże możecie powracać do tych bezsilnych i nędznych żywiołów, pod których niewolę znowu chcecie się poddać?
Gal 4,9 BT

Powyższe wyakcentowane miejsce BT, BW, nowa i stara BG oraz BR tłumaczą jako "żywioły". BP pisze o "sprawach". NKJV opisuje to jako "elements", podobnie NRSV nazywa to jako "elemental spirits". PD, mimo że w dosłownym tłumaczeniu słowa podaje znaczenie "elementy", to już w przekładzie interlinearnym nazywa to "zasadami".

Skąd więc się wzięły te żywioły?

Zobaczmy na ciąg logiczny: począwszy od rozdziału drugiego Paweł pisze w tym liście, że wiemy, że żaden człowiek nie będzie uznany przed Bogiem za sprawiedliwego ze względu na czyny wymagane przez Prawo Żydowskie, a przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Potem kontynuuje w rozdziale trzecim: Nierozsądni Galacjanie! Kto wam nawkładał takich głupot do głowy... i dalej rozwodzi się nad pytaniem, dlaczego Galacjanie, mimo wiary w Jezusa, powracają do wprowadzania w życie znowu starych, żydowskich zwyczajów. I akcentuje, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie, że po to Chrystus umarł i zmartwychwstał i odszedł do nieba, zamiast z nami pozostać, żeby mógł przyjść na nas Jego Duch. I że tamto prawo było wcześniej, jako wyznaczenie zasad, tak jak wyznacza się zasady dzieciom, wyznacza się im granice. I że - jako dorośli - już nie potrzebujemy żadnych granic, bo sami wiemy i sami umiemy rozsądzić, co jest dobre a co złe, co posłuży zbudowaniu naszemu czy innej osoby, a co będzie niszczyć przyjaźń czy to naszą, między nami a Bogiem, czy to z innymi ludźmi.

I nagle przychodzą "żywioły". Co miał na myśli tłumacz, używając tego słowa? Co można zrozumieć, czytając takie tłumaczenie? Do tej pory zawsze byłem przekonany, że mowa o jakichś żywiołach emocjonalnych, żywiołach pragnień, które nie idą w parze z Biblią. Albo żywiołach zawirowań życiowych. Ale przecież de facto nie ma tam ani słowa o tym. W całym Liście do Galacjan w jednym ledwie miejscu, rozdział później, Paweł pisze, by nie iść za pożądaniem ciała (BR). I to w tym tłumaczeniu. Podobnie w BW można odnieść podobne wrażenie: nie pobłażajcie ciału. Ale już w BP i w BT mowa o wolności, która służy naturalnym skłonnościom ludzkim albo zachęta hołdowania ciału - w tym przypadku już niekoniecznie chodzi o pragnienia naszego ciała, ale - w świetle całego Listu do Galacjan - można bardziej powiązać to z chęcią hołubienia ciała bardziej niż ducha. Z naciskaniem na zasady, które w jakiś sposób naznaczają ciało, a nie ducha.

Teraz więc, poznawszy Boga, albo raczej poznani przez Boga, znowu odwracacie się do bezsilnych i biednych elementów, których chcecie być niewolnikami na nowo (Gal. 4,9 PD).

Brzmi dziwnie. Co z tymi elementami?

Gal. 4,3, tekst słowo w słowo:
Tak i my gdy byliśmy niemowlęta pod elementami świata byliśmy którzy są uczynieni niewolnikami
PD:
Podobnie i my, gdy byliśmy niedojrzali, pozostawaliśmy zniewoleni pod zasadami tego świata
BP:
Tak jest i z nami. Będąc małoletnimi, byliśmy oddani w niewolę spraw świata. 

Gal. 4,9, tekst słowo w słowo:
Teraz zaś poznawszy Boga raczej zaś którzy zostaliście poznani przez Boga jak odwracacie się znowu do słabych i ubogich elementów którym znowu na nowo być niewolnikami chcecie
PD:
teraz jednak, gdy poznaliście Boga, a raczej, gdy zostaliście przez Boga poznani, dlaczego znów zawracacie do słabych i nędznych zasad, pod którymi ponownie chcecie służyć
BP:
Teraz zaś, gdy poznaliście Boga - a jeszcze bardziej Bóg was poznał - jakżeż możecie znów powracać do słabych i nędznych spraw? Czyż ponownie chcecie być w ich niewoli?


Kol. 2,8, tekst słowo w słowo:
Uważajcie aby nie ktoś was będzie zniewalającym przez filozofię i pustego oszustwa według przekazu ludzi według elementów świata a nie według Pomazańca
PD:
Uważajcie, aby was kto nie wpędził w niewolę filozofią i mrzonkami, opartymi na przekazach ludzkich i na zasadach świata, a nie na Chrystusie

Tutaj brak mi innego polskiego przekładu. Wszystkie mówią o żywiołach. Ktoś z tłumaczy Biblii Poznańskiej popłynął tutaj z fantazją, używając zwrotu ludzkie podania o siłach kosmicznych. Jest jednak anglojęzyczna NKJV:
Beware lest anyone rob you through philosophy and vain deceit, according to the tradition of men, according to the elements of the world, and not according to Christ.

Kol. 2,20, tekst słowo w słowo:
Jeśli więc umarliście razem z Pomazańcem z dala od elementów świata dlaczego jak żyjący w świecie jesteście poddani pod postanowienia
PD:
Skoro z Chrystusem umarliście dla zasad świata, to dlaczego - niczym żyjący w świecie - stosujecie się do nakazów: nie dotykaj, nie kosztuj, nie ruszaj? (Kol. 2,20-21)
NKJV:
If then you died with Christ from the elements of the world, why, as though living in the world, are you subject to its ordinances: touch not, taste not, handle not
NRSV:
If with Christ you died to the elemental spirits of the universe, why do you live as if you still belonged to the world? Why do you submit to regulations, "Do not handle, Do not taste, Do not touch"? (2,20-21)

Dlaczego, podczas gdy najbardziej uznane anglojęzyczne przekłady, tzn. New King James Version (Nowa Biblia Króla Jakuba) i New Revised Standard Version, można by powiedzieć, że odpowiednik Biblii Warszawskiej na polskim rynku, tylko z nowocześniejszym językiem, nie sprzed z grubsza 50 lat, dlaczego one używają słowa "elements", podczas gdy polskie przekłady na siłę próbują używać słowa, którego znaczenie i tak jest abstrakcyjne, może być odbierane metaforycznie i właściwie podczas lektury przez przeciętnego czytelnika może łatwo być zrozumiane na opak? Czasem się zastanawiam, czy tradycja jakości oficjalnych tłumaczeń naszych polskich tekstów anglojęzycznych filmów nie rozpoczęła się już dawno temu, podczas tłumaczenia książek, w tym Biblii...

Hebr. 5,12 PD:
Biorąc bowiem pod uwagę czas, powinniście być nauczycielami, tymczasem znowu jest wam potrzebny ktoś, kto by was uczył elementarnych zasad / elementów (zawartych) w wyroczniach Boga; potrzebujecie mleka, a nie pokarmu stałego.
BP:
A chociaż byłby już czas na to, żebyście [innych] nauczali, trzeba was na nowo pouczać o najprostszych zasadach nauki Bożej, czyli dawać mleko zamiast stałego pokarmu.

Tutaj nagle stała się jakaś przemiana. Mimo, że w grece ciągle jest używane to samo słowo, "elementy", i ciągle w podobnym kontekście - w dziedzinie tłumaczenia nauk teologicznych, to jednak w przekładach znajdziemy już nie "żywioły", ale "zasady" (BW, BP), "podstawowe zasady" (NBG), "prawdy" (BT), "rzeczy elementarne" (BR). NKJV mówi o "pryncypiach", NRSV o "podstawowych zasadach".

2 Pio 3,10.12 BW:
A dzień Pański nadejdzie jak złodziej; wtedy niebiosa z trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną. (...) dnia Bożego, z powodu którego niebiosa w ogniu stopnieją i rozpalone żywioły rozpłyną się?
BT:
Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo ze świstem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną znalezione. (...) dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią.
BP:
Dzień zaś Pana nadejdzie jak złodziej. Przeminą niebiosa, żywioły ogarnięte żarem rozpadną się, a ziemia i [będące] na niej dzieła ulegną spaleniu. (...) dnia Pana, [dnia], w którym spłoną niebiosa rozżarzone ogniem i spalą się fundamenty świata!

Nic dziwnego, że wielu ludzi twierdzi, że mimo że przeczytali Biblię, mało co z niej zrozumieli. Bo o czym właściwie Piotr tutaj napisał? To nawet Stary Testament nie jest, żadne proroctwo, którego trudny język można by uzasadnić językiem symboliki i metafor. Piotr pisze to w czasach względnie nowożytnych, normalnie, o życiu. Żadnej symboliki. Jak więc zrozumieć jego twierdzenie, że rozpalone żywioły rozpłyną się?

Wg słowników biblijnych słowo "element" - "stoicheion" - to słowo oznaczające*:
1. element podstawowy, jeden z wielu w szeregu (Strong's Concordance)
2. ciało niebieskie (Strong's Concordance; Thayer's Greek Lexicon)
3. coś fundamentalnego, bazowy komponent jakiejś filozofii albo struktury (HELPS Word-studies)
4. litery alfabetu jako elementy mowy, ale nie jako pisane znaki, tylko wymawiane dźwięki (głoski) (Thayer's Greek Lexicon)
5. elementy, z których wszystko powstało, wzięło swój początek; materia, która jest powodem istnienia kosmosu (Thayer's Greek Lexicon)
6. podstawowe elementy pryncypiów, jak np. elementami alfabetu są litery; albo jakiejkolwiek sztuki, nauki czy dyscypliny (Thayer's Greek Lexicon)

Słowo "stoicheion" pochodzi od greckiego słowa "stoicheo", będącego czasownikiem, oznaczające "stanie w szeregach" albo "chodzenie wg zasad". Czasownik "stoicheo" pochodzi z kolei z innego greckiego słowa, "stoichos", oznaczającego "rząd".

Jak widać - jak głęboko by nie kopać, nigdzie nie ma żadnych żywiołów. Żadnych - podpowiadanej oczami wyobraźni - naturalnych żywiołów typu lawa, ogień czy powódź, żadnych też osobistych żywiołów, które się rozumie, gdy się mówi np. że ktoś jest w swoim żywiole. Tłumaczenie tego słowa jako "zasady", nawet owe "sprawy", jest bliższe pierwotnemu znaczeniu, zamierzonemu przez apostoła Pawła. Bo wg tych słowników biblijnych mowa tutaj o zasadach, nawet o podwalinach zasad, o podstawowych regułach.

W jakim kontekście użył tego słowa Piotr, czy chodziło o zasady czy też może o elementy nieba, kosmosu - to jest pytanie na inną okazję. Na pierwszy rzut oka, bez wgłębiania się w treść, widać jednak, że Piotr myślał bardziej o elementach kosmosu, elementach widzialnego nieba.

Gdy więc Paweł pisał: Teraz zaś, gdy poznaliście Boga - a jeszcze bardziej Bóg was poznał - jakżeż możecie znów powracać do słabych i nędznych spraw? Czyż ponownie chcecie być w ich niewoli? (Gal. 4,9 BP) - to Paweł pisał o powrocie do życia wg starych zasad, które normowały wszystko tak długo, dopóki człowiek nie miał własnego zrozumienia, dopóki człowiek był jak niedojrzały nastolatek. Wraz z osiągnięcie dojrzałości człowiek zyskuje prawo decydowania, prawo życia według swojego widzimisię i właściwie jedyne, co go ogranicza, to wolna fantazja. Albo poszanowanie do rzeczy, w których został wychowany, wg których nadal żyje, ale nie dlatego, że musi, bo takie są zasady, ale dlatego, że dowiedział się, dlaczego takie zasady powstały, zgodził się z nimi i zaakceptował je, i zdecydował się żyć zgodnie z tymi przekonaniami, które zyskał jako dorosły człowiek.

* - Źródło: http://biblehub.com/greek/4747.htm








sobota, 10 czerwca 2017

Pełnoprawna osoba, a nie "obiekt" sprawy

Pragnę wam przypomnieć jeszcze i to, że dopóki ten, który ma coś odziedziczyć, jest jeszcze dzieckiem, nie różni się od niewolnika, chociaż jest już właścicielem wszystkiego. Pozostaje jednak, aż do czasu ustanowionego przez ojca, pod władzą tych, którzy się nim opiekują i zarządzają jego majątkiem. I my również, jak długo byliśmy dziećmi, pozostawaliśmy w więzach żywiołów tego świata. Lecz kiedy nadeszła [z dawna określona] pełnia czasu, posłał Bóg Syna swego (...) Tak więc nie jesteśmy już niewolnikami, lecz synami, a jeżeli jesteśmy synami to dziedziczymy również dobra, które Bóg zechciał dla nas przeznaczyć.
Gal. 4,1-7 BR

A powiadam, że dopóki spadkobierca jest małoletni, w niczym nie różni się od niewolnika. Choć jest panem wszystkiego, to jednak poddany jest nadzorcom i zarządcom aż do dnia ustalonego przez ojca. Tak jest i z nami. Będąc małoletnimi, byliśmy oddani w niewolę spraw świata. Gdy zaś wypełnił się czas, Bóg zesłał swego Syna, który urodził się z kobiety, urodził się pod panowaniem Prawa (...) Nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. A jeśli jesteś synem, to i spadkobiercą - z łaski Boga.
BP

Apostoł Paweł pisze, że jesteśmy spadkobiercami, a nie niewolnikami, czy też niedorosłymi spadkobiercami, jak młodymi książętami, którym coś tam się należy, ale ze względu na niepełnoletność - ciągle podlegającymi kuratorom, wychowawcom, nauczycielom.

Paweł pisze, że teraz jesteśmy już dorosłymi spadkobiercami. Prawowitymi. Jak syn ojca. Wyobraziwszy sobie to porównanie, można pojąć w końcu tę różnicę, którą Paweł miał na myśli: jako dzieci podlegamy różnym zasadom, przepisom. To nam wolno, tego nie wolno, tamtego też nie, dodatkowo nawet jeśli coś wolno, to i tak trzeba pytać o pozwolenie, czy wolno akurat w danym momencie. Jak w przedszkolu.

Czy tak samo postępuje człowiek dorosły? Nie. Nikogo nie pyta o pozwolenie. Wie, co ma robić, wie, co może, zna konsekwencje, jakie nastąpią, jeśli zdecyduje się zrobić coś wbrew powszechnym zasadom etyki moralnej.

Czy od czasów naszego dzieciństwa aż do bycia dorosłymi zmieniły się zasady? Czy zmieniła się kultura? Poza oczywistymi zmianami wynikającymi z postępu cywilizacyjnego - podstawowe zasady są takie same. A jednak jako dorośli ludzie nie pytamy nikogo o pozwolenie. Jako dorośli ludzie sami idziemy spać wystarczająco wcześnie, aby być kolejnego dnia wyspanym. Albo świadomie podejmujemy inną decyzję, znając i godząc się z konsekwencjami. Jako dorośli ludzie sami sięgamy po łakome kąski jedzenia o porach, które się nam podobają, idziemy na piwo, oglądamy brutalne filmy... Albo i nie. Każdy z nas dokonuje jakichś wyborów, znając konsekwencje. Jako dorośli ludzie też nie jesteśmy "obiektem" w sądzie, jak dzieci podczas sprawy rozwodowej czy spadkowej po śmierci jednego z rodziców, gdzie zapada decyzja o "przynależeniu" dzieci drugiego z rodziców. W sądzie jesteśmy pełnoprawnymi osobami, każdy z nas z możliwością własnego wyboru.

To właśnie chyba Paweł miał na myśli: Żydzi byli jak dzieci, które musiały się słuchać rodziców, zasad, reguł, nie były pełnoprawne, nie były uprawnione do dokonywania samodzielnych wyborów. Musiały się trzymać zasad: nie wolno im było jeść słodyczy w dzień inny jak tylko raz w tygodniu, nie wolno im było wracać do domu później niż o dwudziestej, nie wolno im było pić piwa. Parafrazując. W czasach chrześcijan konsekwencje tych czynności są takie same, jak wcześniej: czy to jedzenia słodyczy, późnego wracania do domu, picia alkoholu, jeśli nadmierne. A jednak możemy to wszystko robić. Jeśli godzimy się ponieść konsekwencje. Nie znajdzie się nikt, kto może nam tego zabronić. Chyba że w nieodpowiednim systemie politycznym. Ale generalnie - jako dorośli sami wiemy, co jest słuszne a co nie, mamy swój własny, ukształtowany światopogląd. Świadomie wybieramy konsekwencje tego, co robimy. Albo ignorujemy je całkowicie, nie chcąc ich widzieć - chyba najmniej odpowiedzialna postawa życiowa, jaka istnieje.






wtorek, 6 czerwca 2017

List do Galacjan 4.1 - Zniewoleni na nowo?

Mówię więc tak: dopóki dziedzic/spadkobierca jest dzieckiem, to niczym nie różni się od niewolnika, chociaż jest panem wszystkiego. Znajduje się on pod opieką i pod zarządcami tak długo, dopóki jego ojciec tak to ustalił. Tak samo było z nami - dopóki byliśmy dziećmi, pozostawaliśmy zniewoleni pod elementami/zasadami tego świata, zniewoleni. Po nadejściu odpowiedniego czasu wysłał Bóg swojego Syna, który urodził się z kobiety i stał się podległy prawu, aby tych spod prawa wykupić i dać im możliwość zostania synami. A ponieważ jesteście synami, wysłał Bóg do naszych serc Ducha Syna Jego, który woła: "Abba Ojcze!". Dlatego nie jesteście więcej niewolnikami, ale synami. A skoro jesteście synami, to jesteście i dziedzicami/spadkobiercami Boga, nadanymi przez Pomazańca.

Gdy nie znaliście jeszcze Boga, byliście niewolnikami bogów, którzy z natury bogami nie byli. Ale teraz, gdy już Boga poznaliście, a i nawet więcej - gdy wy sami zostaliście przez Boga poznani, jak możecie wracać do tych słabych i biednych elementów? Chcecie być nimi zniewoleni na nowo? Pilnujecie dni, miesięcy, pór i lat! Obawiam się, czy nie na próżno się wami trudziłem.

na podstawie: Gal. 4,1...11

[dalej - ZAGUBIENI GALACJANIE]
[wcześniej - OBIETNICA PONAD PRAWEM STOI]
[do początku]








poniedziałek, 29 maja 2017

List do Galacjan, 3.2. - Obietnica ponad prawem stoi

Bracia, weźmy przykład ze stosunków między ludźmi: nikt nie może anulować albo zmienić testamentu, który jest uprawomocniony. Bóg dał obietnice Abrahamowi i jego nasieniu/potomkowi, i nie mówi tutaj o "potomnych", tak jakby to dotyczyło wielu, ale jest powiedziane o jednym: "potomku/nasieniu", a to jest o Chrystusie.

To, co ja chcę powiedzieć, jest to, że umowa/obietnica, uprawomocniona przez Boga, którą Bóg wprowadził w życie wcześniej, nie została unieważniona przez prawo, które przyszło 430 lat później. Ponieważ jeśli dziedziczenie odbywa się dzięki Prawu, to już nie dzięki obietnicy. A to, co Bóg podarował Abrahamowi, stało się przez obietnicę.

Czym więc jest Prawo? Zostało ono dodane ze względu na nasze częste łamanie prawa, aż do czasu przyjścia owego Potomka, któremu zostało obiecane, które to też [przyjście] zostało rozporządzone/obwieszczone przez aniołów/posłańców, przez rękę / w ręku pośrednika. A pośrednika nie ma jednego, natomiast Bóg jest jeden.

Czy w takim razie stoi Prawo w sprzeczności z obietnicami Boga? Absolutnie nie! Ponieważ jeśli zostałoby dane prawo, które mogłoby dać życie, to faktycznie przez prawo moglibyśmy być uznani za sprawiedliwych. Ale Pismo razem zamknęło/zakluczyło wszystko pod grzechem, aby obietnica z wiary Jezusa Pomazańca byłaby dana wierzącym.

Zanim ta wiara przyszła, byliśmy pilnowani pod Prawem, będąc zamkniętymi/zakluczonymi aż do momentu, w którym ta wiara, która miała przyjść, stała się otwarta/objawiona. Tak oto prawo było naszym wychowawcą aż do czasu, w którym Pomazaniec przyszedł, abyśmy z wiary zostali uznani za sprawiedliwych.

Ale teraz, kiedy ta wiara przyszła, nie jesteśmy już dłużej pod wychowawcą. Dlatego teraz wy wszyscy synami Boga jesteście przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Wy wszyscy, którzy jesteście ochrzczeni/zanurzeni w Chrystusa, ubraliście się / przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma dłużej Żyda ani Greka, nie ma niewolnika i wolnego, nic nie jest męskie czy damskie, wszyscy jesteście jednym w Chrystusie Jezusie. Jeśli więc jesteście Chrystusa, to i Abrahama nasieniem/potomstwem jesteście, i dziedzicami według obietnicy.

na podstawie: Gal. 3,15...29









niedziela, 28 maja 2017

Grzech - straszna, straszliwa rzecz

Wobec tego po co w ogóle Prawo? Otóż zostało ono dane po to, by człowiek poznał, co jest wykroczeniem. Miało ono trwać do czasu przyjścia Potomka [Abrahama], to jest do chwili spełnienia się obietnic. (...) Czyż wobec tego Prawo sprzeciwia się obietnicom? Ależ nie! Gdyby zostało dane Prawo, które byłoby w stanie dać życie [wieczne], to człowiek rzeczywiście dostępowałby usprawiedliwienia przez Prawo. Lecz Pismo wyraźnie mówi, że cała ludzkość znajduje się pod władzą grzechu, aby obietnica objęła swym zasięgiem, dzięki wierze w Jezusa Chrystusa, wszystkich, którzy mają wiarę. Do czasu przyjścia wiary byliśmy trzymani w więzach pod strażą Prawa, oczekując na objawienie się owej wiary. Tak więc Prawo było naszym wychowawcą aż do przyjścia Chrystusa, abyśmy dostąpili usprawiedliwienia przez wiarę. Teraz jednak, gdy nadszedł czas wiary, nie pozostajemy już pod władzą wychowawcy. Wszyscy zaś jesteście przez wiarę synami Bożymi dzięki waszemu zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem.
Gal. 3,19.21-26 BR

Każdy, kto popełnia grzech, dopuszcza się bezprawia, grzech bowiem jest bezprawiem.
1 Jana 3,4 BP

Generalnie od małego straszy się nas tymi grzechami, że to straszna rzecz, że czarne plamy na duszy, że piekło pełne ognia, że olaboga. Pojęcie grzechu cały czas jest czymś mglistym, czymś, czego dzieciakowi żaden dorosły nigdy porządnie nie wytłumaczy, czym on właściwie jest. Bo: kim jest kryminalista, to każdy dobrze wie: zabił, ukradł, idzie do więzienia. Kim jest grzesznik? To ten, który grzeszy, czyli nie postępuje zgodnie z Dekalogiem. Z tym że o ile dość łatwo jest być powściągliwym w zabijaniu czy kradzieżach, o tyle, czym jest właściwie grzeszenie, to wielu ma raczej abstrakcje pojęcie. A o ile ktoś powiązuje fakt nie-grzeszenia za powściąganie się od tych wszystkich złych przyzwyczajeń, które dość łatwo "wchłonąć", nawet nieświadomie, od innych ludzi, o tyle samo zrobienie tego jest dość problematyczne. Człowiek ani się spostrzeże, a zaczyna plotkować, jak inni. Albo mówić same złe rzeczy. Albo robić komuś przykrość samym mówieniem. Albo nawet samym tylko niedomiarem szacunku, niedomiarem społecznego sposobu myślenia, które jest właściwie bardziej jezusowe, niż współczesna nowoczesno-psychologiczna afirmacja, tzn. bycie asertywnym etc. Jezus myślał o innych ludziach. Jezus myślał socjalnie, społecznie, globalnie.

Albo może człowiek zrobić przykrość też Bogu. Brzmi niewiarygodnie? Ależ nie! Skoro przecież Bóg jest żywy, istotą żywą, naszym pierwowzorem, bo przecież na Jego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, to równie dobrze istnieje możliwość wyrządzenia przykrości Jemu. Nie jest On przecież jakimś tyranem, psychopatą bez uczuć, ale tak samo wrażliwy jak my. Jak my wszyscy razem wzięci, powiedziałbym nawet.

Ale jak wiedzieć, czy człowiek nie wyrządza przykrości Bogu? Dlatego też istnieją owe pierwsze cztery przykazania: to przecież przykazania są naszą drogą orientacyjną, zostało ono dane po to, by człowiek poznał, co jest wykroczeniem. Czytamy te wytyczne i wiemy, co robimy błędnie, niezgodnie z Jego oczekiwaniami, albo co On chciałby, abyśmy my robili, żeby okazać Mu szacunek.

Ktoś mógłby odczuwać rodzaj buntu. "Dlaczego ja miałbym robić to, czego On ode mnie oczekuje?" To proste: jeśli nie chcesz, to przecież nie musisz. Tak samo, jak nie przynosisz kwiatów każdej napotkanej dziewczynie na ulicy, nie każdej prawisz komplementy, nie do każdej się uśmiechasz, nie każdej podasz ramię, żeby ją wesprzeć. Spotykasz w życiu kilka przyjaciółek, dla których masz ochotę to robić i to robisz. Bóg jest jak taka przyjaciółka, czy też przyjaciel: jeśli masz ochotę, to zaprosisz go na nocną przejażdżkę samochodem, z kubełkiem KFC gdzieś nad rzeką, i puszką RedBulla. Jeśli masz na to ochotę, to zrobisz to, co wiesz, że on/ona lubi. Tak samo jest z Bogiem: jeśli masz na to ochotę, to będziesz chciał zrobić to, co On lubi. A to, co On lubi, jest napisane właśnie w owych pierwszych czterech wytycznych.

Może więc minąć szmat czasu, zanim człowiek się spostrzeże, że coś z jego postępowaniem jest nie tak, czy to względem innego człowieka czy w ogóle ludzi, czy względem Boga. Kościół nazywa to grzechem - straszliwa rzecz. Owszem, są grzechy - czyli postępowania nie pasujące do Dekalogu - bardziej straszliwe, spektakularne, jak zabójstwa czy napaście, ale są też i "mniejsze", które wydają się mniej ważne, jak obgadywanie kogoś czy coś w tym stylu, ale na dłuższą metę mogą uczynić poważne szkody w psychice obgadywanej osoby. I wcale nie pomaga jej to dostać jakichś refleksji i uczynić jej życie lepszym.

Warto czytać List do Galacjan. List ten pokazuje, że o ile jarzmo ciągłego pamiętania o Dekalogu jest ciężkie, to faktycznie nie jest konieczne. Paweł co prawda pisał o obrzezaniu, czyli o tej części, która jest bardziej przynależna do kultury żydowskiej, do ich religii, do ich wierzeń o oznaczeniu każdego mężczyzny jako członka narodu wybranego, ale i przykazania zostały dane przecież Żydom, którym po kilku pokoleniach niewoli poczucie moralności musiało się znacznie wykrzywić, w ramach więc wyprostowania sprawy dostali owe wytyczne. Jest to więc również nierozłączna część kultury żydowskiej, nie da się temu zaprzeczyć.

Ale i my możemy korzystać z Dekalogu jako naszego drogowskazu, zestawu wskazówek. Wielu z nas kiedykolwiek szukało i przeczytało jakikolwiek "poradnik życia", "wskazówki jak żyć" etc. Tutaj mamy taki poradnik "10 wskazówek jak żyć" w pigułce. Z tym że jeśli coś pójdzie nie tak, nie ma co się jakoś nadmiernie obwiniać, żyć pod presją czy coś takiego, tak długo, dopóki naszym głównym celem jest myślenie o Bogu i myślenie o bliźnich,

Nauczycielu, jakie przykazanie jest największe w Prawie? On zaś odrzekł: "Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca i z całej duszy" i wszystkich myśli. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie jemu podobne: "Będziesz miłował bliźniego, jak siebie samego".
Mat. 22,36-39 BP

i postępowanie zgodnie z logicznym rozumowaniem, w którym takie myślenie jest mottem przewodnim. Bo nie dążenie do życia zgodnie z jakimkolwiek prawem czyni nas perfekcyjnymi w oczach Boga, ale dążenie do życia zgodnie z Jego Duchem, o czym też Paweł w Liście do Galacjan pisze. A każde prawo w większości jest ustalone pod kątem polepszenia społecznego współżycia, więc jedno i drugie nie wyklucza się wzajemnie.

A co właściwie mam na myśli, pisząc "dążenie do życia zgodnie z Jego Duchem"? To tak samo, jak dążeniem do życia w zgodzie z innymi ludźmi, których lubimy: poznawanie ich, dowiadywanie się co oni lubią, sprawianie im małych przyjemności etc. Zarówno względem Boga jak i ludzi wokół nas.