niedziela, 29 września 2013

To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 4.2.

Rozdział 4, cz. 2

W tym samym momencie wrócili jego uczniowie i zdziwili się, że rozmawiał z jakąś kobietą. Ale żaden z nich nie zapytał, czego chciał, albo dlaczego rozmawiał z nią. Kobieta natomiast zostawiła swój dzban na wodę, wstała i poszła do miasta, i powiedziała ludziom:
- Chodźcie i zobaczcie człowieka, który opowiedział mi wszystko, co miałam na sumieniu! Byłby on Mesjaszem?
Wyszli więc ludzie z miasta i przyszli do niego.

W międzyczasie poprosili uczniowie Jezusa:
- Mistrzu, zjedz coś.
- Mam mam do jedzenia coś, o czym wy nie wiecie - odpowiedział. A uczniowie popatrzyli wzajemnie na siebie:
- Może ktoś przyszedł do niego z jedzeniem? - ale Jezus odpowiedział:
- Moim posiłkiem jest wypełniać Jego wolę, tego, który mnie wysłał, i wykonywać Jego dzieła. Wy macie zwyczaj mówić: Jeszcze cztery miesiące do żniw. Ale ja wam mówię: Podnieście wzrok i popatrzcie na dojrzałe plony na polach! Żniwiarz dostaje za to należność i zbiera plony z całego roku na życie wieczne, żeby i żniwiarz, i ten, co zasiał, cieszyli się razem. Tu właśnie sprawdza się przysłowie: "Jeden sieje, a inny żnie". Wysłałem was, żebyście żęli to, przy czym w ogóle nie pracowaliście. Inni pracowali, a wy tylko weszliście pod koniec czyjejś pracy.

Z powodu tego, co mówiła owa Samarytanka, mnóstwo Samarytanów z tego miasta uwierzyło w Jezusa. Mówiła:
- On opowiedział mi wszystko, co miałam na sumieniu!
Potem przyszli do niego i prosili, żeby został jeszcze u nich. A on został jeszcze dwa dni. A wtedy, gdy na własne uszy usłyszeli to, co mówił, uwierzyło jeszcze więcej ludzi uwierzyło w Niego, a do kobiety mówili:
- Teraz wierzymy nie ze względu na to, co ty nam powiedziałaś, ale ze względu na to, co sami usłyszeliśmy. I teraz wiemy, że On faktycznie ratuje świat.

na podstawie: Jan 4,27-42

[dalej]
[do początku]



czwartek, 26 września 2013

Nowa Ziemia, cz. 2, Sprawiedliwość na Nowej Ziemi

Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i ziemi nowej, w których będzie mieszkała sprawiedliwość. (2 Ptr 3,13 BT)

A więc w Państwie Boga będzie sprawiedliwość. Kiedyś, bardzo dawno temu, przerabiałem już temat tego, czym jest sprawiedliwość wg Biblii. Owszem, znaczy też dokładnie tyle, co dzisiaj (2 Sam. 15,4; ), ale pamiętam też, że znaczyło to coś zupełnie innego. Nie będę wdawał się w podstawy, bo te - kto chce, to zna, a kto będzie chciał, to zawsze może dopytać. Ja szukam niuansów, czegoś odkrywczego. Może znajdę, może nie.

Żył w ziemi Us człowiek imieniem Job. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła. (Hiob 1,1 BT). Co ciekawe, inne tłumaczenia zamiast słowa "sprawiedliwy" używają tutaj innych określeń: doskonały, nieskazitelny, nienaganny. Ale nie potraktuję tego jako synonim.

A gdyby sprawiedliwy odstąpił od swej sprawiedliwości i popełniał zło, naśladując wszystkie obrzydliwości, którym się oddaje występny, czy taki będzie żył? Żaden z wykonanych czynów sprawiedliwych nie będzie mu poczytany, ale umrze z powodu nieprawości, której się dopuszczał, i grzechu, który popełnił. (Ez. 18,24 BT). Czyli coś w tym jest, że "sprawiedliwy" to przeciwieństwo tego, co opisał Ezechiel.

Sprawiedliwy z wiary żyć będzie (Hab. 3,4 BW) - inne tłumaczenia wyrażają to nieco inaczej: sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności (BT i BP). Wierności czemu?

Przez wiarę złożył Abel Bogu wartościowszą ofiarę niż Kain, dzięki czemu otrzymał świadectwo, że jest sprawiedliwy (Hebr. 11,4 BW) - chodziło tam o to, że Bóg nakazał złożenie ofiary z baranka. Abel zrobił tak, jak mówił Bóg, a Kain pomyślał: "Szkoda zwierzaka, winogrona też będą dobre". Tymczasem nie chodziło tutaj o samo złożenie ofiary (zarówno tutaj, jak i w całym tym składaniu ofiar przez Żydów), tylko o lekcję nadaną przez Boga: zabity baranek miał wskazywać na śmierć Baranka Bożego (o którym jasno wyraził się Jan Chrzciciel), a samo zabijanie go miało każdorazowo uprzytomnić człowiekowi, jaki to ból patrzeć na czyjąś śmierć, i że to właśnie to zwierzę (a finalnie już nie zwierzę) umiera śmiercią za nas, żebyśmy my nie umarli wobec Życia, żebyśmy tego Życia nie stracili. Tak więc Abel przeżył to wszystko, natomiast Kain nie zaufał Bogu, nie odrobił lekcji, którą Bóg im dał, ale spróbował zrobić to powierzchownie, po swojemu.

Wniosek - ten, który słucha Boga czy też wierzy Bogu, jest sprawiedliwy. Ale to nadal nic odkrywczego.

I będzie nam poczytane za sprawiedliwość, gdy dołożymy starań, aby spełniać wobec Pana, Boga naszego, te wszystkie przykazania, jak nam nakazał (Pwt. 6,25, BW). Czyli sprawiedliwość to między innymi przestrzeganie przykazań. Ale nie tak samemu z siebie, tylko...

No i właśnie. Do tej pory byłem przekonany, że przestrzeganie przykazań nie przychodzi w wyniku naszych wysiłków, lecz najpierw "trzeba" pokochać Boga, a życie zgodnie z dekalogiem przyjdzie jakby "samo". Przeczytałem to w jakimś miejscu w Biblii. Tylko że teraz nie mogę tego nigdzie znaleźć, wręcz przeciwnie - znajduję wiele tekstów, które mówią inaczej.

Czyżbym więc wcześniej się mylił? Zrozumiałem coś opacznie? Wyrwałem jeden tekst, źle zrozumiany, na nim się oparłem (a przynajmniej na nim oparłem swoje przekonania), a teraz okaże się, że jest inaczej?

Będzie temat-rzeka...

[dalej]
[do początku]



wtorek, 24 września 2013

Nowa Ziemia, cz. 1 - Kosmos i to, co nad kosmosem

Dobra. Z powodu kierunku moich ostatnich rozmyślań, postanowiłem wziąć byka za rogi.

Skoro okazuje się, że najważniejsze we wszystkim, o czym opowiadał Jezus, jest to, by chcieć się dostać do Państwa Boga, postaram się dowiedzieć jak najwięcej o tym państwie. Żeby wiedzieć, do czego człowiek miałby chcieć się pchać. Bo może tam wcale nie będzie tak fajnie, a wstęp jest tylko dla tych, co umieją na harfach grać?...

O tym, jak doszedłem do powyższego wniosku, napisałem w poniższych zajawkach:
"Cuda" czy "znaki" Jezusa?
Państwo Boga
Zrobić wszystko, by Żyć?

Nie wiem, co wyniknie ze zgłębienia tej tematyki. Mogę podjąć decyzję, by chcieć tam być, a mogę zdecydować przeciwnie - wtedy żadna wiara w Boga tu, na ziemi, nie będzie miała żadnego znaczenia. Bo w zasadzie celem tej wiary jest to, by z Nim właśnie być, by Żyć.

Czyli jest to typowa decyzja do podjęcia - uwierzyć i przyjąć dar Jezusa - czy nie.

... niebiosa z wielkim hukiem przeminą, żywioły rozpalone ogniem stopią się, a ziemia i dzieła, które są na niej, spłoną (2 Ptr 3,10 BGU). Wygląda na to, że cały ten kosmos, który bada Hovind, rozpadnie się w drobny mak. Czyli co - nie jest on wieczny, ale tylko jako "przedsionek" do tego nieba, w którym "urzęduje" Bóg? Stworzony 6 tys. lat temu jako "opakowanie" naszej planety, naszego domu, a wszelkie "buszowanie" naukowców po kosmosie przypomina tylko próby dotarcia z jednej paczki chipsów do innej/innych, wszystko w ramach tej samej palety czy nawet magazynu?

Coś gdzieś na temat tego "podnóżka" już kiedyś czytałem...

Tak mówi Pan: Niebo jest moim tronem, a ziemia podnóżkiem moich nóg (Iz. 66,1 BW) - czyli mieszkałby Bóg w niebie? Jeśli tak, to jak to może być, że niebo z hukiem przeminie - przecież sam swojego domu nie zburzy...

Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty — czy w ciele — nie wiem, czy poza ciałem — też nie wiem, Bóg to wie — został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że człowiek ten — czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, <też nie wiem>, Bóg to wie — został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać (2 Kor. 12,2-4 BT) - jakkolwiek absurdalnie brzmi ten fragment. Skoro już jednak ten temat rozważam, to będę się trzymał tego, co jest napisane. A okazuje się tutaj, że jest i "pierwsze" niebo, i "drugie" nawet też, skoro Paweł napisał aż o "trzecim" niebie.

Czyli gdy jest napisane, że niebo z hukiem przeminie, to wcale nie oznacza, że CAŁE niebo, w sensie - wszystkie trzy. Tak, wiem, z naszego obecnego punktu widzenia jest to teza całkowicie absurdalna. Pamiętać jednak trzeba, że my widzimy tylko w trzech wymiarach plus czas, jeśli potraktować go jako czwarty. A co, jeśli mrówka żyje tylko w dwóch wymiarach? Tzn. długość i szerokość, a nie rozróżnia wysokości, bo dla niej to jest tylko zakrzywienie jej przestrzeni, którego ona nie dostrzega? Przy czym dla nas owo zakrzywienie przestrzeni to normalny wymiar, wymiar wysokości, dla mrówki raczej niedostępny. Idąc dalej - w dużym uproszczeniu można by stwierdzić, że włos jest jednowymiarowy. Tylko długi. Bo jak o nim mówić w kontekście szerokości i wysokości? Przecież w przypadku włosa te wymiar prawie nie istnieją. PRAWIE - co sprawia, że jednak ten włos jest widzialny, dotykalny, istnieje.

Więc gdzieś, poza naszym trzy- (cztero) wymiarowym światem może istnieć jakieś niebo, które jest dla nas niedostrzegalne, jak to zakrzywienie przestrzeni dla mrówki, albo jak wysokość włosa. Praktycznie niedostrzegalne, ale jednak może istnieć. Tak jak istnieje włos.

Mało tego - w swoim tekście Paweł zrównoważył pojęcie trzeciego nieba i raju. Więc przynajmniej już wiadomo, GDZIE ten raj jest.

Ok. Już teraz widzę, że nie będzie to temat tylko na chwilę, ale dłuższa zabawa. Później dopiszę więc kolejne części.

[dalej]



poniedziałek, 23 września 2013

To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 4.1.

Rozdział 4, cz. 1

Jezus dowiedział się, co faryzeusze zasłyszeli: że nauczał więcej uczniów i chrzcił (zanurzał) więcej niż Jan. Oczywiście to nie było tak, że Jezus sam, osobiście zanurzał, ale robili to również Jego uczniowie. Wtedy opuścił On Judeę i udał się znowu do Galilei. Musiał iść przez Samarię, a tam przybył do pewnego miasta, które nazywało się Sychar, tuż przy posiadłości, którą Jakub dał swojemu synowi, Józefowi. Tam było źródło/studnia* założone przez Jakuba. Jezus był zmęczony po tej wędrówce i usiadł przy nim. To było koło godziny szóstej (ok. południa naszego wymiaru czasu - dop. wł.). Jego uczniowie w tym czasie poszli do miasta kupić coś do jedzenia.

Wtedy przyszła pewna samarytańska kobieta, żeby nabrać wody. Jezus powiedział do niej:
- Daj mi się pić.
- Jak ty - odpowiedziała Jezusowi - który jesteś Żydem, możesz prosić mnie, Samarytankę, o picie?
(Bo Żydzi nie utrzymywali żadnych stosunków z Samarytanami).
- Jeśli byś znała dar Boga - powiedział Jezus - i wiedziałabyś, kim jest ten, który prosi cię o picie, to poprosiłabyś go, a on dałby Ci wody ożywiającej.
- Panie - odrzekła kobieta - nie masz ze sobą nic do zaczerpnięcia wody, a studnia jest głęboka. Skąd weźmiesz tej wody ożywiającej? Nie jesteś chyba większy niż nasz przodek Jakub? On dał nam tę studnię i zarówno on sam, jego synowie, jak i trzody piły stąd.
- Ten, co pije tę wodę, będzie znowu spragniony. Ale ten, co napije się tej wody, której ja mu chcę dać, nigdy więcej spragniony nie będzie. Ponieważ ta woda, którą ja chcę dać, stanie się w nim źródłem/studnią z wodą wytryskującą i dającą życie wieczne.
- Panie, daj mi tej wody, tak żebym nie była więcej spragniona i mogła więcej nie przychodzić tutaj nabierać tej wody.
- Idź i przyprowadź tutaj swojego męża - odpowiedział wtedy jej Jezus.
- Nie mam męża.
- Masz rację, gdy tak mówisz. Bo miałaś pięciu mężów, a ten mężczyzna, z którym jesteś teraz, nie jest twoim mężem. To, co mówisz, jest prawdą.
- Panie, widzę, że jesteś prorokiem! - odpowiedziała. - Nasi ojcowie wielbili** Boga na tej górze, ale wy mówicie, że to Jerozolima jest miejscem, gdzie powinno się Go wielbić.
- Uwierz mi, kobieto, nadchodzi taki czas, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie wielbić Ojca. Wy wielbicie to, czego nie znacie, ale my wielbimy to, co znamy, bo zbawienie ma swój początek od Żydów. Ale przychodzi ten czas, tak, a nawet już jest, kiedy prawdziwi wielbiciele będą wielbić Ojca w duchu i prawdzie. Ojciec takich właśnie chce mieć.
- Wiem, że przychodzi Mesjasz - odpowiedziała kobieta - a kiedy on przyjdzie, opowie nam o wszystkim.
- To jestem ja, co właśnie rozmawiam z tobą.

* - Wszystkie tłumaczenia mówią o tym, że była tam studnia, aczkolwiek użyte jest tam słowo πηγη (pege), które we wszystkich pozostałych miejscach zostało przetłumaczone jako "źródło". Skąd więc wzięło się, że źródło = studnia? Czyżby było to jedno słowo, oznaczające po prostu ujęcie wody, obojętnie, czy naturalne, czy zbudowane przez człowieka?
** - wielbić - oddawać cześć, cokolwiek to dalej znaczy...


na podstawie: Jan 4,1-26

[dalej]
[do początku]



niedziela, 22 września 2013

WIEK ZIEMI, cz. 11, Wiek Ziemi i dowody z kosmosu

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 11

Galaktyki w kosmosie obracają się, ale gwiazdy w ich zewnętrznej części robią to szybciej, niż gwiazdy w ich wewnętrznej części. Galaktyki stopniowo tracą swój spiralny kształt. A zatem pytanie: skoro mają miliardy lat, to dlaczego w dalszym ciągu mają kształt spirali? Dla chrześcijan i kreacjonistów pytanie to nie stanowi problemu. Rozumieją, że galaktyki nie mają miliardów lat.
Średnio raz na 30 lat zauważamy, że jakaś gwiazda wybucha: nowa, albo supernowa. Obserwując niebo można jednak znaleźć nie mniej niż 300 pierścieni, pozostałości po supernowych - co daje wynik kilku tys. lat (raz na lat 30 * 300 pierścieni = ok. 9 tys. lat od pierwszej supernowej - dop. wł.). Dlaczego nie znajdujemy milionów pierścieni? (5 mld lat = ok. 167 mln "trzydziestek" - okresów wybuchania supernowej = wg teorii ewolucji powinno być 167 mln pierścieni pozostałych po takim wybuchu - dop. wł.). Niektórzy ewolucjoniści mówią, że nowe gwiazdy formują się, zastępując te, które wybuchają. Bzdura. Nikt jeszcze nie widział formującej się gwiazdy!

Nauczycielom nakazuje się nauczać dzieci, że czerwone gwiazdy powoli zamieniają się w białe gwiazdy (karły) i że proces ten trwa miliardy lat. Zgadza się, lecz nie trwa to miliardów lat! Wszyscy starożytni astronomowie opisują Syriusza jako czerwoną gwiazdę. Dziś jednak Syriusz jest już gwiazdą białą, białym karłem. Stało się to nie wcześniej, niż 2 tys. lat temu.


Niektóre planety się ochładzają. Nie mogą się cały czas wychładzać, bo w końcu mogłyby całkowicie wystygnąć. Jeżeli wszedłbym do pokoju i zobaczyłbym kawę na ławie, a ktoś powiedziałby mi:
- Nie pij jej, bo jest wrząca.
- Czyja ta kawa? - zapytałbym.
- Nie wiem - odpowiedziałby mi - bo stoi tu od 400 lat.
Nieprawdopodobne, prawda? Ciągle gorąca kawa, po 400 latach! Wniosek jest taki: planety nie mogą mieć miliardów lat.

Jupiter posiada księżyc o nazwie Ganymed, który ciągle ma silne pole magnetyczne, wskazując na gorący rdzeń. Nawet ateiści muszą przyznać, że musiałby się wychłodzić przez te miliardy lat.

Saturn ma pierścienie, które powoli się od niego oddalają. Zachowanie się pierścieni wskazuje na to, że nie mogły powstać miliardów lat temu.

Księżyc okrąża Ziemię. Czy wiecie o tym, że Księżyc, okrążając Ziemię, stopniowo się od niej oddala? Powoli tracimy nasz księżyc. To tylko kilka cm rocznie, więc nie ma się czym przejmować, tym bardziej, że i tak nie możemy temu zapobiec. Każdego roku nasz księżyc jest coraz dalej, co oznacza, że kiedyś był bliżej.
Rozumiecie? Jeżeli zbliżylibyśmy księżyc do Ziemi zbyt mocno, to pojawiłby się problem, ponieważ księżyc powoduje przypływy oceanów. Niektórzy nie muszą martwić się o coś takiego, ale tam, gdzie ja mieszkam, w Pensacoli, naprawdę jest się czym przejmować! Jeżeli zbliżymy księżyc, to przypływy będą większe - tak działa zasada odwrotności proporcjonalnej potęgi. Jeżeli zbliżylibyśmy księżyc o 1/3 odległości, to uzyskamy kwadrat o odwrotności jego potęgi, czyli w tym przypadku - 9-ciokrotnie silniejszą grawitację! Przeprowadzając obliczenia dojdziemy do wniosku, że 1,2 miliarda lat temu księżyc wschodziłby tuż nad powierzchnią ziemi*. To tłumaczyłoby, co stało się z wysokimi dinozaurami...

Zostały "strącone" przez księżyc!

Nie można więc mówić o 4,5 mld lat, bo jest to geofizycznie niemożliwe!

Komety poruszające się przez kosmos zawsze tracą swoją materię. Odpadające cząstki tworzą tzw. warkocz komety. Ich maksymalny wiek istnienia szacuje się na 10 tys. lat. Nie można w nieskończoność tracić materii, podobnie jak środków na koncie... - jeśli wydatki przekraczają wpływy, to saldo stanie się ujemne. Komety tracą swoją materię przez 10 tys. lat i znikają.

Więc dlaczego ciągle istnieją?

Ten fakt wskazuje, że Układ Słoneczny ma mniej niż 10 tys. lat!

Opowiadałem o tym na pewnym seminarium. Pewien ateista, który tego słuchał, utworzył całą stronę internetową poświęconą mojej osobie. Stronę anty-hovindowską. Niedawno naliczyłem aż 400 takich stron - jestem z siebie dumny... (...)

Ten człowiek na swojej stronie pisze: "Hovind, czy ty nie wiesz, że komety pojawiają się z obłoków Oorta?" Takie jest ich wytłumaczenie na powstawanie nowych komet. W 1950 roku holenderski astronom, Jan Oort, stwierdził, że na krańcu Układu Słonecznego istnieje pewna powłoka komet, które wydają na świat nowe komety. Znajduje się ona 50 tys. AJ (astronomicznych jednostek) od nas. Jedna jednostka astronomiczna równa się odległości słońca od Ziemi. Dostrzeżenie Plutona jest możliwe jedynie dzięki bardzo dobrym teleskopom, a Pluton odległy jest od Ziemi jedynie o... 39 AJ! Oczywiste jest więc, że niemożliwe jest zobaczenie obiektu odległego o 50 tys. AJ! Tak naprawdę więc nikt nie widział obłoku Oorta. Sam Oort go nie widział. Podstawą tej teorii jest błąd matematyczny. Obłok Oorta nie istnieje**!

Ten prześmiewca pisze dalej tak: "Jeżeli chcesz posługiwać się swoim argumentem o kometach, to udowodnij, że obłok Oorta nie istnieje". Chwileczkę - jak można udowodnić nieistnienie czegokolwiek? To, co on próbuje zrobić, nazywa się "przerzuceniem ciężaru udowadniania". Liberałowie są w tym doskonali. Pokażę wam, jak to działa.

Przypuśćmy, że powiem tak: arbuzy są niebieskie wewnątrz, dopóki nie natnie się skórki. Udowodnijcie teraz, że się mylę! Wystarczy, że wymyśliłbym takie twierdzenie, a waszym problemem byłoby udowodnić, że się mylę! W ten sposób daję wam zajęcie do końca życia. W takim razie czy mam się zajmować udowadnianiem nieistnienia obłoku Oorta? Przecież to nie o to chodzi w nauce.

Wiemy, że mamy komety, których okres życia jest ograniczony. Wiemy, że Biblia mówi o 6 tys. lat od początku stworzenia. Nie mam problemów z kometami. Biblia mówi: Niebiosa ogłaszają chwałę Pana, a firmament głosi dzieło rąk jego (Ps. 19,1). Teoria ewolucji głosi, że słońce i gwiazdy powstały przed Ziemią. Biblia mówi odwrotnie.

Czy zauważyliście, że wszystkie postulaty ewolucji są dokładnie odwrotne do poszczególnych etapów stworzenia świata?

Są chrześcijanie, którzy sugerują, że Bóg posłużył się ewolucją. Po pierwsze - Biblia mówi inaczej. Po drugie - mielibyśmy opóźnionego w rozwoju Boga, który nie potrafi dobrze zrobić czegoś za pierwszym razem, więc musi poćwiczyć. Nie taki jest nasz Bóg.

Wszystko jest odwrotnie. Biblia pokazuje, że ziemia była przed słońcem. Ewolucja - że słońce było przed ziemią. W Biblii oceany były przed lądami, w ewolucji - ląd przed oceanami. Moglibyśmy wymieniać te różnice bez końca. Obie teorie wzajemnie się wykluczają.


Psalmista pisze: Gdy oglądam niebo twoje... (Ps. 8,3). Powinniście czasem wyłączyć telewizor i popatrzeć w niebo. Rodzice - jeśli wasze dzieci leżą w ogrodzie i patrzą na gwiazdy, to nie przeszkadzajcie im. Dobrze jest przyglądać się temu, co stworzył Bóg.

Gdy oglądam niebo twoje, dzieło palców twoich, księżyc i gwiazdy, które Ty stworzyłeś... Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz? (Ps. 8,3.5). (...)

Oszacowano, że jest tyle gwiazd, że każdy człowiek mógłby posiadać ich 2 biliony na własność. Idźcie i popatrzcie na nie. W jednej z kolejnych części będziemy mówić o nich, a także o tym, jak można zobaczyć światło gwiazd oddalonych o miliardy lat świetlnych...

* - In the Beginning, Walt Brown, dostępne również na CSE: www.creationscience.com
** - The non-existence of the Oort Cometary Shell, Raymond Littleton, Astrophysics and Space Science, vol. 31, 12.1974, s. 385-401.


01.23.45-01.35.40

[dalej]
[do początku]



sobota, 21 września 2013

Zrobić wszystko, by Żyć?

Kolejna historyjka: strażnik więzienny dopytywał się apostołów Pawła i Sylasa, co ma zrobić, aby być zbawionym (uratowanym) (Dz.Ap. 16,30-31).

I co to znaczy? Co znaczy uwierzyć w Jezusa? Uwierzyć, że istniał? No dobra, historycznie rzecz ujmując - mógł istnieć. I co? I nic. Nic się nie stało.

Co więc znaczyć uwierzyć w Jezusa?

No dobra. Spróbuję od początku. Poznałem kogoś. Znaczy - poczytałem o nim, dociekałem, jaki on właściwie był. Spokojny, niezestresowany, pewny swojego. Trochę żył jakby w swoim świecie, ale jednocześnie otwarty był na ludzi z otoczenia wokół. Wywlekał na światło dzienne różne historie obrazujące bezsensowność niektórych tradycji, przekonań, powszechnych wierzeń.

Czasem kogoś uzdrowił. Z tym że okazuje się, że nie było jego interesem to, żeby ktoś był zdrowy, ale to, żeby poprzez to pokazać, że ma panowanie nad komórkami - rakowymi, gruźlicowymi, tymi sparaliżowanymi - czy czym tam jeszcze. Taka motywacja mi się nie podoba. A co z tym człowiekiem? Czy to nie jego zdrowie powinno być najważniejsze?

Mało tego. Ten ktoś robił też różne inne rzeczy. Raz podzielił parę bochenków chleba i trochę ryby w taki sposób, że starczyło dla tłumu o wielkości małego miasteczka. Jeszcze kosze z resztkami przynieśli. JAK? Nie mógłby dać takich mocy innym, żeby to samo robili? Żeby nakarmili tych wszystkich, którym na chleb brakuje?

Jeszcze się to nie zdarzyło.

Dalej. Ten ktoś potrafi przywrócić do życia umarłego. I nie tylko takiego świeżego, co mu się dopiero co akcja serca zatrzymała, ale też takiego, co już parę dni w grobie poleżał. Ale przy tym powiedział też swoje, co lubił powtarzać przy wielu okazjach: Kto we mnie wierzy, to choćby i umarł, żyć będzie (Jan 11,25).

I tak w kółko, ciągle o tym życiu... Że on jest życiem. Że człowiek musi się odrodzić, żeby móc żyć. Żeby się nie martwić o nic (bo Ojciec za nas się o wszystko troszczy), tylko szukać drogi do Życia. Że on jest tą drogą do tego Życia.

Uwierzyć w Jezusa - to nie uwierzyć w Jego istnienie. To nie uwierzyć, że owszem, był sobie, powieszono go na tym krzyżu, a potem zmartwychwstał. To jeszcze nic. Ale uwierzyć we wszystko, co On mówił... A mówił ciągle o tym Życiu. Że tutaj to pikuś, ale Tam, w tym Życiu... Że Tam są mieszkania dla nas, wszystko już przygotowane... Że jakąkolwiek chorobę wyleczył - wszystko tylko po to, by uwierzono w Życie. Że cokolwiek zrobił - nawet to, że dobrowolnie przyjął na siebie to powieszenie na krzyżu (a przecież spokojnie by się od tego wykręcił, gdyby chciał) - to wziął to na siebie tylko po to, żeby pozostali mogli Żyć. Nie chciał się wykręcić od tego, wolał znieść to biczowanie, to przebijanie dłoni grubymi ćwiekami. Tylko po to, żeby każdy, kto w Niego uwierzy, mógł Żyć.

Z tego wszystkiego więc nic, totalnie nic nie ma takiego znaczenia, jak tylko to, o czym Jezus trąbił na okrągło - zrobić wszystko, by Żyć?

edit - kontynuacja tematu w serii [NOWA ZIEMIA]




czwartek, 19 września 2013

Państwo Boga

Temat tych uzdrowień dokonywanych przez Jezusa, tych "znaków", nie daje mi spokoju. Wielu ludzi wówczas było chorych (kiedy nie było...), ale niewielu Jezus uzdrawiał. Można by powiedzieć - jakichś wybranych. Wg jakiego klucza?

Wygląda na to, że uzdrawianie, doprowadzanie tych osób ze stanu chorobowego do stanu pełnego zdrowia - nie było to celem samym w sobie, nie było to dokonywane, aby ci ludzie byli zdrowi. Tak jakby im się nieco poszczęściło, tak "przy okazji". Były to - ZNAKI. Znaki wskazujące na Tego, kto miał moc nad chorobą, kto miał moc przywracania świeżości starym, martwym komórkom. Każdy taki znak był dokonany, aby ktoś uwierzył w Niego. Nie, aby ktoś był zdrowy, lecz aby ktoś uwierzył. Jezus dokonał jeszcze wielu innych znaków na oczach swoich uczniów. (...) Te zaś spisano, abyście uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym... (Jan 20,30-31).

Idąc dalej tym tropem: Jezus wszędzie i zawsze mówił o Królestwie Bożym. Jakkolwiek by to nazwać: Królestwo Boga, Państwo Boga, Kraina Boga - chodzi o miejsce, gdzie nikt już nie chodzi zbulwersowany, powtarzając ciągle, że "ktoś tam inny coś tam powinien zrobić"...

Nawiasem - nabieram przekonania, że każde stękanie o tym, co kto powinien, jest niczym oskarżanie (czyt. kto oskarża), natomiast normalny człowiek raczej stara się być wyrozumiały, raczej woli jakąś niedoskonałość "zakryć", wytłumaczyć "inaczej" (zob. 1 Kor. 13,7).

Jan Chrzciciel, mimo tego, że był znany na długo przed tym, jak swoją działalność rozpoczął Jezus, stwierdził w którymś momencie, że musi powoli tracić na znaczeniu, żeby Jezus zyskiwał. Jezus natomiast mówił, że jest "drogą i prawdą", pokazywał wszystkim drogę do życia wiecznego, do Państwa Boga.

Gdy mówił: proście o cokolwiek, a będzie wam dane (Mat. 7,7; Jan 15,7), to nie chodziło o to, by prosić o nowy samochód, mieszkanie etc., chyba że... miałoby to kogoś zaprowadzić do Państwa Boga. Wyciągam taki wniosek stąd, że Jezus, gdy prosił o coś w modlitwie, chyba nigdy (przynajmniej nie pamiętam) nie prosił o coś dla siebie (no, może raz, w Getsemane, częściowo), ale zawsze o coś dla innych. A to o uzdrowienie, a to wygonienie jakiegoś demona siedzącego w środku... A wszystko to było po to, by zarówno "obiekt", jak i ludzie w otoczeniu UWIERZYLI.

Czyli "o cokolwiek poprosicie..." - ok, ale dla innych, po to, by uwierzył on lub ktoś w jego otoczeniu. Nie po to, żeby MIAŁ, lecz by UWIERZYŁ.

Wszędzie jeden cel, każda rzecz zrobiona przez Jezusa, każdy krok, każdy "cud" czy też "znak" - wszystko to miało prowadzić do Boga...

Gdy mówił: Dlatego mówię wam: Nie troszczcie się o wasze życie, co będziecie jeść albo co będziecie pić, ani o wasze ciało, w co będziecie się ubierać. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż ubranie? (...) Nie troszczcie się więc, mówiąc: Cóż będziemy jeść? albo: Co będziemy pić? albo: W co się ubierzemy? (...) Wie bowiem wasz Ojciec, że tego wszystkiego potrzebujecie, ale szukajcie najpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a to wszystko będzie wam dodane. (Mat. 6,25-33) - znowu zwracał uwagę na Państwo Boga.

Wszystko kierowało do Góry. Tak naprawdę to nic, co jest na Dole, nie ma znaczenia. Zdrowie czy choroba, bogactwo czy bieda - nic nie ma znaczenia. Uzdrowienia, modlitwy wysłuchane i wysłuchane "inaczej", zmartwychwstanie Łazarza, nawet zmartwychwstanie samego Jezusa - wszystko to jest tylko po to, by kierować do Góry. A prawdziwe życie dopiero tam ma się zacząć.

W domu Ojca mego wiele jest mieszkań (Jan 14,2) - teraz dopiero naprawdę dociera, co to za dom i gdzie on jest...

edit - kontynuacja temat (w jakiś tam sposób) w poście: [ZROBIĆ WSZYSTKO, BY ŻYĆ?]





To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 3.2.

Rozdział 3, cz. 2

Potem poszedł Jezus ze swoimi uczniami dalej, do Judei. Zatrzymał się tam na pewien czas i zanurzał (chrzcił). Zanurzał (chrzcił) też Jan, w Ainon, koło Salim, bo było tam dużo wody. A ludzie przychodzili i byli zanurzani (chrzczeni). To działo się jeszcze zanim Jan został zamknięty do więzienia.

Uczniowie Jana wdali się w dyskusję z jakimś Żydem o oczyszczaniu. Podeszli do Jana i powiedzieli:
- Mistrzu, ten, co był razem z tobą po drugiej stronie Jordanu, i o którym ty zaświadczałeś, teraz zanurza i wszyscy do niego idą.
- Człowiek nie może niczego dostać, jeśli nie będzie mu to dane z nieba - odpowiedział Jan. - Przecież wy sami możecie zaświadczyć, jak mówiłem, że nie jestem Mesjaszem, ale zostałem wysłany przed niego. Ten, który ma Pannę Młodą, ten jest Panem Młodym. Ale przyjaciel Pana Młodego cieszy się bardzo na jego głos, gdy go słyszy. Taką właśnie całkowitą radość teraz odczuwam. On musi wzrastać (obrastać w siłę lub w znaczeniu), a ja słabnąć. Ten, który pochodzi z góry, stoi ponad wszystkimi. Ten, który pochodzi z ziemi, jest z ziemi i mówi "po ziemsku" ("tylko o tym, co jest na ziemi"). Ten, co pochodzi z nieba, stoi ponad wszystkimi. On zaświadcza o tym, co zobaczył i co usłyszał, mało kto Mu jednak wierzy. Kto mu jednak uwierzył, ten "położył pieczęć" na tym, że Bóg mówi prawdę. Ten, co go Bóg wysłał, wypowiada słowa od Boga, bo Bóg daje mu Ducha "bez umiaru". Ojciec kocha Syna i oddał wszystko w Jego ręce. Ten, który wierzy w Syna, ma życie wieczne. Ten, który nie słucha Syna, nie zobaczy tego życia, ale gniew Boga pozostaje nad nim.

na podstawie: Jan 3,22-36

[dalej]
[do początku]




środa, 18 września 2013

Przejść między wrogami

Najpierw dużo opowiadał. Opowiadał rzeczy, które niekoniecznie każdemu się podobały. Opowiadał rzeczy, które lekko przeczyły powszechnej tradycji, posługując się jednocześnie powszechnie znanymi argumentami - tylko zestawiając je ze sobą w niecodzienny sposób. One miały sens!

Ale ludziom się to nie podobało. Zerwawszy się wyrzucili Go za miasto, i zawlekli aż nad urwisko na górze, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić w przepaść (Łuk. 4,29, BP).

To musiał być ciekawy klimat. Najpierw dyskusja, lekkie przeciwstawienie się tradycji. Potem ktoś się dopytuje:
- Słuchajcie, a nie jest to przypadkiem syn tego Józefa...? - i jakieś szepty gdzieś po bokach:
- Tak tak! To syn tego Józefa, co jego żona tak sama niby w ciążę zaszła...
I weź tu powiedz coś rozsądnego.

Tłum się rozszalał. Chciał Jezusa wyrzucić, zabić - jak każdą prostytutkę nakrytą publicznie na swoich czynnościach. Wyprowadził go na urwisko. Popychając, przeklinając, wyśmiewając. W kulminacyjnym punkcie - coś się stało, że Jezus spokojnie przeszedł między nimi i odszedł od nich.

Co się stało? Dlaczego nie mógł odejść od nich wcześniej?

W każdym razie - Jezus był wtedy pewien, że go nie strącą. Jak? Skąd? Mniejsza z tym. Ale odnosząc to do sytuacji - które oby się nie zdarzały w życiu - podczas spotkania z kilkoma zakapiorami - trzeba po prostu między nimi przejść. Jeśli się rozstąpią - to się uda. Jeśli nie - nie znam innego scenariusza...



sobota, 14 września 2013

WIEK ZIEMI, cz. 10, Statystyka populacji ludności

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 10

Popatrzmy teraz na naukowe dowody na to, że Ziemia nie może mieć miliardów lat. W artykule z 1999 roku czytamy, że światowa populacja ludzi przekroczyła 6 miliardów*. W 1985 roku mieliśmy 5 miliardów ludzi na świecie. W roku 1800 był nas tylko 1 miliard. Praktycznie wszystkie podręczniki i uczeni zgadzają się z tym - to fakt. Wszyscy się również zgadzają, że populacja gwałtownie rośnie.

Świat nie jest jednak przeludniony. Nie dajcie się nabrać na tę propagandę o przeludnieniu ziemi. Cała obecna populacja zmieściłaby się dwa razy w Jacksonville na Florydzie**. Świat nie jest więc przeludniony.
Jechaliście może przez Nebraskę? Albo inne stany środkowego zachodu? (Czy też dla lepszego zobrazowania - puste pola zachodniej Polski, jeszcze bardziej puste - wschodniej części kraju, że już o dalej na wschód położonych terenach nie wspomnę - np. na Ukrainie, przy powierzchni dwa razy większej niż polska, ludności jest tyle samo). Jeśli jest wam za ciasno tam, gdzie mieszkacie, to przeprowadźcie się! Jest jeszcze sporo miejsca, ziemia wcale nie jest przeludniona.

W czasach Jezusa żyło około 250 mln ludzi. Wynika z tego, że dzisiejsza krzywa populacji powinna mieć swój początek ok. 4400 lat temu. Jest to bardzo interesujące. Biblia uczy, że 6 tys. lat temu Bóg stworzył świat, a 4400 lat temu był potop. Przeżyło ośmioro ludzi, cała rodzina Noego. Zaczynając od ośmiu osób, mając dzieci, wnuki i prawnuki, można dojść do 6 mld w kilka tys. lat. Z punktu widzenia ewolucji pojawia się wówczas problem, ponieważ mówi się, że człowiek istnieje od 3 mln lat.
W 3 mln lat krzywa populacji zahaczyłaby o niebo... Obecnie na jeden cal kwadratowy przypadałoby ok. 150 tys. ludzi. To całkiem tłoczno!

Ale człowiek nie może istnieć od 3 mln lat. Bóg powiedział Adamowi i Ewie: Rozradzajcie się, rozmnażajcie i napełniajcie ziemię ("miejcie dużo dzieci"; Rodz. 1,28). Szatan, przeciwnik Boga, chce zniszczyć ten plan. Bóg tak ukształtował świat, żeby można było w nim zamieszkać: ... stworzył ziemię (...) nie aby była pustkowiem, lecz na mieszkanie ją stworzył (Iz. 45,18).

Niektórzy głoszą, że trzeba obniżyć populację ziemi i żeby ocalić matkę-ziemię powinno się eliminować 350 tys. osób dziennie***. Ted Turner (CNN) powiedział, że potrzebujemy obniżyć naszą populację o 90-95% w stosunku do stanu aktualnego.

W porządku, Ted. Ty pierwszy?

Są ludzie, którzy natychmiast chcieliby obniżenia liczby ludności do pół miliarda. (...) Bóg powiedział Szatanowi: na brzuchu będziesz się czołgał i będziesz jadł proch (...). I ustanowię nieprzyjaźń między tobą a kobietą, między twoim potomstwem a jej potomstwem - ono zdepcze ci głowę... (Rodz. 3,15). Szatan wie, że potomstwo kobiety zdepcze mu głowę, dlatego tak bardzo się stara zniszczyć ludzi. Nienawidzi ludzi. Pamiętacie, jak Herod chciał zabić małego Jezusa (jako niemowlę, tuż po urodzeniu) w Betlejem? Dla pewności rozkazał zabić wszystkie niemowlęta i dzieci do drugiego roku życia. Najwyraźniej Szatan chce zgładzić całą ludzkość i wkłada takie pomysły w głowy swoich uczniów, jak ten o redukcji populacji na całej planecie.

(Żeby daleko nie sięgać - wystarczy przypomnieć sobie Hitlera i jego teorię eksterminacji Żydów, Andersa Breivika i jego masowe morderstwo na Utøya w celu "zwrócenia uwagi na problem rosnącej multikulturowości"; Katyń i masowe rozstrzeliwania polskiej inteligencji za czasów Stalina; i wiele innych masowych mordów dokonanych w imieniu czystki etnicznej czy nacjonalistycznej - dop. wł.).

Krzywa populacji wskazuje, że człowiek jest na ziemi od ok. 6 tys. lat lub krócej. (...)

Istnieje pewien artykuł, który mówi o tym, że ok. 70 tys. lat temu nastąpił pewien kataklizm, podczas którego ludzka populacja przeszła przez pewnego rodzaju "wąskie gardło" i obniżyła się do kilku tys. Są coraz bliżej prawdy! Jednak ja myślę, że populacja spadła do ośmiu osób, ok. 4400 lat temu.

* - Star Tribune, Minneapolis, 24 lipiec 1999.
** - Jacksonville - ośrodek turystyczny i wypoczynkowy. Jego powierzchnia całkowita (lądowa) to prawie 2 tys. km kw. Jest to obszar średnio dwóch powiatów w Polsce, czy prostokąt o bokach długości 40 i 50 km.
*** - Jacques Cousteau, Demanding Accountability United Nations Development Found for Women, 1994, s. 84-85. 


01.17.42-01.23.44

[dalej]
[do początku]




czwartek, 12 września 2013

WIEK ZIEMI, cz. 9, Początek Ziemi według Biblii

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 9

Dla przypomnienia - wierzę, że Biblia jest nieomylnym słowem Boga i uczy prawdziwej historii Ziemi. Biblia mówi: Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię (Rodz. 1,1). NA POCZĄTKU. Kiedy był ten początek i ile lat ma Ziemia? Jest to niezwykle istotne. Są chrześcijanie, którzy mówią, że nie jest to ważna sprawa. Ja jednak myślę, że jest. Przekonacie się o tym za moment.

O Jezusie napisano: Wszystko w Nim i przez Niego zostało stworzone (Kol. 1,16a). To Jezus to wszystko stworzył i pewnie orientuje się, jaki jest wiek tego stworzenia. Powiedział On: Stwórca na początku stworzył mężczyznę i kobietę (Mat. 19,4). Czyli było to na POCZĄTKU. Biblia mówi, że śmierć przyszła po grzechu (Rzym. 5,12). Proste pytanie: czy to człowiek wniósł śmierć na świat, tak jak jest napisane w Biblii? Czy może śmierć sprowadziła człowieka na świat, jak to podają ewolucjoniści? Są to dwa, całkowicie przeciwne poglądy, ktoś zatem musi się mylić.

W Biblii, w 1 Liście do Koryntian jest napisane, że to człowiek przyniósł śmierć (1 Kor. 15,21). Niektórzy pytają: czy rośliny nie obumierały, zanim Adam zgrzeszył? Najpierw musimy zdefiniować pojęcie "życia". Czy rośliny żyją? Czy to o takim życiu mówi Biblia?

Jest napisane, że Adam był pierwszym człowiekiem. Jest napisane tez, że Adam żył 130 lat i zrodził syna. Jego syn miał 105 lat, kiedy narodził się jego syn. Ten natomiast miał 90 lat, gdy narodził mu się jego syn itd. (zob. poprzedni wykład). Jeśli prześledzimy dokładnie dane z Biblii, to otrzymamy ok. 6 tys. lat wstecz, czyli ok. 4 tys. lat przed Chrystusem. Na pewno nie otrzymamy milionów lat.

Na moich debatach ateiści zawsze pytają: z kim żenili się synowie Adama? Dobre pytanie. Biblia mówi, że w którymś momencie odszedł Kain i zamieszkał w ziemi Nod, na wschód od Edenu. I obcował Kain z żoną swoją, a ta poczęła i urodziła Henocha (Rodz. 4,16-17). Kim była jego żona? Nie jest napisane przecież, że znalazł ją w ziemi Nod. A kogo poślubił Set? - zadają kolejne pytanie.

Jednak to ewolucjoniści mają większy orzech do zgryzienia. Wierzą, że ok. 20 miliardów lat temu NIC wybuchło i wszystko powstało z tzw. Wielkiego Wybuchu. Potem, 4,5 mld lat temu, ziemia się ochłodziła, potem przez miliony lat padały deszcze na skały i zrobiły z nich zupę, która ożyła 3 miliardy lat temu. To są tezy nauczane przez teorię ewolucji. Tak, moi drodzy: samopowielający się system musiał wyłonić się z tej zupy. Zupa ożyła ok. 3 mld lat temu. A więc nasza pra-pra-prababcia była zupą.

Z kim więc żenili się synowie Adama? Pismo mówi, że po zrodzeniu Seta żył Adam osiemset lat i spłodził synów i córki (Rodz. 5,4). Ile dzieciaków można mieć w 800 lat? Co najmniej... kilkoro? Pewien mój znajomy ma 13 dzieci, które urodziły mu się w ciągu 13 lat. Ile więc można urodzić w przeciągu 800 lat? Na pewno KILKORO.

Biblia mówi, że Adam żył 800 lat po zrodzeniu Seta i spłodził synów i córki. Tak więc w pierwszym pokoleniu synowie żenili się z... siostrami. Ludzie pytają: z siostrami??? Spokojnie. Po pierwsze - nie mieli wyboru. Po drugie - i tak nie było ich gdzie zadenuncjować... Po trzecie - nie było prawa przeciwko temu. Dopiero Mojżesz, 2,5 tys. lat później, nadał ludziom takie prawo. Nie potrzebowano go zresztą przez pierwsze 2 tys. lat, ponieważ ich chromosomy nie były uszkodzone i nie rodziły się zdeformowane dzieci. Widzicie - ludzkie cechy są dziedziczone, nawet fakt posiadania dzieci jest dziedziczny. Jeśli wasi rodzice nie mieli dzieci, to prawdopodobnie wy także nie...

Pomyślcie - przecież Adam poślubił "swoje żebro", a nie stanowiło to problemu w pierwszym pokoleniu! Ateiści będą ciągnąć swoje: nie możemy współżyć z siostrami, bo byłaby to endogamia, kojarzenie krewniacze. A w co wy wierzycie - odpowiadam. Wy wierzycie, że powstaliśmy wszyscy ze skały. Czy skały posiadają kod genetyczny?

Możliwe, że nie zauważycie tego czytając Biblię, ale jeśli sporządzicie taki wykres, to zauważycie, że Adam żył na tyle długo, by poznać swojego pra-pra-prawnuka (zobacz: Abraham mógł słyszeć historię stworzenia z trzeciej ręki). To znaczy że tata Noego mógł znać Adama. Wyobraźcie więc sobie zjazd rodzinny w tamtych czasach. "Dobra, wszyscy na wielbłądy i jedziemy odwiedzić naszego pra-pra-pradziadka. Opowie nam, jak to było w ogrodzie Eden, zanim pierwsza kobieta wywiodła pierwszego mężczyznę w pole"...

Bardzo lubię dowcipy, a szczególnie o Adamie i Ewie. Pewna pani zapytała mnie: gdzie wy, mężczyźni, bylibyście bez nas, kobiet? Odpowiedziałem: w ogrodzie Eden!

Ale wtedy bylibyśmy ciągle samotni.

Patrząc na diagram możemy zauważyć, że Sem, syn Noego, żył wystarczająco długo po potopie, by mógł poznać Abrahama, Izaaka i Jakuba.

Przeczytałem kiedyś werset w Biblii, którego długo nie mogłem zrozumieć. Jest wiele takich niezrozumiałych fragmentów, ale ten zmusił mnie do myślenia. I rzekł faraon do Jakuba: Ile jest lat życia twego? Jakub powiedział faraonowi: Czas mojego pielgrzymowania wynosi sto trzydzieści lat. Krótki i zły był czas życia mojego i nie dosięgnął lat życia ojców moich (Rodz. 47,8-9). Dziwny tekst. Jakub mógł osobiście znać Sema i paru innych, żyjących w podobnym czasie. Gdybyście mieli 130 lat, a wasz sąsiad 600 lat, to nie czulibyście się staro.

Ludzie twierdzą, że przekazywanie Biblii z pokolenia na pokolenie obniżyło jej wiarygodność. Po pierwsze - Bóg natchnął i chronił to słowo. Po drugie - Księga Rodzaju ma dziesięciu różnych autorów, bezpośrednich świadków. O tym, kto napisał Księgę Rodzaju, będzie w dalszych wykładach.

W podręcznikach jest napisane, że Jezus powiedział, że początkiem było stworzenie Adama (Mat. 19,4). Albo kłamał, albo nie rozumiał współczesnej nauki. A może miał rację?

Jaki jest zatem wiek Ziemi? W podręcznikach podają, że Ziemia ma miliardy lat. Ta liczba jest podawana tak, jakby była stwierdzonym faktem. Nawet niektórzy chrześcijanie twierdzą, że Ziemia ma miliardy lat (w tym Billy Graham). Kogo w ogóle obchodzi wiek Ziemi? Teoria, że ziemia powstała miliardy lat temu, sprawia, że nie traktujemy śmierci jako bezpośredniego skutku grzechu. A to już jest "herezja". Więcej na ten temat w późniejszych wykładach.

Biblia mówi, że śmierć przyszła na świat z powodu człowieka. Nie możemy więc nie interesować się wiekiem Ziemi, bo:
1. Zagrażamy wiarygodności Księgi Rodzaju. Pytanie: czy każdy jest w stanie zrozumieć tę księgę, czy też potrzebujemy "guru", który wytłumaczyłby jej sens? Jeśli potrzebujecie kogoś, kto tłumaczyłby wam sens tej księgi, to prawdopodobnie jesteście w... sekcie!

Bardzo się denerwuję, kiedy ktoś mówi: "no, w oryginale to oznacza to i tamto". Innymi słowy - nie jesteście w stanie sami do tego dojść, dlatego potrzebujecie mnie, żebym wam objaśniał? Myślę, że przeciętna osoba może bez problemu zrozumieć Biblię. Nie potrzeba ludzi, którzy by ją wyjaśniali.

2. Zagrażamy wiarygodności Jezusa, który 25 razy cytował Księgę Rodzaju. Musiał w nią wierzyć.
3. Prawie każda księga w Biblii nawiązuje do Księgi Rodzaju (sam Nowym Testament nawiązuje ok. 200 razy).
3. Najbardziej zainteresowani tą księgą są sami ewolucjoniści, bo jeśli zabierze się im te "miliardy lat", to ich teoria okaże się jeszcze bardziej niedorzeczna.

Jezus powiedział: Gdybyście uwierzyli Mojżeszowi, to mnie też byście uwierzyli, bo to on napisał o mnie (Jan 5,46-47).

01.06.50-01.17.41

[dalej]
[do początku]



To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 3.1.

Rozdział 3, cz. 1

Był sobie pewien człowiek, nazywał się Nikodem. Był faryzeuszem i jednym z żydowskich dostojników. Przyszedł on pewnej nocy do Jezusa i powiedział:
- Mistrzu, wiemy, że jesteś nauczycielem, który przyszedł od Boga, bo nikt inny nie mógł by robić takich cudów/znaków, które ty robisz, jeśli by Bóg nie był z nim.
- Naprawdę - odpowiedział Jezus - naprawdę, mówię ci: ten, co się nie narodzi (nie odżyje) od nowa, nie może zobaczyć Królestwa Boga.
- Jak to może narodzić się ten, który jest stary? - powiedział Nikodem. - Może wejść z powrotem do matki i urodzić się drugi raz?
- Naprawdę, mówię ci: ten, co nie urodzi się z wody i z Ducha, nie może przyjść do Królestwa Boga. To, co jest urodzone z ciała, pozostanie ciałem, ale to, co jest urodzone z Ducha, pozostanie duchem. Nie dziw się temu, co ci powiedziałem o narodzeniu się. Wiatr wieje tam, gdzie chce, słyszysz szum, ale nie wiesz, skąd on wieje i dokąd podąża. Tak samo jest z każdym, który urodzony jest z Ducha.
- Jak to się może stać? - zapytał Nikodem.
- Jesteś nauczycielem Izraela, a nie wiesz tego? Naprawdę, mówię ci: opowiadamy o tym, co wiemy i o czym możemy zaświadczyć, że to widzieliśmy. Ale wy nie przyjmujecie naszych opowieści. Jeśli nie wierzycie, kiedy mówię wam o sprawach ziemskich, to jak możecie uwierzyć, kiedy opowiadam o sprawach niebiańskich? Nikt inny nie był w niebie, jak ten, co z nieba przyszedł - Syn Człowieczy, będący w niebie*.
I tak, jak Mojżesz wyniósł na pustyni węża ponad wszystkich (na widok wszystkich; tak, żeby każdy widział)**, tak Syn Człowieczy też musi być wyniesiony w górę, żeby każdy, kto w Niego uwierzy, miał życie wieczne. Bo tak mocno Bóg pokochał świat, że dał swojego Syna, jedynaka, żeby każdy, kto uwierzy w Niego, nie poszedł na stracenie, tylko miał życie wieczne. Bóg nie wysłał swojego Syna na świat, żeby go potępić (skazać), ale żeby był wybawiony przez Niego. Ten, kto wierzy w Niego, nie będzie potępiony (skazany). Ten, co nie wierzy, już jest potępiony (skazany), bo nie uwierzył w imię jedynego syna Boga. A taka jest przyczyna potępienia: Światło przyszło na świat, ale ludzie rozkochali się w ciemności bardziej niż w jasności, ponieważ ich poczynania są złe. Bo każdy, który czyni zło, nienawidzi światła i nie przychodzi do światła, żeby jego poczynania nie zostały uwidocznione. Ale ten, który prowadzi się według prawdy, przychodzi do tego Światła i staje się jasne, że jego poczynania wykonywane są w Bogu (w imię Boga, z powodu Boga).

* - będący w niebie - tego fragmentu tekstu nie ma w żadnym z dostępnych mi polskich tłumaczeń, poza BG lub BGU. Słowo ων (wym. on), tłumaczone jako "jest (w niebie)", w porównaniu z innymi występowaniami oznacza faktycznie "będący" (http://biblia.oblubienica.eu/wystepowanie/word/id/%CF%89%CE%BD). Rozumiem ten tekst nie jako "będący w niebie", ale "będący z nieba", "pochodzący z nieba".
** - historia z czasów wędrówki Izraelitów po pustyni. Mojżesz miał wykonać miedzianego węża i osadzić go na jakimś drzewcu, żeby był widoczny dla każdego w obozie. Ciągłe patrzenie na niego miało uchronić każdego przed ukąszeniem jadowitych węży, które wtedy właśnie opanowały obóz (zob. Liczb 21,5-9). 


na podstawie: Jan 3,1-21

[dalej]
[do początku]



wtorek, 10 września 2013

WIEK ZIEMI, cz. 8, Jak wyliczyć wiek Ziemi?

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 8

Ponad połowa naukowców w Ameryce wierzy w ewolucję*. To pewnie ci, którzy nie byli jeszcze na moich wykładach. Fakt, że taka grupa naukowców aprobuje jakąś tezę, wcale nie świadczy o jej słuszności.

Czy bazując na opinii większości możemy decydować o tym, co jest prawdą? Naukowcy uczyli kiedyś, że wszystkie planety krążą dookoła Ziemi. Twierdzili, że duże kamienie spadają szybciej, niż małe. Tak uważano przez prawie 2 tys. lat! Chociaż nie było to prawdą. Uczyli, że jeśli ktoś jest chory, to ma zakażoną krew. Upuszczano więc krwi, żeby doprowadzić do wyzdrowienia. W taki sposób zmarł George Washington. W całej Ameryce można było znaleźć gabinety oznaczone biało-czerwonym słupem, w których taki zabieg wykonywano. Fryzjerzy zajmowali się upuszczaniem krwi. Nawet teraz czasami to robią...

Obok George'a leżała Biblia. Było w niej napisane, że życie ciała znajduje się w jego krwi (Kapł. 17,11). Gdyby przeczytał ten werset, mógłby żyć jeszcze długo.

Wyobraźmy sobie, że nurkując znajdujemy skrzynię pełną monet. Moje pytanie: kiedy zatonął okręt z tą skrzynią? Nie wiemy. Ale spójrzmy, jakie daty są na monetach. Jeśli znajdziemy monetę z 1750 roku, to możemy się domyślić, że okręt zatonął PO 1750 roku. Nie mógł zatonąć przed tą datą, prawda? Znajdźmy najmłodszą monetę, a otrzymamy czynnik limitujący datę zatonięcia.

Jaki jest więc wiek Ziemi? Istnieje kilka czynników, które nam to mogą pokazać. Przeanalizujemy je już wkrótce. Pokażę dowody zaprzeczające temu, że Ziemia ma miliardy lat.

Mam tutaj kopię skamieniałych kości dinozaurów. Oryginalne znajdują się w naszym muzeum. Jeśli zdarzy się wam odkryć jakieś szczątki dinozaura, powinniście zauważyć dwa fakty:
1. Kości nie potrafią mówić.
2. Nie ma na nich wypisanej daty. Nie jest na nich napisane "made in Taiwan, 17 mln lat przed Chr.".

Jak określić wiek skamieliny? Jak określić wiek Ziemi? Powinniśmy zapytać o to kogoś, kto ją stworzył. Na pewno zna dokładną datę. Biblia mówi: Bóg stworzył niebo i ziemię (Rodz. 1,1). Mówi też, że w Jezusie zostało stworzone wszystko, co jest na niebie i ziemi (Kol. 1,16a). Nie jest to jedyny werset dowodzący, że Jezus jest Bogiem Wszechmocnym i człowiekiem zarazem. Biblia naucza też o Trójcy - wszyscy trzej są nazwani "Bogiem". Jezus powiedział: Czyż nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył mężczyznę i kobietę? (Mat. 19,4). Jeśli stworzenie mężczyzny i kobiety to był początek, to możemy wyznaczyć wiek Ziemi.
Możemy iść do początku Biblii i pododawać daty. Biblia mówi, że śmierć nie istniała od zawsze, lecz jest skutkiem grzechu (zob. Rzym. 5,12). Śmierć przyszła przez człowieka. Adam był pierwszym człowiekiem i przez Adama wszyscy umieramy. To Adam sprowadził śmierć na ziemię.

Adam miał 130 lat, gdy urodził mu się syn, Set. Ten miał 105 lat, gdy urodził mu się jego syn. A ten syn miał 90 lat, gdy przyszedł na świat jego syn. (Rodz. 5,3-9). Jeśli prześledzimy Biblię i policzymy te daty, to można sporządzić taki wykres, jak ten:


Jeśli dodamy te wszystkie daty z Biblii, to wyjdzie nam ok. 4 tys. lat do czasów Chrystusa. Nie MILIARDY lat, ale ok. 4 TYSIĄCE! Oczywiście nie podaję żadnej dokładnej daty stworzenia, bo nie ma wzmianki, że odbyło się ono 4004 lata przed Chrystusem, 23 października, o 2 po południu. Nie ma tego w tekście biblijnym. Nie mogę tego udowodnić, ale myślę, że Bóg stworzył Adama przed Ewą, ponieważ nie chciał, by ktoś udzielał mu rad: co i jak robić...

Skrót p.Ch. oznacza "przed Chrystusem". Większość podręczników używa jednak określenia: p.n.e. - "przed naszą erą". To jest kolejny przykład na to, jak pamięć o Chrystusie została usunięta ze szkół. Obwiniamy Boga za wiele sytuacji, ale nawet nie zdajemy sobie sprawy, że sami wyrzuciliśmy go z naszego życia.

Podręczniki mówią: Ziemia ma miliardy lat, a Jezus mówił, że stworzenie Adama było początkiem (zob. Mat. 19,4). Czy kłamał? Czy nie rozumiał nowoczesnej nauki? A może miał rację?

Jaki jest wiek Ziemi?

A jaka to naprawdę różnica?

Odpowiadam - WIELKA.

Jak udowodnić, że Ziemia wcale nie ma miliardów lat? Jeżeli Ziemia ma tylko 6 tys. lat, to co się stało z dinozaurami? Co z ogrodem Eden? Jak to możliwe, że pierwsi ludzie żyli po 900 lat i więcej? A co z Wielkim Kanionem? Jak światło gwiazd dostaje się tutaj? Skąd pojawiły się te wszystkie języki? To dlatego moje seminaria są tak długie!

* - wg Washington Times z dn. 31.08.1998.

01.00.02-01.06.49

[dalej]
[do początku]




WIEK ZIEMI, cz. 7, Żaba przemieniona w księcia

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 7

A teraz uwaga - jeżeli powiem wam, że gdy pocałujecie żabę, to zamieni się w księcia, to odpowiecie, że to niemożliwe. Drogie panie - ile z was zdobyło swoich mężów przez całowanie żaby? Tylko dwie? Rzeczywiście, nie zdarza się to zbyt często. Ale podręczniki mówią co innego - zaczęliśmy od ameby i powoli ewoluowaliśmy w żabę! A potem przekształciliśmy się w księcia!

Wciąż nauczana jest ta sama bajka, z tą jednak różnicą, że jeśli żaba zamienia się w księcia szybko, to nazywa się to bajką, a jeżeli powoli - nauką. Jedyną różnicą jest czas. Widzicie więc, że nie wystarcza jeden pocałunek, potrzeba raczej miliardów lat. Ile razy słyszeliście już frazes: miliardy lat temu...? Np. w National Geographic napisano, że świat powstał miliardy lat temu. I twierdzą oni, że jest to ścisły fakt. W podręczniku z czwartej klasy również przeczytamy, że miliardy lat temu.... Dzieci, jeżeli to usłyszycie, to zapytajcie: "Czy żył Pan wtedy?" Odpowiedź będzie oczywiście przecząca. Pytajcie więc dalej: "Czy jest Pan pewien, że ziemia ma miliardy lat? Czy tylko Pan w to wierzy?

Czy to jest prawdziwa nauka ścisła? Nauka ścisła mówi o rzeczach, które możemy zaobserwować, zanalizować i sprawdzić. Ludzie pytają mnie:
- Hovind, czy byłeś przy stworzeniu świata?
- Przyznaję, że nie - odpowiadam - ale jest to część mojej religii. Tylko dlaczego wy nie przyznacie, że wasze tezy też są religią?

Profesorowie, z którymi debatuję, mówią, że nikt nie jest w stanie zaobserwować, że ziemia ma miliardy lat, ale wszyscy w to wierzą. Nieprawda! Większość Amerykanów wierzy, że ziemia ma mniej niż 10 tys. lat i stworzył ją Bóg. Tylko 4% jest ateistami. Uważam, że te 4% powinno otworzyć sobie szkoły dla tych, którzy chcą się uczyć o teorii ewolucji i tylko w nich nauczać tej teorii. Powinno się usunąć ją ze szkół publicznych.

57.17-01.00.01

[dalej]
[do początku]


WIEK ZIEMI, cz. 6, Ewolucja a normy moralne

Kent Hovind
WIEK ZIEMI
cz. 6

Jeżeli ewolucja jest prawdą, to skąd mamy zdolność do rozróżniania dobra i zła? Jak określa się dobro i zło? Zróbmy listę kilku spraw: aborcja, seks przedmałżeński, seks pozamałżeński, kradzież, morderstwo, albo jakikolwiek inny dylemat moralny. Zanim jednak zabierzemy się do oceniania, co jest dobre a co złe, musimy najpierw określić kryterium oceny. Czy dobro i zło określa się na podstawie opinii większości? Czy może rozsądzamy na podstawie rozporządzenia z Sejmu? Czy istnieje jakiś standard normalizacyjny, który określa, co jest dobre, a co złe? A może z każdym pokoleniem zmieniają się kryteria oceny tych wartości? Czy zauważyliście, że dzisiejsza muzyka rockowa przesycona jest śmiercią, krwią i zniszczeniem? W Biblii jest napisane: Ci, którzy mnie nienawidzą, rozkochują się w śmierci (Przys. 8,36). Jak odróżniamy zło od dobra? Przyjmując prawdziwość ewolucji nie mamy takiej możliwości!

Pewien profesor podczas debaty stwierdził: "Nie ma absolutu!" Odpowiedziałem: "Naprawdę? Jest pan absolutnie pewien?" Jak można być absolutnie pewnym, jeśli nie ma absolutów?

Okazuje się, że jednak są. To mówi Pan - oto absolut. I tak właśnie "powiedział Pan": nie będziesz nacinał swojego ciała ani malował znaków na ciele (Kapł. 19,28). Widocznie niektórzy ludzie tego nie wiedzą, lub nie przejmują się tym, co mówi Słowo Boże. Problem polega na tym, że straciliśmy normę, na podstawie której odróżniamy dobro od zła. Spróbujmy zlecić budowę budynku przy założeniu, że każdy będzie używać innej jednostki miary. Dla jednego "trochę" to będzie cal, dla innego - centymetr. Jak będzie wyglądał taki budynek po wybudowaniu?... Musimy mieć normę! Powołaliśmy w tym celu Narodowy Komitet Normalizacyjny, by ustalił wzorcowy metr, wzorcowy kilogram. Normy są potrzebne. Problem w tym, że nasza moralność nie posiada żadnych norm! Wyrzuciliśmy Pismo Święte, które było taką normą kiedyś, i spójrzmy na to, co dzieje się w naszych szkołach!

Nauczyciele nie rozumieją, że dozwolone jest nauczanie teorii kreacjonistycznej w szkołach publicznych. Nigdy nie było żadnych przepisów przeciwko nauczaniu o stworzeniu. (...) Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że kiedy na lekcjach mówi się dzieciom: "Popatrzcie, powoli ewoluowaliśmy z osadów do postaci homo sapiens", to zabija się wiarę małych ludzi w Boga. Każdy, kto niszczy wiarę dzieci, powinien dowiedzieć się, co powiedział Jezus: Kto zaś zgorszy jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, lepiej będzie dla niego, aby mu zawieszono u szyi kamień młyński i utopiono w głębi morza (Mat. 18,6). Ktokolwiek więc uczy o ewolucji, pakuje się w poważne kłopoty. Biblia mówi też: Niechaj niewielu z was zostaje nauczycielami, gdyż ci otrzymają surowszy wyrok (Jak. 3,1).

Jeszcze 50 lat temu w przeciętnych amerykańskich podręcznikach rzadko wspominało się na temat ewolucji. W 1957 roku Rosjanie pokonali USA w wyścigu kosmicznym. Wystrzelili Sputnika. Ameryka spanikowała. Ludzie wpadli w panikę, budowano nawet schrony przeciwatomowe. Panowała napięta atmosfera. Ktoś więc wpadł na genialny pomysł, że przyczyną lepszego postępu Rosjan w naukach ścisłych jest uczenie o teorii ewolucji w szkołach.

Co ewolucja ma wspólnego z wysyłaniem satelitów na orbitę?! Prawdziwym powodem szybszego postępu Rosjan byli szpiedzy gospodarczy, którzy wykradali wszystkie amerykańskie osiągnięcia! Przemawiałem kiedyś w Rosji i wierzcie mi - nie ma im czego zazdrościć.

W 1959 roku odbyła się setna rocznica wydania książki Darwina O pochodzeniu gatunków. I znowu ktoś powiedział - "powinniśmy zamieścić więcej informacji na temat ewolucji w podręcznikach". Wywarto nacisk na Kongres i pierwszy raz w historii rząd USA zaangażował się w sprawy podręczników szkolnych. To interesujące, że ilość słów dotyczących ewolucji wzrosła w ciągu kilku lat z 3.000 do 33.000! Teoria ewolucji stała się państwową religią. W roku 1963 wycofano ze szkół modlitwę. Od roku 1963 ilość słów dotyczących ewolucji zmniejszyła się z powodu zmniejszenia treści w podręcznikach, a poziom nauczania znacznie zaniżono.

W 1963 roku ilość zakażeń chorobami wenerycznymi w przedziale od 10-14 roku życia gwałtownie wzrosła. Zdecydowanie urosła też liczba urodzin dzieci ze związków przedmałżeńskich. Od tego roku znacznie też urosła liczba dzieci ze związków pozamałżeńskich. Liczba zajść w ciążę dziewczynek od 10-14 roku życia poszybowała w górę i wzrosła aż o 500%! Różnica tych dwóch słupków daje nam liczbę aborcji. Z tych samych statystyk wynika, że 1/3 dzieci narodzonych w szpitalach to dzieci par nieślubnych. Poważnie pogorszyły się też statystyki samobójstw nastolatków.


Jeśli ktoś z was jest dzieckiem nieślubnym, niech słucha uważnie: Bóg cię kocha i może użyć w sposób potężny! Powiedział, że będzie ojcem dla tych, którzy nie mieli ojca. Jeśli twoi rodzice to zawalili, to zostaw to za sobą i służ Bogu całym swoim życiem. Tymoteusz (jeden z autorów listów w Nowym Testamencie - dop. wł.) był nieślubnym dzieckiem, a jednak Pan posłużył się nim w niezwykły sposób.

Liczba konkubinatów zwiększyła się o 725%. Boże Słowo nie zmieniło się. Bóg będzie sądził cudzołożnice i cudzołożników. Jedno z dziesięciu przykazań mówi: Nie będziesz cudzołożył (Wyj. 20,14). To jest nakaz, a nie propozycja! (Tu - osobiście mam nieco inne zdanie, o tym innym razem - dop. wł.). Jezus powiedział: Każdy, kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił cudzołóstwo w sercu swoim (Mat. 5,28). Kobiety nie rozumieją, żeby uważać na to, jak się ubierają. Mój tato powtarzał: "Jeśli nie jesteś w biznesie, nie reklamuj się!".


Odsetek rozwodów w USA wzrasta w zawrotnym tempie. Liczba przestępstw zwiększyła się prawie o 1000%! Nie jestem jeszcze stary, ale pamiętam czasy, kiedy nie trzeba było zamykać domu. A w stacyjce samochodu zostawiało się kluczyki. Nie wyciągało się ich, żeby nie zgubić. Widywano naładowane strzelby zawieszone za tylną szybą, a jakoś nie słyszało się o postrzeleniach.

Może nie wiecie, ale sprawcy strzelaniny w Columbine, Colorado, rok 1999, byli silnie przekonani co do teorii ewolucji. Urządzili sobie strzelaninę celowo w dzień urodzin Hitlera, po to, by go uczcić. Jednego z uczniów zastrzelili tylko dlatego, że był czarnoskóry (Hitler nienawidził Murzynów).

(Jeden z nich wcześniej włamał się do vana, by ukraść sprzęt elektroniczny pozostawiony na siedzeniu. Został złapany, spędził czas w poprawczaku, potem został zwolniony za dobre sprawowanie. Po zwolnieniu napisał w swoim pamiętniku: Czy Ameryka nie miała być krajem wolnych ludzi? Jak to możliwe, że skoro jestem wolny, nie mogę pozbawić głupiego, pieprzonego idioty jego własności, którą zostawił leżącą na przednim siedzeniu, na widoku i w środku pieprzonego niczego, w pią-pieprzą-tkową noc. SELEKCJA NATURALNA. Pieprzeńca powinno się zastrzelić*. - dop. wł.).

Po tym wydarzeniu ktoś powiedział:
- Potrzebujemy więcej przepisów dotyczących broni palnej. Te dzieci nadużyły 18 przepisów dotyczących broni!
Czy myślicie, że 2 dodatkowe zatrzymałyby ich?

Zdaje się, że ktoś nie pojął istoty problemu. Ktoś inny domyślił się, o co chodzi i przedstawił to na kołpaku swojego vana: Obwinianie broni za wydarzenia w Columbine to jak obwinianie sztućców za to, że pani Rosie jest gruba. Szanowna pani Rosie, to nie jest wina sztućców... To nie jest również wina broni.

* - źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_w_Columbine_High_School

46.41-57.16

[dalej]
[do początku]


poniedziałek, 9 września 2013

"Cuda" czy "znaki" Jezusa?

Greckie słowo σημεια (wym. semeia), które często w polskich przekładach (BW i BG) tłumaczone jest jako "cuda", które czynił Jezus, w zasadzie tłumaczone jest jako i "cuda", i "znaki" jednocześnie. Na określenie "cuda" - jako rzeczy czy zjawiska "cudaczne", zupełnie dziwne - używane jest inne słowo: τερατα (wym. terata).

Wg słownika Strong's Hebrew and... słowo semeia ma znaczenie ceremonialne i ponadnaturalne: cuda, znaki, kody; natomiast terata używane jest w sensie prawdziwej "cudowności", ponadnaturalności - np. cudowne dziecko, wróżba (omen).

Słowo semeia, tłumaczone w tych przekładach jako "cud", tłumaczone jest także jako "znak" we fragmentach, które pokazują zupełnie inny kontekst:

Mat. 16,2-3: Lecz On im odpowiedział: "Wieczorem mówicie: "Będzie piękna pogoda, bo niebo się czerwieni, rano zaś: "Dziś burza, bo niebo się czerwieni i jest zasępione". Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie możecie?" (BT); A On, odpowiadając, rzekł im: Gdy nastanie wieczór, mówicie: Będzie pogoda, bo się niebo czerwieni; A rano: Dziś będzie niepogoda, bo się niebo czerwieni i jest zachmurzone. Oblicze nieba umiecie rozpoznawać, a znamion czasów nie potraficie? (BW)

Mar. 16,17: A takie znaki będą towarzyszyć tym, którzy uwierzą: w moim imieniu będą wypędzać demony, będą mówić nowymi językami... (BGU)

Łuk. 21,11: I będą miejscami wielkie trzęsienia ziemi oraz głód i zaraza, będą także straszne zjawiska i wielkie znaki z nieba. (BGU)

Łuk. 21,25: I będą znaki na słońcu, księżycu i na gwiazdach, a na ziemi lęk bezradnych narodów... (BW)

Słowo to powtarza się też często w Dziejach Apostolskich i Apokalipsie. Ale do zobrazowania tego, co mam na myśli, tych parę powyższych przykładów wystarczy. Wyciągam z tych przykładów śmiały wniosek, że słowo semeia znaczy nie tyle "cud", co raczej "znak", "symptom", "sygnał wysłany przez kogoś", "oznaka czegoś, co się dzieje/zdarzy" - a nawet tylko i wyłącznie to.

Ciekawostką jest fakt, że zawsze, gdy używany jest w tych przekładach zwrot zawierający oba te słowa na raz, znaki i cuda (σημεια και τερατα), semeia zamiast "cudem" staje się "znakiem", a faktycznym "cudem" staje się terata. (και - brzmi jak po śląsku: "kaj", a znaczy "i"). Parę przykładów:

Mat. 24,24: Powstaną bowiem fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki (semeia) i cuda (terata), aby, o ile można, zwieść i wybranych. (BW)

Jan 4,48: Wtedy Jezus rzekł do niego: Jeśli nie ujrzycie znaków (semeia) i cudów (terata), nie uwierzycie. (BW)

Dz. Ap. 4,29-30: A teraz, Panie, spójrz na ich groźby i daj twoim sługom z całą odwagą głosić twoje słowo; gdy ty wyciągniesz swoją rękę, aby uzdrawiać i dokonywać znaków (semeia) i cudów (terata) przez imię twego świętego Syna, Jezusa. (BGU)

I wiele innych, podobnych.

Jak więc można zrozumieć inne fragmenty Pisma, które mówią o czynieniu cudów przez Jezusa, jeśli te właśnie cuda - zrozumieć jako "znaki"?

Jan 2,23:
A gdy był w Jerozolimie, na święcie Paschy, wielu uwierzyło w imię jego, widząc cuda, których dokonywał. (BW)
Kiedy przebywał w Jerozolimie podczas Paschy w dzień świąteczny, wielu, widząc znaki, które czynił, uwierzyło w Jego imię. (BP)

Jan 6,2:
A szło za nim mnóstwo ludu, bo widzieli cuda, które czynił na chorych. (BW)
Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali. (BT)

Jan 20,30-31:  
I wiele innych cudów uczynił Jezus wobec uczniów, które nie są spisane w tej księdze; Te zaś są spisane, abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga... (BW)
Jezus dokonał jeszcze wielu innych znaków na oczach swoich uczniów. Nie zostały one spisane w tej księdze. Te zaś spisano, abyście uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym... (BP)

Dz. Ap. 8,6:  
Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. (BW)
Tłumy słuchały z uwagą i skupieniem słów Filipa, ponieważ widziały znaki, które czynił. (BT)

Cóż. Wychowałem się na Biblii Warszawskiej. Biblie Tysiąclecia i Poznańska nazywają te "cuda" wprost jako "znaki". Stara Biblia Gdańska - drugie tłumaczenie, które cieszyło się moim "drugim" autorytetem - też nazywa te znaki "cudami". Dla tych, którzy znają Pismo w przekładzie z Biblii Tysiąclecia, nie jest to żadne odkrycie.

Tak czy siak. Pamiętając o tych dwóch fragmentach, cytowanych też wyżej: Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali (mowa o uzdrowieniach); Jezus dokonał jeszcze wielu innych znaków na oczach swoich uczniów. Nie zostały one spisane w tej księdze. Te zaś spisano, abyście uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym.. - trzeba sobie uprzytomnić, że każdy "cud" Jezusa, każde uzdrowienie chorego - ślepego, trędowatego, sparaliżowanego - wszystko to były znaki, by uprzytomnić ludziom, kim Jezus był. Stąd wyciągam wniosek - że każde uzdrowienie jest "znakiem" od Boga. Znakiem Boga. Symptomem tego, że On pojawił się w czyimś życiu. Sygnałem, że On jest i ma nad wszystkim kontrolę.

(Oczywiście jeśli ktoś nie został uzdrowiony z niczego, nie oznacza to, że Boga w Jego życiu nie ma - w drugą stronę to tak nie działa...).

Uzdrowienie - cud, cudowne, nadnaturalne wyzdrowienie. Owszem. Ale też znak, symptom, sygnał, oznaka tego, że to Bóg działał. A wszystkie te znaki (cuda, uzdrowienia) były zrobione - owszem, po to, by człowiek stał się zdrowy, ale - idąc dalej tym tokiem myślenia - głównie po to, by sami uzdrawiani i ludzie wokół - uwierzyli w Boga. Uwierzyli w Jezusa. Były to znaki wskazujące na Boga.

Co z tego dalej wynika - jeszcze nie wiem. Możliwe, że kiedyś jeszcze powrócę do tego tematu.

edit - temat został pociągnięty w poście [PAŃSTWO BOGA]






To, co Janek chciał powiedzieć, cz. 2.2.

Rozdział 2, cz. 2

Było tuż przed świętami paschy żydowskiej, a Jezus wybrał się do Jerozolimy. Na placu świątynnym znalazł handlarzy, którzy handlowali wołami, owcami i gołębiami, i usadowionych tam "cinkciarzy"*. Wtedy splótł sobie sznur** i wygonił ich wszystkich ze świątyni, razem z ich towarami. Porozrzucał pieniądze "cinkciarzy" i poprzewracał ich stoły, a do tych, co sprzedawali gołębie, powiedział:
- Zabierajcie to precz! Nie róbcie z domu mojego Ojca jakiegoś targu!
A jego uczniowie przypomnieli sobie, że było napisane: Żarliwość o twój dom pożera mnie***.

Wtedy Żydzi chcieli dojść z tym do porządku i zapytali go:
- Możesz pokazać nam jakiś znak, że masz prawo, by to robić?
- Zburzcie tę świątynię - odpowiedział Jezus - a ja postawię ją na nowo w trzy dni.
- W czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a ty chcesz ją odbudować w trzy dni? - odpowiedzieli oni.
Ale On inną świątynię miał na myśli - swoje własne ciało. Kiedy zmartwychwstał, jego uczniowie przypomnieli sobie, że to powiedział i uwierzyli w Pisma i to słowo, które powiedział Jezus.

Podczas pobytu Jezusa w Jerozolimie, w czasie święta paschy, wielu uwierzyło w Jego imię, widząc znaki/cuda****, które robił. Ale Jezus nie ufał im zbytnio, bo znał ich wszystkich na wylot i nie potrzebował, żeby ktoś miał zaświadczać o człowieku. On sam wiedział, co mieszkało w człowieku.

* - dosł.: "osoby wymieniające pieniądze"; "cinkciarze" nie jest tu najodpowiedniejszym słowem, bo kojarzy się z nielegalną wymianą pieniędzy, ale innego słowa brak. To były raczej coś jak osoby pełniące funkcję kantorów wymiany walut - wymieniano walutę z ogólnej, obiegowej, na świątynną (specjalna waluta używana w obiegu świątynnym). Powinno być raczej "kantorzysta", tyle że takiego słowa nie ma.
** - chodzi o coś w rodzaju "marchewy" - kto jeździł na obozy i kolonie młodzieżowe, ten wie, o co chodzi.
*** - cytat ze Starego Testamentu, Ps. 69,10.
**** - znaki/cuda - w zasadzie w grece to samo słowo używane jest na określenie cudów, które robił Jezus, jak i dla określenia np. "znaków czasu", "symptomy pór roku" etc.


na podstawie: Jan 2,13-25

[dalej]
[do początku]


sobota, 7 września 2013

Rozpoznać głos Boga

Andrzej Sieja
Rozpoznać głos Boga
(org.: Gdy Bóg mówi do Ciebie)
lekka parafraza
http://www.slupsk.adwent.pl/index.php/andrzej-sieja

Dzisiejsze rozważanie będzie bardzo praktyczne. Chciałbym, byśmy zastanowili się nad najpiękniejszą rzeczą, która mogła zdarzyć się nam, ludziom. Mianowicie nad tym, że ktoś tak wielki, Bóg Wszechświata, mówi do nas. To rozważanie zatytułowałem: Gdy Bóg mówi do Ciebie - co oznacza, że my go obchodzimy, my go interesujemy. To znaczy, że jeśli my interesujemy Boga, to On widzi w nas wartość. I to jest to, co ciągle podziwiam - On widzi w nas, we mnie to, czego nie widzą inni. Ekscytuje mnie to często, bo daje mi to szansę wtedy, gdy nikt inny mi jej nie daje. I żebym o tym nie zapomniał, mówi: "Zapisz to". Wiem, że łatwo jest o tym zapomnieć, albo uwierzyć w to, co inni mówią o nas.

Zostało wykreowane tzw. "pokolenie X", pokolenie głodne miłości. Mówi się, że dzisiejsza młodzież charakteryzuje się "głodem miłości". Jest karmiona różnymi rzeczami, ale wciąż jest głodna miłości.

Spotkałem ją dwanaście lat temu. Ma na imię Ula. Zna kilka języków, twierdzi, że perfekcyjnie posługuje się czterema. Ma gołębie serce. Mimo to - nadal czuje się bezwartościowa. Czy wiecie dlaczego? Gdy słuchałem jej historii, okazało się, że od czasów dzieciństwa nie słyszała, że przedstawia sobą jakąś wartość. Stawała wręcz na głowie, nawet jej znajomość języków jest dowodem na to, by pokazać, że ona ma jakąś wartość, że jest cenna. Im więcej w tym kierunku robiła, tym mniej o tym słyszała. To jest tylko przykład, ale przecież takich ludzi spotykamy ciągle.

Bóg jest inny. Jaki? To jest właśnie Ten, który widzi coś zupełnie innego. Ten, który - gdy coś się wydaje być chore - On widzi jeszcze coś. Pomyślałem sobie - czy nie byłoby pięknie, a wierzę, że tak, gdyby w całym wszechświecie, w tym też na ziemi, mówił tylko Bóg? Gdyby przemawiał tylko On? Gdybyśmy słyszeli tylko głos Boga?

Wiemy jednak, że tak dobrze nie jest. Wiemy, że są dwa autorytety ("autorytety" - w celowo cudzysłowie, jeśli mowa o tym drugim - dop. wł.). A każdy z nich chce być słyszany. Pytaniem jest więc nie to, czy mówią, bo wiemy, że tak, ale czy "ja" wiem, kto to mówi. To jest pytanie, które bardzo długo chodziło za mną. Co pozwala mi rozpoznać głos Boga? To właśnie pytanie będzie nam dzisiaj towarzyszyć.

Apostoł Paweł mówił, że jest wiele głosów. Powiedział: Na tym świecie jest wiele różnych głosów, a żaden z nich nie jest bez znaczenia. Mieliście coś takiego, że nawet podczas modlitwy, podczas osobistego spotkania z Bogiem - wokół nas wiele się działo, albo do głowy nagle przychodziła masa różnych myśli? Człowiek może być dzisiaj bardzo pogubiony. Jak być pewnym, JAK być pewnym, że to, co słyszę, to głos Boga, a nie np. jakiś mój wewnętrzny głos, czy też Jego przeciwnika?

Każdy podejmuje swoje własne decyzje. Nie chcemy popełnić błędu, gdy trzeba zdecydować o wyborze szkoły, pracy, partnera... Są takie pomyłki, np. "kupię chleb taki czy inny" - może komuś będzie trudno przełknąć, ale to nie jest jakaś sprawa najważniejsza. Ale czy jestem pewien, że głos, który do mnie dociera np. w kwestii wyboru partnera życiowego - czy to jest głos Boga? Czy ja mogę być tego pewny? Podobnie w innych kwestiach?

Dzisiejsze moje rozważanie będzie bardzo praktyczne. Nie mamy dzisiaj czegoś takiego, jak Urim i Tummim. Kiedyś było to bardzo proste - Urim i Tummim, rzucano losy... Nie wykładamy runa jak Gedeon. Ale każdy chciałby mieć tę pewność, by - wtedy, gdy będziemy słyszeć jakiś wewnętrzny czy inny głos - że to jest głos Boga. W Księdze Izajasza czytamy: A gdy będziecie chcieli iść w prawo albo w lewo, twoje uszy usłyszą Słowo, odzywające się do ciebie z tyłu: To jest droga, którą macie chodzić. A więc zobaczcie, ten tekst sam mówi, że jest droga jedna i druga, i mówi też, że twoje uszy usłyszą! Albo jest to prawda, a ja wierzę, że tak, albo jest tylko jakiś tam tekst, taka luźno rzucona myśl.

Nauczyłem się tego, że naprawdę - w wielu kwestiach, jeśli chodzi o Biblię, głęboko zastanawia pytanie, czy to, co Bóg mówi, to tylko jakaś interpretacja, a może rzeczywiście On chce zapodać mi jakąś bardzo głęboką myśl. Gdy będziecie chcieli pójść w lewo albo w prawo - a więc zobaczcie: jest jakiś wybór - twoje uszy USŁYSZĄ. On nie powiedział: "prawdopodobnie", "chyba", "być może", On powiedział: TWOJE USZY USŁYSZĄ!

Przeżyliście kiedyś coś takiego? Niektórzy mówią, że kiedyś to było proste - Bóg mówił bezpośrednio, człowiek to słyszał, np. taki Abraham - nie wiedział, dokąd idzie, ale szedł; Mojżesz - rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz; Kaleb, Jozue, Dawid, apostoł Paweł - można by wymieniać długo.

Apostoł Paweł na początku nie wiedział, kto to, zadał pytanie: kto ty jesteś?, Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. To nurtowało mnie przez długi czas. Czyżby czasy się zmieniły i ten głos nie jest już tak wyraźny? Albo nastąpiły jakieś inne przyczyny?

Każdy za tym tęskni. Ale zanim pójdziemy dalej w tych rozważaniach, chciałbym coś założyć. Wiemy, że słyszenie głosu Boga nie było tak powszechne i nie wszyscy słyszeli to, co słyszeli inni (np. jeden słyszał głos mówiący do niego, a pozostali w otoczeniu - grzmoty jak podczas burzy - dop. wł.), ale ci, którzy to słyszeli - w większości wiedzieli, że to JEST Bóg. Skąd?? Jak to się mogło stać?

Jest pewna historia, którą dobrze znamy, ale przestudiujemy ją pod nieco innym kątem. Mnie ona wiele nauczyła. Jak rozpoznać głos Boga? Jak być pewnym w tysiącu kwestii, wyborów?

1 Księga Samuela - jest tam historia o tym, jak Samuel w pewnym momencie usłyszał głos Boga, choć na początku nie wiedział, co to za głos. Jest tam powiedziane, że ZANIM Samuel usłyszał głos Boga, coś się wydarzyło. 1 Ks. Samuela 2,11: Elkana wrócił do Ramy, do swego domu, a chłopiec służył Panu przy kapłanie Helim. 2,18: Samuel pełnił posługi wobec Pana jako chłopiec, ubrany w lniany efod. 2,21: Pan wejrzał na Annę: poczęła i urodziła trzech synów i dwie córki. Samuel natomiast wzrastał przy Panu. 2,26: Młody zaś Samuel rósł i coraz bardziej podobał się tak Panu, jak i ludziom. W tych wszystkich tekstach zwraca uwagę fakt, że Samuel, zanim usłyszał głos Boga, że on służył, wzrastał przy Bogu, podobał się Bogu. Jest to cecha, która powtarza się nie tylko w tej historii.

Wielu chce słyszeć głos Boga, jednak słyszenie głosu Boga coś poprzedza - jest to pewna zasada: otwartość na Boga. Jak w tej historii o rolniku, który późną wiosną przyszedł na pole, zobaczył same chwasty i żalił się sąsiadowi, że nic mu na tym polu nie rośnie, tylko chwasty. - A zrobiłeś wszystko, co trzeba?
- Tak! Zaorałem, zabronowałem, nawiozłem, podlewałem...
- A zasiałeś?...

Nie ma czegoś takiego - jak nie zasiejesz, to nie zbierzesz. Nawet jeśli bardzo chcesz zebrać plon - nie zbierzesz, póki nie zasiejesz.

Jest powiedziane o Samuelu, że rósł przed Bogiem. A czy można rosnąć przed czymś innym? Ano można. Niektórzy rosną przed komputerami ;) Najczęściej rośniemy na wzór, na podobieństwo czegoś, co jest dla nas ważne.

Spotkałem pewną dziewczynę, która mnie zaszokowała na temat wiadomości o życiu różnych gwiazd. Potrafiła na wyrywki podać daty, miejsca urodzenia, trasy koncertowe, choroby, jakie przechodziły niektóre z nich. Ona poświęciła temu tyle czasu...

Co sprawia, że czegoś chętnie słuchamy lub czytamy? Słuchamy i czytamy o tym, co jest dla nas ważne. I jak każda osoba, która kocha - Bóg chce wiedzieć, czy On dla mnie jest ważny. Czy jest na tyle ważny, że warto Mu służyć? On chce to wiedzieć, (chce wiedzieć, jakich dokonamy wyborów w poszczególnych sytuacjach - dop. wł.), chce wiedzieć, czy nie jest dla nas tylko strażą pożarną, pogotowiem ratunkowym, ale że fajnie jest nam służyć Jemu. Bóg szczególnie traktuje tych, którzy poważnie traktują Jego samego. Czytamy o tym w Biblii. To nie oznacza oczywiście, że Bóg odwraca się tyłem od tych, którzy żyją inaczej, ale musimy się zgodzić z tym, że Bóg nie do każdego tak samo mówi, albo nie każdy ten głos tak samo słyszy, czy tak samo go słucha. Ten, kto CHCE słyszeć głos Boga, ten kto CHCE służyć Bogu - ten będzie słyszał głos Boga.

Ale ze wzrastaniem związany jest jeszcze czas. Znacie tę historię, gdy w Krakowie pewnego razu przeprowadzono ankietę, zadając bardzo poważne pytanie: "jak zbudowano Kraków?". Najczęściej powtarzająca się odpowiedź: "nie od razu". To nie jest więc tak, że zaczynamy słyszeć Boga z dnia na dzień. Wg mnie Bóg przemawia inaczej, niż przez e-maile i SMS-y. Na to, by rozpoznać głos Boga, potrzebny jest czas. Bóg chce tych głębokich relacji.

Czas na eksperyment. Sala została poproszona o wyciszenie się, a następnie jedna osoba z tylnych rzędów, umówiona wcześniej, miała coś powiedzieć. Osoby z sali - bez oglądania się na mówiącą osobę - miały rozpoznać po głosie, kto to powiedział. Gdybym teraz zadał pytanie tym, którzy wiedzą, kto to powiedział - skąd wiedzieliście, że to była Natalka? Rozpoznaliście po głosie - ale dlaczego? Bo znacie Natalkę! Bo spędzaliście z nią czas, rozmawialiście z nią - dlatego znacie jej głos! Jeśli więc ktoś mówi, że nie wie, czy dany głos (myśl, zdanie, wrażenie) jest od Boga czy nie - ten powinien choć raz obejrzeć program "Jaka to melodia?". Uczestnicy tego konkursu często już po paru pierwszych nutach wiedzą, co to za piosenka! Myślicie, że to odbywa się tak, że ktoś sobie obejrzał jakiś program, pomyślał sobie: "O, jutro startuję!", położył się spać i kolejnego dnia, tak z marszu, rozpoznaje każdą nutę? Przecież to są miesiące i lata spędzone na słuchaniu różnych utworów wiele razy, że ci ludzie mają w głowie już tyle melodii, że czasem wystarcza jedna nuta w odpowiednim tonie - i oni już wiedzą, co to za utwór.

Więc chodzi o czas. O czas spędzony z Natalką, czy o czas spędzony na słuchaniu tych wielu otworów. Tak samo Boga nie usłyszymy z dnia na dzień. To są tysiące godzin słuchania, by nie popełnić błędu. A Bóg wie, że w natłoku tylu różnych głosów, dźwięków, tak łatwo jest popełnić błąd. A może to być pomyłka naprawdę innego rzędu niż ta, czy zjadłbym chleb czy bułkę, czy jabłko czy banana.

Kocham przyrodę, staram się dużo czytać na ten temat. Naukowcy przeprowadzili badania na fokach-matkach i ich młodych. Miały one dać odpowiedź na pytanie, jak to jest możliwe, że spośród tysiąców głosów różnych fok one potrafią bezbłędnie rozpoznać głos swojego dziecka, a dziecko swojej matki. Nieraz przecież widzielismy obrazy w telewizji, gdzie na plaży jest tyle tych fok - jest ich tysiące. To jest tak, jakbyśmy patrzyli na Chińczyków - są ich miliony, a dla nas, Europejczyków - każdy jest taki sam. Kiedyś widziałem zdjęcie trzydziestu małych Chińczyków. Dla mnie każdy wyglądał tak samo, myślałem, że każdy jest od tej samej matki... Każdy ma czarne oczy (widział ktoś Chińczyka-blondyna?), charakterystyczne oczy... Ale nie, oni mówią, że nie, że każdy jest inny.

I teraz kiedy foka-matka słyszy tyle głosów tych fok - niech ktoś spróbuje rozpoznać tą jedną, konkretną. A one rozpoznają. A przecież te maluchy nie siedzą ciągle w jednym miejscu. Jak to maluchy - bawią się, chodzą, pływają... Ja, gdy dzwonię do domu, często mylę żonę z córką - tak podobne głosy mają...

Okazało się, że matka, kiedy musi zostawić młode, by np. wypłynąć w połów, zanim wypłynie, wpierw z bardzo bliskiej odległości ciągle "mówi" do tego malucha. Następnie oddala się stopniowo i co 2-3 metry ciągle do niego "mówi" i patrzy, czy to młode reaguje. Musi być pewna na wszystko, że maluch reaguje na to, co ONA mówi. I chociaż tych krzyków tam jest wiele, to ten maluch musi się nastawić na jej głos, a matka musi wiedzieć, że on reaguje. Są niestety przypadki, że to niesłuchanie jej głosu doprowadza do śmierci malucha. Nierozpoznawanie głosu własnej matki kwalifikuje takie młode na śmierć. Zobaczcie, jak ważne jest wiedzieć, kto do nas mówi.

W 1 Ks. Samuela jest powiedziane coś jeszcze. 1 Sam. 3,1: Młody Samuel usługiwał Panu pod okiem Helego. W owym czasie rzadko odzywał się Pan, a widzenia nie były częste. [(...) - tu wyciąłem ten kawałek kazania, z którym się nie zgadzam - dop. wł.] Czyli miało to miejsce w czasach takich samych, jak obecne - Bóg odzywał się rzadko. Można nawet odnieść wrażenie, że prawie w ogóle.

Spotkałem kiedyś chłopaka, Piotra. Przyszedł do mnie, bo chciał poznawać Boga (Andrzej Sieja jest pastorem - dop. wł.). Kiedy zaproponowałem mu, żebyśmy otworzyli Biblię, odpowiedział: Nie nie nie, jeśli Bóg będzie chciał, żebym coś usłyszał, to mi to po prostu powie. Wiecie, taka postawa jest bardzo niebezpieczna. Bóg się nie da z siebie naśmiewać. Jeśli raz coś podał, w swoim Słowie (Biblii), to chciałby, żeby to otwierać! (Jeśli szukamy informacji o jakiejś firmie, to też nie dzwonimy do recepcji, tylko wchodzimy na ich stronę internetową i czytamy, co sami o sobie napisali - dop. wł.).

Okazuje się więc, że z jednej strony można zlekceważyć głos Boga już podany, zapisany. I szukać czegoś innego. Ale Bóg taki nie jest. On naprawdę odpowiada nam w oparciu o to, co już zostało napisane. Im bliżej jesteśmy Słowa, im wrażliwsi jesteśmy na nie, tym więcej otrzymamy.

Jak się czujecie, kiedy mówicie do kogoś, a ta osoba akurat w tym momencie rozmawia z kimś innym? Czujecie się zlekceważeni, prawda? To naturalne uczucie w takiej sytuacji.

Zobaczmy jeszcze wersety 2 i 3: Pewnego dnia Heli spał w zwykłym miejscu. Oczy jego zaczęły już słabnąć i nie mógł widzieć. A światło Boże jeszcze nie zagasło. Samuel zaś spał w przybytku Pańskim, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Zwróćmy tu uwagę na dwie sprawy:

1. Heli leżał i miał słaby wzrok. Nie mógł widzieć. Owszem, to jest tragedia, ale większą tragedią jest to, na co zwróciła uwagę Hellen Keller*: Mieć wzrok i nie widzieć. A mówiła o wzroku duchowym.

2. Heli miał słaby wzrok, ale to nie był jego największy dramat. Największym dramatem Heliego było to, że on już nie słyszał tego, co mówi Bóg. Bóg wybrał kogoś innego. Jednak Bóg chce, żeby ten głos był słyszalny. I tutaj - zobaczcie - jest powiedziane, że światło Boga jeszcze nie zgasło. Nie wnikając w szczegóły - można by nawet udowodnić, że to była już noc, że to było wtedy, gdy wszystko już ucichło. Gdy wszystkie inne odgłosy ucichły. Wtedy nagle mógł być usłyszany głos. To tak, jak z zegarem - wiele razy przecież w nocy jest tak cicho, że aż słychać tykanie zegara. A przecież to tykanie nie jest tylko w nocy - ono jest w dzień także!

Tak samo jest z Bogiem. Nawet Adam Mickiewicz napisał: Głośniej niż w rozmowach przemawia Bóg - przemawia w ciszy, i kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy. Spodobały mi się te słowa. Widzicie, uważam, że noc, ta nocna cisza, ma w tej kwestii coś do powiedzenia. Dlaczego Bóg przemawia często w nocy? To nie oznacza, że Bóg sobie noc upodobał. Raczej dlatego, że w ciągu dnia jest tyle innych odgłosów, że Bóg nie chce z nimi konkurować. Albo inaczej - nie chce, by Jego głos konkurował z tak wieloma innymi głosami (odgłosami, dźwiękami), często bardzo autorytatywnymi. Mieliście już coś takiego? Ja wielokrotnie - większość "złotych myśli" do kazań - przychodzi w nocy. Do tego stopnia, że muszę wstać i to zapisać. Tak to jakoś jest. Wiele razy nie zapisywałem, mówiłem sobie: "e, prosta myśl, ja to zapamiętam". Nie zapamiętałem. Ale jestem wdzięczny Bogu, że On dba o to, by nawet w nocy mnie obudzić, żebym usłyszał Jego głos.
Jest więc ktoś, kto dba o to. Ale jest też jeszcze coś: zauważyliście przy okazji Mojżesza, Eliasza - że Bóg kocha ciszę? I tak też przemawia - w ciszy.

Czas na kolejny eksperyment. Na scenę wyszło siedem, umówionych wcześniej, osób. Ustawiły się w koło, w małą, zbitą grupkę. Wszystkie te osoby zaczęły mówić na raz, każda co innego. Powstał zupełnie niezrozumiały gwar. Wraz z upływem kolejnych chwil milknęła jedna, kolejna osoba. Na końcu usłyszeć można było tylko jedną, powtarzającą w kółko to samo zdanie, osobę: "W moich oczach jesteś najcenniejszy. Poświęć mi trochę czasu, porozmawiajmy!"

Gdybym miał zapytać was o to zdanie, które usłyszeliście na samym końcu, to czy bylibyście w stanie wyłuskać je na samym początku, spośród tych siedmiu różnych głosów? Kiedy usłyszeliście ten ostatni głos? To proste - wszystko wokół musi umilknąć, aby usłyszeć cokolwiek konkretnego. Tak właśnie przemawia Bóg. Głośniej niż w rozmowach, Bóg przemawia w ciszy.

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Wyłuskałem z tej historii jeszcze jeden wątek: zauważyliście, że Bóg nie robi różnicy? Bóg przemawiał przecież do dziecka! Ktoś mógłby to zlekceważyć, "co dziecko zrozumie", "co tam dziecko może wiedzieć"... Zauważcie, że to nie wiek, ale właśnie otwarte serce decyduje, czy ktoś usłyszy głos Boga. Tak naprawdę to Bóg ma większe problemy z dorosłymi... Czy znacie historie dzieci z Biblii, które Bóg powoływał i do nich mówił? Taki Jozjasz - miał 8 lat, gdy Bóg powołał go na króla. Joasz - 7 lat. Manasses - 12 lat. Józef (ten porwany do Egoptu), Samson, Dawid, Daniel - tak, Bóg do nich mówił. (Więc może w tym sensie Jezus mówił: Bądźcie jak dzieci..." - dop. wł.). I one na to odpowiadały pozytywnie.

Bóg aż trzy razy wołał do Samuela. To też mi coś pokazuje - Samuel za każdym razem reagował. Nawet nie wiedział, co to jest, ale chodzi mi o to, że reagował. Zauważcie - gdy coś się dzieje - człowiek nie wie kto, ale chce się dowiedzieć, jest otwarty na nowe. Bo istotą nie jest to, że Bóg mówi, ale CO JA NA TO. Istotą nie jest to, że Bóg mówi.

W Biblii jest napisane: Bóg raz się odzywa i drugi... (Job 33,14). A zauważyliście, co jest napisane dalej? Bóg raz się odzywa i drugi, tylko się na to nie zważa. List do Hebrajczyków też wspomina: Gdy Jego głos usłyszymy....

Heli powiedział Samuelowi coś, co jest kwintesencją tego rozważania. Pamiętacie, do czego zachęcił Heli Samuela, kiedy on nie wiedział, kto to był? Kiedy jeszcze raz to usłyszysz, to odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa twój słucha. Więc po pierwsze - trzeba się nastawić, że jesteśmy tylko sługami, że Bóg jest większy od nas; po drugie - my musimy chcieć słuchać. "Panie, mów, ja chcę słuchać". Ale gdy Bóg mówi, to trzeba - podobnie jak Mojżesz - zdjąć sandały. Tzn. zdjąć sandały, które wielokrotnie przeszkadzają. Czym są te sandały - każdy może sobie odpowiedzieć na to pytanie samodzielnie.

*Hellen Keller - amerykańska pisarka, pedagog i działaczka społeczna. W wieku 19 miesięcy przeszła ciężką chorobę, która całkowicie pozbawiła ją wzroku, a częściowo słuchu i mowy. http://pl.wikipedia.org/wiki/Helen_Keller